Rozdział 8
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.

Rozdział 8
Przełom epok
Przez co najmniej kolejne 100 lat musimy udawać przed sobą i innymi, że to, co uczciwe, jest nieuczciwe, a to, co nieuczciwe, jest uczciwe, ponieważ nieuczciwe jest użyteczne, a uczciwe nie. Chciwość, lichwa i bojaźliwość muszą pozostać naszymi bogami co najmniej jeszcze przez chwilę.
John Maynard Keynes (1931)
Pieniądz: mit i magia
W miarę pogłębiania się kryzysu gospodarczego zaczynamy dostrzegać iluzoryczność rzeczy, które dotąd uznawaliśmy za pewniki. Kryzys z 2008 roku był jak rozdarcie zasłony – zdemaskował ostateczną prawdę, że potężny pieniądz to zaledwie stworzona przez nas opowieść. Do końca 2010 roku władzom udało się jakoś to rozdarcie prowizorycznie załatać, lecz podszyty lękiem niepokój utrzymywał się w społeczeństwie aż do nadejścia pandemii COVID-19, która ostatecznie zrujnowała resztki wątłej normalności. Teraz znajdujemy się na niepokojącym, nieznanym terytorium.
Zazwyczaj w obliczu dramatycznych zmian, takich jak śmierć bliskiej osoby czy pojawienie się w mieście obcych wojsk, ludzie reagują zaprzeczeniem. Sam często w odpowiedzi na tragedię myślę: „To niemożliwe, że to się dzieje!”. Dlatego nie zdziwiło mnie, że polityczni przywódcy i prezesi korporacji tak długo zaprzeczali istnieniu kryzysu. Oto przykłady wypowiedzi z 2007 roku: „Fundamenty gospodarcze kraju są solidne” – twierdził George W. Bush. „Nie sądzę, aby problemy na rynku kredytów hipotecznych subprime stanowiły poważne zagrożenie. Myślę, że sytuacja zostanie opanowana” – przekonywał sekretarz skarbu Henry Paulson. „Recesja jest mało prawdopodobna. Doświadczamy jedynie korekty w sektorze mieszkaniowym. Ameryka nie jest w recesji, ale ceny mieszkań nie wzrosną do początku 2009 roku”. Nawet dziś władze przewidują (a właściwie próbują nas przekonać), że w latach 2010–2015 wzrost gospodarczy osiągnie poziom 5%.
Oczywiście wiele z tych oświadczeń było celową manipulacją. Władze liczyły, że kontrolując sposób, w jaki ludzie postrzegają rzeczywistość, zdołają wpłynąć na jej faktyczny stan. Innymi słowy – poprzez manipulację symbolami chciały zmienić realny świat. Takie działania są właściwie tym, co antropolodzy nazywają „myśleniem magiczno-religijnym”. Nie bez powodu elity finansowe określa się czasem mianem współczesnych kapłanów. Przywdziewając ceremonialne stroje, posługując się hermetycznym językiem i władając zagadkowymi zapisami, potrafią wpływać na wzloty i upadki fortun oraz całych narodów.
Myślenie magiczno-religijne zwykle przynosi rezultaty. Niezależnie, czy mówimy o szamańskim rytuale, podpisaniu ustawy czy ogłoszeniu salda. Kiedy rytuał jest osadzony w opowieści, w którą ludzie wierzą, postępują zgodnie z nią, odgrywając przypisane role i odpowiednio reagując na rzeczywistość, którą ta opowieść ustanawia. W dawnych czasach, gdy szamański rytuał zawodził, wszyscy rozumieli, że zwiastuje to koniec świata, zmianę tego, co przestało być prawdziwe, kres starej opowieści o ludziach i dziejach. Czym zatem, z tej perspektywy, jest nadchodząca porażka rytuałów finansowych?
Mimo usilnego odprawiania wszelkich zaklęć bankom centralnym nie udało się po 2008 roku przywrócić ani „normalnych” stóp procentowych, ani historycznych wskaźników wzrostu gospodarczego. Za każdym razem, gdy instytucje te wysyłały sygnał zwiastujący chęć redukcji swoich bilansów i podniesienia stóp procentowych, rynki reagowały panicznym strachem. W efekcie szefowie banków centralnych pośpiesznie wycofywali się z własnych zapowiedzi. Dziś, w obliczu potężnego szoku gospodarczego wywołanego przez COVID-19, w ich politycznym arsenale pozostało już przerażająco mało amunicji.
