Poleć znajomemu przez e-mail
Sekrety amerykańskich milionerów czyli krezusi z sąsiedztwa
Sekrety amerykańskich milionerów czyli krezusi z sąsiedztwa
Cena: 47,40 

* Adres nie będzie wykorzystywany w celach marketingowych.
Formularz kontaktowy

Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych. Zapoznaj się z naszą polityką prywatności.

Wysyłając zapytanie z tego formularza mogą Państwo uzyskać informacje dotyczące naszej aktualnej oferty oraz wyjaśnić wszelkie wątpliwości dotyczące zamówienia, dostawy i czasu realizacji.

Na wiadomości odpowiadamy od poniedziałku do piątku w godzinach od 8:30 do 14:00.

Koszty dostawy
Koszty przesyłki zależą od wybranego sposobu płatności oraz sumy zamówienia i są ponoszone przez Kupującego. Tabela zawiera ceny dostaw na terenie Polski.
Sposób dostawy Czas dostawy Całkowity koszt przesyłki
Do 200 zł  Od 200 do 300 zł Powyżej 300 zł
Paczkomaty 24/7 - płatność przelewem lub kartą 1-2 dni robocze 11 zł GRATIS GRATIS
Kurier DHL - płatność przelewem lub kartą 24 h - kolejny dzień roboczy 12 zł GRATIS GRATIS
Kurier DHL - płatność przy odbiorze 24 h - kolejny dzień roboczy 15 zł 15 zł GRATIS
Poczta Polska przesyłka priorytetowa - płatność przelewem lub kartą 1-2 dni robocze 13 zł 13 zł GRATIS
Poczta Polska przesyłka priorytetowa - płatność przy odbiorze 1-2 dni robocze 16 zł 16 zł GRATIS
Odbiór osobisty nie dotyczy 0 zł 0 zł 0 zł
Sekrety amerykańskich milionerów czyli krezusi z sąsiedztwa

Sekrety amerykańskich milionerów czyli krezusi z sąsiedztwa

47,40 

Fijorr Publishing

8397621797

miękka

304

5 dni

Podziel się ze znajomymi:

FacebookTwitterPinterest

Opis

Wyda­nie II popra­wione

Ze wstępu:

(…) We współ­cze­snym świe­cie grant, dota­cja, dar­mowe trans­fery z kasy publicz­nej czy wygrana na lote­rii stały się gwa­ran­tem szczę­ścia i spra­wie­dli­wo­ści, zaś bogac­two zdo­byte ciężką pracą to prze­ży­tek, nie­kiedy wręcz prze­kleń­stwo. Czy trudno się dzi­wić, że na skraju ban­kruc­twa zna­la­zła się nie tylko Gre­cja i Por­tu­ga­lia, ale i takie potęgi g ospo­dar­cze, jak Wielka Bry­ta­nia, Bel­gia, Wło­chy, a bez­ro­bo­cie w, znaj­du­ją­cych się od 4 latach w zapa­ści gospo­dar­czej, Sta­nach Zjed­no­czo­nych – jest dwucyfrowe.

Zamiast powró­cić do sta­rego, spraw­dzo­nego modelu: przed­się­bior­czo­ści, odpo­wie­dzial­no­ści, oszczę­dza­nia i solid­nej pracy, któ­rego owo­cem było zawsze bogac­two naro­dów, przy­wódcy poli­tyczni i związ­kowi odgra­żają się, że kapi­ta­lizm ukrócą a boga­tym utrą nosa. Jaskra­wym przy­kła­dem takiej filo­zo­fii jest ogło­szony przez pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, pro­gram odbu­dowy gospo­darki, który ma pole­gać m.in. na nało­że­niu na naj­le­piej zara­bia­ją­cych Ame­ry­ka­nów, tych któ­rych dochód prze­kra­cza milion dola­rów rocz­nie, dotkli­wego podatku; mówi się nawet o prze­dziale mar­gi­nal­nym na wyso­ko­ści 80 procent.