Można drwić z prymitywnych mieszkańców jaskiń wierzących, że ich rysunki zwierząt na ścianach mogły magicznie wpłynąć na wynik polowania. Jednakże współcześnie również tworzymy własne talizmany i systemy symboli, które prawdziwie oddziałują na fizyczną rzeczywistość. Wystarczy zmiana kilku liczb, a tysiące robotników rozpoczynają budowę wieżowca. Gdzie indziej podobna zmiana powoduje, że szanowana firma musi zamknąć swoje podwoje. Zadłużenie zagraniczne krajów Trzeciego Świata, będące jedynie cyframi w komputerze, skazuje ich mieszkańców na wieczną niewolę produkcji towarów na eksport. Studenci rezygnują z marzeń i spieszą do pracy, by spłacić kredyty zaciągnięte na naukę. Ich wola jest podporządkowana kawałkowi papieru z magicznymi symbolami, nazywanemu „wyciągiem z konta”, który działa na nich niczym zaklęcie voodoo. Te papierki, które nazywamy pieniędzmi, oraz elektroniczne impulsy mają w sobie potężną magię!
Jak działa ta siła? Rytuały i talizmany potwierdzają i utrwalają wspólną umowę społeczną, w której wszyscy uczestniczymy. Opowieści, w których bierzemy udział, kształtują rzeczywistość, nasze działania i życie. Tylko w wyjątkowych momentach przestają działać – gdy załamuje się dotychczasowa opowieść o ludzkości. Właśnie w taki okres wkraczamy. Działania podjęte w 2008 roku w celu powstrzymania kryzysu przyniosły jedynie tymczasową ulgę, ponieważ nie sięgnęły do prawdziwych źródeł problemu. Jedyną skuteczną reformą może być ta, która ucieleśni, potwierdzi i utrwali nową opowieść o ludzkości. Aby zobaczyć, jak ona może wyglądać, musimy przeanalizować warstwy upadającej rzeczywistości i ich związek z pieniędzmi.
Gdy pierwsza reakcja rządu na kryzys – zaprzeczenie – okazała się bezskuteczna, Rezerwa Federalna i Departament Skarbu sięgnęły po inny rodzaj zarządzania percepcją. Wykorzystując arsenał zaklęć, zasygnalizowały, że rząd nie dopuści do upadku głównych instytucji finansowych, takich jak Fannie Mae. Rządzący liczyli, że ich zapewnienia wystarczą, by utrzymać zaufanie do aktywów, których wartość zależy od wypłacalności tych firm. Taka sztuczka mogłaby się udać, gdyby opowieść, do której odwoływały się te symboliczne działania, nie była już nadwątlona. Ale była. Konkretnie – załamała się opowieść przypisująca wartość papierom wartościowym zabezpieczonym hipoteką i innym instrumentom pochodnym opartym na niespłacalnych kredytach. W przeciwieństwie do wielbłądów czy buszli zboża wszystkie współczesne waluty mają wartość wyłącznie dlatego, że ludzie w nią wierzą. Co więcej, nie jest to odosobnione przekonanie, lecz wypadkowa milionów opinii, konwencji, nawyków, umów i rytuałów.
Kolejnym krokiem w walce z kryzysem było wpompowanie ogromnych sum pieniędzy w upadające instytucje finansowe. W niektórych przypadkach zrobiono to w zamian za akcje, faktycznie nacjonalizując podmioty takie jak Fannie Mae, Freddie Mac czy AIG. W innych nie otrzymano nic w zamian, jak w przypadku programu TARP, w którym Departament Skarbu gwarantował lub skupował toksyczne aktywa banków, licząc na poprawę ich bilansów, aby mogły wznowić udzielanie pożyczek i nie dopuścić do pęknięcia bańki kredytowej. To jednak nie zadziałało. Banki po prostu zatrzymywały pieniądze (poza tym, co wypłaciły w formie premii dla swoich dyrektorów) jako zabezpieczenie przed złymi kredytami lub wykorzystały je do przejęć mniejszych, zdrowszych banków. Instytucje finansowe nie zamierzały pożyczać pieniędzy ani konsumentom, ani przedsiębiorstwom, gdyż te były już maksymalnie zadłużone. Cent nieruchomości nadal spadały, wskaźniki niespłacalności kredytów rosły, a cały zbudowany na nich arsenał instrumentów pochodnych ulegał erozji. Konsumpcja i aktywność gospodarcza gwałtownie zmalały, a bezrobocie wzrosło, co pchnęło Europejczyków do wyjścia na ulice. Dlaczego? Tylko dlatego, że pewne komputerowe zapisy uległy zmianie! To naprawdę zdumiewające i ma sens jedynie wtedy, gdy określone cyfry postrzegamy jako talizmany ucieleśniające międzyludzkie umowy. Firma górnicza wydobywa minerały z ziemi i wysyła je do fabryki. Co dostaje w zamian? Kilka kartek lub – bardziej prawdopodobne – kilka bitów przesyłanych w komputerze (co może nastąpić jedynie za zgodą banku).