W USA opre­syjne podatki (do 95 pro­cent) od naj­le­piej zara­bia­ją­cych to żadna nowość. Zaska­ku­jące jest jed­nak to, że tym
razem auto­rem pomy­słu opo­dat­ko­wa­nia naj­bo­gat­szych nie jest lewi­cowy inte­lek­tu­ali­sta czy ambitny popu­li­sta, lecz jeden z naj­bo­gat­szych ludzi świata, finan­si­sta, mul­ti­mi­liar­der, War­ren Buf­fett. Otóż, gieł­dowy Pro­rok z Omahy, uznaw­szy że zanosi do urzędu skar­bo­wego mniej (17,7 proc.) podatku docho­do­wego niż jego sekre­tarka (30 proc.), ude­rzył się w piersi i zapro­po­no­wał – zresztą nie on jeden, podob­nego zda­nia są inni ame­ry­kań­scy naba­bo­wie m.in. Geo­rge Soros czy Bill Gates – by kon­gres, w imię
spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, obcią­żył jego i innych naj­bo­gat­szych super podatkiem.

Tym­cza­sem, „poda­tek Buf­fett”, bo tak go ochrzciły media, nie tylko nie ma nic wspól­nego ze spra­wie­dli­wo­ścią spo­łeczną,
on co gor­sza opiera się na błęd­nych prze­słan­kach. Po pierw­sze, nie­prawdą jest że Buf­fett płaci mniej niż jego sekre­tarka. Dziecko jest w sta­nie wyli­czyć, że 17,7 od 1 miliarda (bo tyle nie­kiedy zara­bia Buf­fett) to 177 milio­nów dola­rów, pod­czas gdy 30 pro­cent od dochodu sekre­tarki, czyli od 50 tysięcy dola­rów, to zale­d­wie 15 tysięcy dola­rów. Róż­nica kolo­salna. Po dru­gie, to że sekre­tarka pra­cuje jest moż­liwe dzięki temu, że War­ren Buf­fett stwo­rzył jej miej­sce pracy. Zresztą Bufett płaci sekre­tarce znacz­nie wię­cej.
Będąc jej pra­co­dawcą pokrywa za nią połowę skła­dek ubez­pie­cze­nia socjal­nego (ok. 8 proc. dochodu sekre­tarki), ponosi koszty jej urlopu, cho­roby, ubez­pie­cze­nia lekar­skiego i wiele innych wydat­ków. Pomi­jam już fakt, że z danych ame­ry­kań­skiego fiskusa (IRS) wynika, iż osoby zara­bia­jące w prze­dziale od 34 – 50 tysięcy dola­rów płacą efek­tyw­nie zale­d­wie 10 pro­cent podatku, a nie
jak wyli­czył Buf­fett, 30 pro­cent. A także to, że 5 pro­cent naj­le­piej zara­bia­ją­cych Ame­ry­ka­nów płaci bli­sko 30 pro­cent wolu­menu podat­ków, połowa Ame­ry­ka­nów płaci 90 pro­cent podat­ków, zaś druga połowa nie płaci ich w ogóle.

W umy­słach laika poja­wia się pyta­nie: czy to moż­liwe, żeby Buf­fett się pomy­lił? Żeby lekką ręką chciał oddać kil­ka­set milio­nów dola­rów rocz­nie? Qui bono? Wszak Ludwig von Mises pisał, że czło­wiek działa racjo­nal­nie, a więc tak, aby było mu lepiej. Być może Buf­fett ma wyrzuty sumie­nia i w ten spo­sób chce je zma­zać? To bar­dzo praw­do­po­dobne, jed­nakże zbyt pro­ste wytłu­ma­cze­nie. A może oba­wia się o swoje życie? W Sta­nach Zjed­no­czo­nych nara­sta wro­gość wobec naj­bo­gat­szych, więc guru
nie chce podzie­lić losu kre­zu­sów, któ­rzy zgi­nęli na sza­fo­tach Paryża czy w kaza­ma­tach St. Peters­burga. Zwłasz­cza, że Buf­fett nie jest czło­wie­kiem roz­rzut­nym, wystar­czy mu te kil­ka­set milio­nów, które ma na ksią­żeczce. To też moż­liwe, choć mało praw­do­po­dobne. A może ten wybitny inwe­stor nie zna pod­staw eko­no­mii? To nie­moż­liwe. On dobrze wie, że wyso­kie podatki nie są warun­kiem efek­tyw­no­ści gospo­dar­czej, sku­tecz­no­ści dzia­ła­nia pań­stwa, czy nawet spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, cokol­wiek pod tym ter­mi­nem rozu­mieć. Wręcz prze­ciw­nie. Buf­fett nie­raz mówił, że wyso­kie podatki są źró­dłem mar­no­traw­stwa,
błęd­nej alo­ka­cji zaso­bów, obni­żają moty­wa­cję do pracy i demo­ra­li­zują. Wie dobrze, że w kra­jach mniej libe­ral­nych, gdzie ludzi boga­tych trak­tuje się znacz­nie gorzej niż w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdzie pań­stwo jest „soli­darne” i „pochyla się nad ubo­gimi”, obcią­że­nia podat­kowe niżej zara­bia­ją­cych są wyż­sze niż w USA; biedni płacą całą masę podat­ków pośred­nich (VAT, akcyza itp.), które nakła­dane są na boga­tych w celach redy­stry­bu­cyj­nych po to tylko, aby wystar­czyło na wyrów­ny­wa­nie szans ludziom „mniej uprzy­wi­le­jo­wa­nym”. Jed­nakże samo zabie­ra­nie boga­tym i dawa­nie bied­nym – pisze Ber­trand de Jouve­nel[1] – nie wystar­cza. Trzeba też zabie­rać bied­nym, żeby wystar­czyło dla mniej bied­nych.

Lek­tura „Sekre­tów….” dowo­dzi ponadto, że ludzie zarabiający1 mln dola­rów rocz­nie rzadko kiedy są milio­ne­rami. Tylko co ósmy z tej grupy posiada mają­tek wart milion dola­rów lub wię­cej. Reszta – piszą Stan­ley i Danco – płaci rachunki i podatki. Dla­czego mimo wyso­kich docho­dów nie są w sta­nie doro­bić się miliona? Przy­czyny takiego stanu rze­czy – wyja­śnia Tho­mas J. Stan­ley w swej naj­now­szej książce – są wła­ści­wie dwie: ludzie ci nad­mier­nie kon­su­mują[2], pła­cąc przy tym hor­ren­dalne podatki. Nie­mal połowę ich dochodu pochła­nia fiskus, stąd nie są w sta­nie zgro­ma­dzić majątku trwa­łego o war­to­ści rze­kra­cza­ją­cej 1 milion dola­rów. Jeśli zapłacą ponadto „poda­tek Buf­fetta” znajdą się – to nie żadna prze­sada – w sytu­acji naprawdę trud­nej. Pamię­tajmy też, że 1 milion dola­rów rocz­nie nie zara­bia się przy­pad­kowo. Takie dochody osią­gają wyso­kiej klasy spe­cja­li­ści; leka­rze, archi­tekci, pisa­rze, inni twórcy kul­tury, mena­dże­ro­wie kor­po­ra­cji – sło­wem ludzie posia­da­jący uni­kalną wie­dzę, talenty i doświad­cze­nie. Ude­rze­nie ich po kie­szeni odbie­rze im moty­wa­cję do inten­syw­nej pracy, albo zmusi do wyjazdu w bar­dziej przy­ja­zne rejony świata. Takie zja­wi­sko miało miej­sce w Wiel­kiej Bry­ta­nii, mniej wię­cej
60 lat temu. Dotkliwe opo­dat­ko­wa­nie elity inte­lek­tu­al­nej i gospo­dar­czej kraju dopro­wa­dziło jej część do zmiany zawodu, wielu Anglię opu­ściło, kie­ru­jąc się na drugi brzeg Atlan­tyku, reszta po pro­stu wybrała sta­tus ren­tiera. Od tego czasu gospo­darka (i kul­tura) Wiel­kiej Bry­ta­nii sta­cza się po równi pochyłej.