Zanim zagłębimy się w kwestię rozdawania miliardów dolarów najbogatszym, przyjrzyjmy się bliżej istocie pieniądza. Co tak naprawdę dzieje się w momencie jego wydawania? W praktyce niewiele – następuje jedynie przesunięcie kilku bitów z jednego cyfrowego konta na drugie, a nieliczni ludzie, którzy rozumieją cały ten proces, ogłaszają, że pieniądze zostały przetransferowane. Te cyfrowe zapisy są jedynie symbolicznym odzwierciedleniem pewnej umowy społecznej, opowieści określającej, kto jest bogaty, a kto biedny, kto jest właścicielem, a kto dłużnikiem. Często słyszymy, że nasze dzieci i wnuki będą spłacać długi zaciągnięte na ratowanie i stymulowanie gospodarki. Można jednak spojrzeć na to inaczej: zadłużenie jest równie realne jak opowieść, w którą wierzymy. Przyszłe pokolenia będą je spłacać wyłącznie wtedy, gdy system znaczeń, który je definiuje, nadal będzie funkcjonował. Coraz więcej osób zaczyna dostrzegać, że dług Stanów Zjednoczonych (podobnie jak wiele kredytów prywatnych) nigdy nie zostanie spłacony.
Wydaje się nam, że finansiści z Wall Street uciekli z miliardami, ale czym właściwie są te pieniądze? To tylko cyfry w komputerach, które teoretycznie mogłyby zostać wymazane jedną decyzją władz. Ta sama zasada dotyczy środków, które Ameryka jest winna Chinom czy kraje rozwijające się bankom. Takie zobowiązania mogłyby zniknąć za sprawą pojedynczej deklaracji. Dlatego masowe rozdawnictwo pieniędzy w ramach programów pomocowych należy postrzegać jako kolejne ćwiczenie w zarządzaniu społecznym postrzeganiem rzeczywistości. Darowizny są swoistymi rytuałami, mającymi na celu podtrzymanie pewnej opowieści, sieci umów oraz ludzkich zachowań, które się wokół niej koncentrują. To próba zachowania magicznej mocy rytuałów, które trzymają absolwenta uczelni na ścieżce kariery, a czterdziestolatka w niewoli kredytu hipotecznego i które dają nielicznym możliwość przenoszenia gór, ale jednocześnie wielu krępują kajdanami.
Warto przyjrzeć się również rzeczywistości stojącej za nierównowagą handlową między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Państwo Środka wysyła nam ogromne ilości towarów: odzieży, zabawek, elektroniki, praktycznie wszystko, co można znaleźć w Walmarcie. W zamian przyznajemy im jedynie kilka cyfrowych zapisów. Tymczasem chińscy robotnicy pracują równie ciężko, jak Amerykanie, lecz ich dniówka ma znacznie niższą siłę nabywczą. W przeszłości Chiny uznano by za państwo wasalne, a przesyłane przez nie towary za daninę. Ten wasal jednak również robi wszystko, by podtrzymać obecny system pieniężny. Powód jest zasadniczo taki sam jak u nas – ich elity czerpią z tego korzyści. Przypomina to sytuację ze starożytnego Rzymu, w którym elity prosperowały kosztem ubóstwa ludu. By uspokoić masy i uczynić je potulnymi i nieświadomymi, zapewniało się im chleb i igrzyska. Współcześnie są to tanie jedzenie, proste rozrywki, plotki o celebrytach i Super Bowl.
Niezależnie od tego, czy ogłosimy koniec ery pieniądza, czy nastąpi on samoistnie, będzie to miało daleko idące konsekwencje. To właśnie dlatego Stany Zjednoczone nigdy nie spłacą swojego długu. Gdyby to zrobiły, zakończyłaby się opowieść, w której Bliski Wschód dostarcza nam ropę, Japonia – elektronikę, Indie – tekstylia, a Chiny – wyroby z plastiku. Niestety, a może na szczęście, takiego stanu rzeczy nie da się ciągle utrzymywać. Podstawowym powodem jest to, że w skończonym świecie dług nie może rosnąć bez ograniczeń.