Aby poznać praw­dziwą przy­czynę maso­chi­zmu fiskal­nego War­rena Buf­fetta wystar­czy się­gnąć po liczy­dło. Gdyby miliar­der naprawdę nie chciał dużych pie­nię­dzy mógłby w każ­dej chwili prze­zna­czyć wszystko co posiada na cele dobro­czynne[3]. On
jed­nak wie, że duża kasa gwa­ran­tuje dużą wła­dzę, tym bar­dziej, gdy ma się życz­li­wość rzą­dzą­cych. Trudne żeby jej nie miał, skoro gło­śno domaga się pod­wyżki podatku. Poli­tycy to kochają. Buf­fett, jak każdy nor­malny czło­wiek i biz­nes­men nie
cierpi kon­ku­ren­cji. Wie dobrze, że jeśli on od zaro­bio­nego 1 miliarda dola­rów zapłaci 80 pro­cent podatku, to na rękę zosta­nie mu nieco ponad 200 milio­nów, gdy tym­cza­sem Smi­thowi czy Wil­so­nowi, któ­rzy zara­biają 1 milion rocz­nie „tylko”
nie­wiele powy­żej 200 tysięcy dola­rów. Niby poda­tek „taki sam”, a jed­nak róż­nica ogromna. Przy takiej prze­wa­dze, ani Smith ani Wil­son nie są w sta­nie zro­bić Buf­fet­towi kon­ku­ren­cji, a jeśli już, będzie im bar­dzo trudno. I to jest pod­sta­wowy powód, dla któ­rego ludzie bogaci nie boją się podat­ków. Tym bar­dziej, że mają moż­li­wość pokry­wa­nia więk­szo­ści swo­ich wydat­ków z przy­cho­dów firm, któ­rych są wła­ści­cie­lami. Pań­stwo dba o to, aby fir­mom tym nie stała się krzywda ze strony kon­ku­ren­tów. A jeśli nie daj Boże przy­da­rzy im się kry­zys, jak obecny, są na tyle duże, że rząd nie pozwoli im upaść. Super poda­tek
zapła­cony od dochodu okaże się wów­czas docho­dową inwe­sty­cją. Dla­tego, rację ma Her­man Cain, kan­dy­dat na pre­zy­denta w nad­cho­dzą­cych wybo­rach, mówić, że „Oku­pu­jący Wall Street” powinni prze­nieść swoje demon­stra­cje na 1600 Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue, pod Biały Dom, bo tam jest jaski­nia zła.

Pisa­łem, że w ciągu 14 lat od jej wyda­nia książka Stan­leya i Danco nie stra­ciła na aktu­al­no­ści. I to jest prawda, gdy cho­dzi o jej war­stwę filo­zo­ficzną. Zmie­niły się nie­które realia finan­sowe i demo­gra­ficzne. Zasta­na­wia­li­śmy się nad spe­cjal­nymi przy­pi­sami aktu­ali­zu­ją­cymi dane sprzed 15 lat, ale i tutaj doszli­śmy do wnio­sku, że jest to wła­ści­wie zby­teczne. Po pierw­sze, odse­tek ludzi z mająt­kiem powy­żej 1 miliona dola­rów, po chwi­lo­wym wzro­ście w począt­kach XXI wieku do ok. 4 proc., po 2008 roku, kiedy
Stany Zjed­no­czone wpa­dły w spi­ralę kry­zysu, wró­cił do swego nor­mal­nego poziomu 3,5 pro­cent, jaki notuje prak­tycz­nie od prze­łomu wieku XIX i XX. W okre­sie dekady od momentu pierw­szego wyda­nia, do końca 2007 roku, zmie­niły się dra­stycz­nie ceny domów, w nie­któ­rych rejo­nach wzro­sły one aż o 80 proc. i wię­cej. Jed­nakże obser­wo­wana od 3 lat korekta rynku nie­ru­cho­mo­ści spro­wa­dza je do normy, a nawet poni­żej. Odnosi się to także do rela­cji dochodu do war­to­ści nie­ru­cho­mo­ści, która powró­ciła do pro­por­cji z połowy lat 90. ubie­głego stu­le­cia. Wzro­sła nato­miast liczba ludzi bied­nych. Przy­czyn takiego stanu rze­czy jest kilka. Primo, kry­zys, secundo, poli­tyka rządu sty­mu­lu­jąca kon­sump­cję, ter­tio, fatalne błędy banku cen­tral­nego FED, które nie­mal kom­plet­nie znie­chę­ciły Ame­ry­ka­nów do oszczę­dza­nia. Wresz­cie, infla­cja, z wszyst­kimi swo­imi kon­se­kwen­cjami, jak
wzrost cen bez wzro­stu war­to­ści, czyli spa­dek siły nabyw­czej pie­nią­dza rodzący bańki inwe­sty­cyjne czy to na rynku surow­ców czy na Wall Street.

Co prawda, nie do końca udała się auto­rom pro­gnoza gospo­dar­cza się­ga­jąca roku 2005, nie prze­wi­dzieli też głę­bo­kiego
kry­zysu, jaki owładną Sta­nami Zjed­no­czo­nymi i świa­tem w ogóle, mimo to ludzie, któ­rzy żyją po milio­ner­sku, a więc
gospo­darni, ciężko pra­cu­jący, rze­telni, dobrzy ojco­wie i mężo­wie nadal mają się znacz­nie lepiej i są szczę­śliwsi, od uga­nia­ją­cych się w fer­rari utra­cju­szy w gar­ni­tu­rach od Arma­niego z role­xami na prze­gu­bach, a więc tych, któ­rzy po milio­ner­sku wyglą­dają. Termu wła­śnie zagad­nie­niu poświę­cona jest naj­now­sza książka Tho­masa J. Stan­leya, „Prze­stań zgry­wać milio­nera, lepiej nim zostań”[4].

Jan M Fijor

Wyda­nie II popra­wione

Ze wstępu:

(…) We współ­cze­snym świe­cie grant, dota­cja, dar­mowe trans­fery z kasy publicz­nej czy wygrana na lote­rii stały się gwa­ran­tem szczę­ścia i spra­wie­dli­wo­ści, zaś bogac­two zdo­byte ciężką pracą to prze­ży­tek, nie­kiedy wręcz prze­kleń­stwo. Czy trudno się dzi­wić, że na skraju ban­kruc­twa zna­la­zła się nie tylko Gre­cja i Por­tu­ga­lia, ale i takie potęgi g ospo­dar­cze, jak Wielka Bry­ta­nia, Bel­gia, Wło­chy, a bez­ro­bo­cie w, znaj­du­ją­cych się od 4 latach w zapa­ści gospo­dar­czej, Sta­nach Zjed­no­czo­nych – jest dwucyfrowe.

Zamiast powró­cić do sta­rego, spraw­dzo­nego modelu: przed­się­bior­czo­ści, odpo­wie­dzial­no­ści, oszczę­dza­nia i solid­nej pracy, któ­rego owo­cem było zawsze bogac­two naro­dów, przy­wódcy poli­tyczni i związ­kowi odgra­żają się, że kapi­ta­lizm ukrócą a boga­tym utrą nosa. Jaskra­wym przy­kła­dem takiej filo­zo­fii jest ogło­szony przez pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, pro­gram odbu­dowy gospo­darki, który ma pole­gać m.in. na nało­że­niu na naj­le­piej zara­bia­ją­cych Ame­ry­ka­nów, tych któ­rych dochód prze­kra­cza milion dola­rów rocz­nie, dotkli­wego podatku; mówi się nawet o prze­dziale mar­gi­nal­nym na wyso­ko­ści 80 procent.

W USA opre­syjne podatki (do 95 pro­cent) od naj­le­piej zara­bia­ją­cych to żadna nowość. Zaska­ku­jące jest jed­nak to, że tym
razem auto­rem pomy­słu opo­dat­ko­wa­nia naj­bo­gat­szych nie jest lewi­cowy inte­lek­tu­ali­sta czy ambitny popu­li­sta, lecz jeden z naj­bo­gat­szych ludzi świata, finan­si­sta, mul­ti­mi­liar­der, War­ren Buf­fett. Otóż, gieł­dowy Pro­rok z Omahy, uznaw­szy że zanosi do urzędu skar­bo­wego mniej (17,7 proc.) podatku docho­do­wego niż jego sekre­tarka (30 proc.), ude­rzył się w piersi i zapro­po­no­wał – zresztą nie on jeden, podob­nego zda­nia są inni ame­ry­kań­scy naba­bo­wie m.in. Geo­rge Soros czy Bill Gates – by kon­gres, w imię
spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, obcią­żył jego i innych naj­bo­gat­szych super podatkiem.

Tym­cza­sem, „poda­tek Buf­fett”, bo tak go ochrzciły media, nie tylko nie ma nic wspól­nego ze spra­wie­dli­wo­ścią spo­łeczną,
on co gor­sza opiera się na błęd­nych prze­słan­kach. Po pierw­sze, nie­prawdą jest że Buf­fett płaci mniej niż jego sekre­tarka. Dziecko jest w sta­nie wyli­czyć, że 17,7 od 1 miliarda (bo tyle nie­kiedy zara­bia Buf­fett) to 177 milio­nów dola­rów, pod­czas gdy 30 pro­cent od dochodu sekre­tarki, czyli od 50 tysięcy dola­rów, to zale­d­wie 15 tysięcy dola­rów. Róż­nica kolo­salna. Po dru­gie, to że sekre­tarka pra­cuje jest moż­liwe dzięki temu, że War­ren Buf­fett stwo­rzył jej miej­sce pracy. Zresztą Bufett płaci sekre­tarce znacz­nie wię­cej.
Będąc jej pra­co­dawcą pokrywa za nią połowę skła­dek ubez­pie­cze­nia socjal­nego (ok. 8 proc. dochodu sekre­tarki), ponosi koszty jej urlopu, cho­roby, ubez­pie­cze­nia lekar­skiego i wiele innych wydat­ków. Pomi­jam już fakt, że z danych ame­ry­kań­skiego fiskusa (IRS) wynika, iż osoby zara­bia­jące w prze­dziale od 34 – 50 tysięcy dola­rów płacą efek­tyw­nie zale­d­wie 10 pro­cent podatku, a nie
jak wyli­czył Buf­fett, 30 pro­cent. A także to, że 5 pro­cent naj­le­piej zara­bia­ją­cych Ame­ry­ka­nów płaci bli­sko 30 pro­cent wolu­menu podat­ków, połowa Ame­ry­ka­nów płaci 90 pro­cent podat­ków, zaś druga połowa nie płaci ich w ogóle.

W umy­słach laika poja­wia się pyta­nie: czy to moż­liwe, żeby Buf­fett się pomy­lił? Żeby lekką ręką chciał oddać kil­ka­set milio­nów dola­rów rocz­nie? Qui bono? Wszak Ludwig von Mises pisał, że czło­wiek działa racjo­nal­nie, a więc tak, aby było mu lepiej. Być może Buf­fett ma wyrzuty sumie­nia i w ten spo­sób chce je zma­zać? To bar­dzo praw­do­po­dobne, jed­nakże zbyt pro­ste wytłu­ma­cze­nie. A może oba­wia się o swoje życie? W Sta­nach Zjed­no­czo­nych nara­sta wro­gość wobec naj­bo­gat­szych, więc guru
nie chce podzie­lić losu kre­zu­sów, któ­rzy zgi­nęli na sza­fo­tach Paryża czy w kaza­ma­tach St. Peters­burga. Zwłasz­cza, że Buf­fett nie jest czło­wie­kiem roz­rzut­nym, wystar­czy mu te kil­ka­set milio­nów, które ma na ksią­żeczce. To też moż­liwe, choć mało praw­do­po­dobne. A może ten wybitny inwe­stor nie zna pod­staw eko­no­mii? To nie­moż­liwe. On dobrze wie, że wyso­kie podatki nie są warun­kiem efek­tyw­no­ści gospo­dar­czej, sku­tecz­no­ści dzia­ła­nia pań­stwa, czy nawet spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, cokol­wiek pod tym ter­mi­nem rozu­mieć. Wręcz prze­ciw­nie. Buf­fett nie­raz mówił, że wyso­kie podatki są źró­dłem mar­no­traw­stwa,
błęd­nej alo­ka­cji zaso­bów, obni­żają moty­wa­cję do pracy i demo­ra­li­zują. Wie dobrze, że w kra­jach mniej libe­ral­nych, gdzie ludzi boga­tych trak­tuje się znacz­nie gorzej niż w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdzie pań­stwo jest „soli­darne” i „pochyla się nad ubo­gimi”, obcią­że­nia podat­kowe niżej zara­bia­ją­cych są wyż­sze niż w USA; biedni płacą całą masę podat­ków pośred­nich (VAT, akcyza itp.), które nakła­dane są na boga­tych w celach redy­stry­bu­cyj­nych po to tylko, aby wystar­czyło na wyrów­ny­wa­nie szans ludziom „mniej uprzy­wi­le­jo­wa­nym”. Jed­nakże samo zabie­ra­nie boga­tym i dawa­nie bied­nym – pisze Ber­trand de Jouve­nel[1] – nie wystar­cza. Trzeba też zabie­rać bied­nym, żeby wystar­czyło dla mniej bied­nych.

Lek­tura „Sekre­tów….” dowo­dzi ponadto, że ludzie zarabiający1 mln dola­rów rocz­nie rzadko kiedy są milio­ne­rami. Tylko co ósmy z tej grupy posiada mają­tek wart milion dola­rów lub wię­cej. Reszta – piszą Stan­ley i Danco – płaci rachunki i podatki. Dla­czego mimo wyso­kich docho­dów nie są w sta­nie doro­bić się miliona? Przy­czyny takiego stanu rze­czy – wyja­śnia Tho­mas J. Stan­ley w swej naj­now­szej książce – są wła­ści­wie dwie: ludzie ci nad­mier­nie kon­su­mują[2], pła­cąc przy tym hor­ren­dalne podatki. Nie­mal połowę ich dochodu pochła­nia fiskus, stąd nie są w sta­nie zgro­ma­dzić majątku trwa­łego o war­to­ści rze­kra­cza­ją­cej 1 milion dola­rów. Jeśli zapłacą ponadto „poda­tek Buf­fetta” znajdą się – to nie żadna prze­sada – w sytu­acji naprawdę trud­nej. Pamię­tajmy też, że 1 milion dola­rów rocz­nie nie zara­bia się przy­pad­kowo. Takie dochody osią­gają wyso­kiej klasy spe­cja­li­ści; leka­rze, archi­tekci, pisa­rze, inni twórcy kul­tury, mena­dże­ro­wie kor­po­ra­cji – sło­wem ludzie posia­da­jący uni­kalną wie­dzę, talenty i doświad­cze­nie. Ude­rze­nie ich po kie­szeni odbie­rze im moty­wa­cję do inten­syw­nej pracy, albo zmusi do wyjazdu w bar­dziej przy­ja­zne rejony świata. Takie zja­wi­sko miało miej­sce w Wiel­kiej Bry­ta­nii, mniej wię­cej
60 lat temu. Dotkliwe opo­dat­ko­wa­nie elity inte­lek­tu­al­nej i gospo­dar­czej kraju dopro­wa­dziło jej część do zmiany zawodu, wielu Anglię opu­ściło, kie­ru­jąc się na drugi brzeg Atlan­tyku, reszta po pro­stu wybrała sta­tus ren­tiera. Od tego czasu gospo­darka (i kul­tura) Wiel­kiej Bry­ta­nii sta­cza się po równi pochyłej.

Aby poznać praw­dziwą przy­czynę maso­chi­zmu fiskal­nego War­rena Buf­fetta wystar­czy się­gnąć po liczy­dło. Gdyby miliar­der naprawdę nie chciał dużych pie­nię­dzy mógłby w każ­dej chwili prze­zna­czyć wszystko co posiada na cele dobro­czynne[3]. On
jed­nak wie, że duża kasa gwa­ran­tuje dużą wła­dzę, tym bar­dziej, gdy ma się życz­li­wość rzą­dzą­cych. Trudne żeby jej nie miał, skoro gło­śno domaga się pod­wyżki podatku. Poli­tycy to kochają. Buf­fett, jak każdy nor­malny czło­wiek i biz­nes­men nie
cierpi kon­ku­ren­cji. Wie dobrze, że jeśli on od zaro­bio­nego 1 miliarda dola­rów zapłaci 80 pro­cent podatku, to na rękę zosta­nie mu nieco ponad 200 milio­nów, gdy tym­cza­sem Smi­thowi czy Wil­so­nowi, któ­rzy zara­biają 1 milion rocz­nie „tylko”
nie­wiele powy­żej 200 tysięcy dola­rów. Niby poda­tek „taki sam”, a jed­nak róż­nica ogromna. Przy takiej prze­wa­dze, ani Smith ani Wil­son nie są w sta­nie zro­bić Buf­fet­towi kon­ku­ren­cji, a jeśli już, będzie im bar­dzo trudno. I to jest pod­sta­wowy powód, dla któ­rego ludzie bogaci nie boją się podat­ków. Tym bar­dziej, że mają moż­li­wość pokry­wa­nia więk­szo­ści swo­ich wydat­ków z przy­cho­dów firm, któ­rych są wła­ści­cie­lami. Pań­stwo dba o to, aby fir­mom tym nie stała się krzywda ze strony kon­ku­ren­tów. A jeśli nie daj Boże przy­da­rzy im się kry­zys, jak obecny, są na tyle duże, że rząd nie pozwoli im upaść. Super poda­tek
zapła­cony od dochodu okaże się wów­czas docho­dową inwe­sty­cją. Dla­tego, rację ma Her­man Cain, kan­dy­dat na pre­zy­denta w nad­cho­dzą­cych wybo­rach, mówić, że „Oku­pu­jący Wall Street” powinni prze­nieść swoje demon­stra­cje na 1600 Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue, pod Biały Dom, bo tam jest jaski­nia zła.

Pisa­łem, że w ciągu 14 lat od jej wyda­nia książka Stan­leya i Danco nie stra­ciła na aktu­al­no­ści. I to jest prawda, gdy cho­dzi o jej war­stwę filo­zo­ficzną. Zmie­niły się nie­które realia finan­sowe i demo­gra­ficzne. Zasta­na­wia­li­śmy się nad spe­cjal­nymi przy­pi­sami aktu­ali­zu­ją­cymi dane sprzed 15 lat, ale i tutaj doszli­śmy do wnio­sku, że jest to wła­ści­wie zby­teczne. Po pierw­sze, odse­tek ludzi z mająt­kiem powy­żej 1 miliona dola­rów, po chwi­lo­wym wzro­ście w począt­kach XXI wieku do ok. 4 proc., po 2008 roku, kiedy
Stany Zjed­no­czone wpa­dły w spi­ralę kry­zysu, wró­cił do swego nor­mal­nego poziomu 3,5 pro­cent, jaki notuje prak­tycz­nie od prze­łomu wieku XIX i XX. W okre­sie dekady od momentu pierw­szego wyda­nia, do końca 2007 roku, zmie­niły się dra­stycz­nie ceny domów, w nie­któ­rych rejo­nach wzro­sły one aż o 80 proc. i wię­cej. Jed­nakże obser­wo­wana od 3 lat korekta rynku nie­ru­cho­mo­ści spro­wa­dza je do normy, a nawet poni­żej. Odnosi się to także do rela­cji dochodu do war­to­ści nie­ru­cho­mo­ści, która powró­ciła do pro­por­cji z połowy lat 90. ubie­głego stu­le­cia. Wzro­sła nato­miast liczba ludzi bied­nych. Przy­czyn takiego stanu rze­czy jest kilka. Primo, kry­zys, secundo, poli­tyka rządu sty­mu­lu­jąca kon­sump­cję, ter­tio, fatalne błędy banku cen­tral­nego FED, które nie­mal kom­plet­nie znie­chę­ciły Ame­ry­ka­nów do oszczę­dza­nia. Wresz­cie, infla­cja, z wszyst­kimi swo­imi kon­se­kwen­cjami, jak
wzrost cen bez wzro­stu war­to­ści, czyli spa­dek siły nabyw­czej pie­nią­dza rodzący bańki inwe­sty­cyjne czy to na rynku surow­ców czy na Wall Street.

Co prawda, nie do końca udała się auto­rom pro­gnoza gospo­dar­cza się­ga­jąca roku 2005, nie prze­wi­dzieli też głę­bo­kiego
kry­zysu, jaki owładną Sta­nami Zjed­no­czo­nymi i świa­tem w ogóle, mimo to ludzie, któ­rzy żyją po milio­ner­sku, a więc
gospo­darni, ciężko pra­cu­jący, rze­telni, dobrzy ojco­wie i mężo­wie nadal mają się znacz­nie lepiej i są szczę­śliwsi, od uga­nia­ją­cych się w fer­rari utra­cju­szy w gar­ni­tu­rach od Arma­niego z role­xami na prze­gu­bach, a więc tych, któ­rzy po milio­ner­sku wyglą­dają. Termu wła­śnie zagad­nie­niu poświę­cona jest naj­now­sza książka Tho­masa J. Stan­leya, „Prze­stań zgry­wać milio­nera, lepiej nim zostań”[4].

Jan M Fijor

Thomas J. Stanley William D. Danko

Recenzje klientów:

Średnia ocena klientów:
47,40 
Liczba wszystkich recenzji: 0

Opinie

Na razie nie ma opinii o produkcie.
Pomóż innymi Klientom dokonać udanego zakupu i dodaj recenzję

Napisz pierwszą recenzję “Sekrety amerykańskich milionerów czyli krezusi z sąsiedztwa”


Wróć do strony