Gdy pieniądze znikają, jak dzieje się to w obecnym cyklu deflacji długu, w rzeczywistości fizycznej niewiele się zmienia. Stosy banknotów nie płoną, fabryki nie wybuchają, silniki nie przestają pracować, szyby naftowe nie wysychają, a umiejętności ludzi nie zanikają. Wszystkie zasoby materialne i cała wiedza dotycząca żywności, schronienia, transportu czy rozrywki pozostają niezmienione. Znika jedynie zdolność do koordynowania działań i wspólnych wysiłków. Nadal możemy wyobrazić sobie nowe lotnisko, ale nie jesteśmy już w stanie go zbudować. Magiczny talizman, sprawiający, że stwierdzenie „lotnisko powstanie w tym miejscu”, traci swoją moc. Ludzkie ręce, umysły i maszyny zachowają wszystkie swoje możliwości, ale nie będziemy mogli już robić tego, co kiedyś. A zmienia się jedynie nasze postrzeganie rzeczywistości.
Możemy zatem postrzegać programy ratunkowe, luzowanie ilościowe i inne działania mające na celu ocalenie gospodarki jako kolejne ćwiczenia w zarządzaniu percepcją. Co bowiem tego rodzaju działania mówią nam o naturze pieniądza? Obecnie jest on jedynie formą umowy społecznej, opowieścią nadającą określone znaczenia i role. Klasyczna definicja pieniądza jako środka wymiany, magazynu wartości i jednostki rozliczeniowej mówi nam, do czego on służy, ale nie wyjaśnia, czym właściwie jest. W ujęciu czysto fizycznym jest praktycznie niczym. Natomiast z perspektywy społecznej jest prawie wszystkim: kluczowym czynnikiem koordynującym ludzkie działania i ogniskującym zbiorowe intencje.
Przeznaczanie przez rząd bilionów dolarów niewiele różni się od pustych deklaracji zaprzeczających istnieniu kryzysu. Oba działania są jedynie manipulacją różnymi rodzajami symboli. Oba zawodzą z tego samego powodu: opowieść, którą próbują podtrzymać, dobiegła końca. Normalność, którą uznawano za standard, okazała się niemożliwa do utrzymania, co widać na dwóch poziomach. Pierwszy poziom tzw. normalności to piramida zadłużenia i wykładniczy wzrost ilości pieniądza, który nieuchronnie przewyższa realną gospodarkę. Rozwiązaniem na tym poziomie są propozycje ekonomistów liberalnych (zwykle określających się jako keynesiści): redystrybucja majątku, bodźce fiskalne, umorzenie długów itp. Poprzez te działania mają oni nadzieję na pobudzenia wzrostu gospodarczego, co stanowi drugi poziom normalności, który również zmierza ku końcowi.
Próba dojrzałości dla ludzkości
Opowieść, którą nazywam Postępem Ludzkości, sięga znacznie głębiej niż opowieść pieniądza. To opowieść o nieustającym rozwoju, którego ucieleśnieniem jest współczesny system pieniężny, napędzający przekształcanie świata naturalnego w świat człowieka. Proces ten rozpoczął się tysiące lat temu, gdy ludzie po raz pierwszy zapanowali nad ogniem i stworzyli pierwsze narzędzia. Nabrał tempa, gdy zaczęli wykorzystywać te narzędzia do udomowienia zwierząt i roślin oraz do podporządkowania sobie dzikiej przyrody. Szczyt osiągnął w erze maszyn, gdy ludzie stworzyli całkowicie sztuczny świat, ujarzmiając siły natury i wierząc, że są jego panami i właścicielami. A teraz ta opowieść dobiega końca, gdy uświadamiamy sobie jej nieprawdziwość. Mimo pozorów, jakie tworzymy, świat nie poddaje się tak łatwo ludzkiej woli. Pomimo złudzenia, że potrafimy to zrobić, w rzeczywistości nie jesteśmy w stanie kontrolować Ziemi. W miarę jak mnożą się nieprzewidziane konsekwencje rozwoju technologicznego, gdy pogarsza się kondycja naszych społeczności, zdrowia i naturalnych podstaw cywilizacji, gdy odkrywamy nowe wymiary nędzy, przemocy i wyobcowania, wkraczamy w końcowe etapy tej opowieści: kryzys, punkt kulminacyjny, ale zarazem rozwiązanie. Dawne sposoby snucia tej opowieści już nie wystarczą. Żadna opowieść nie przetrwa własnego końca.
Tak jak życie nie kończy się wraz z okresem dojrzewania, tak rozwój cywilizacji nie ustaje wraz z zatrzymaniem jej wzrostu. Znajdujemy się w samym środku przemiany, którą można porównać do wejścia nastolatka w dorosłość. Wzrost fizyczny ustaje, a energia życiowa kieruje się do wewnątrz, wspierając rozwój w innych obszarach.
Dwa kluczowe wydarzenia wyznaczają przejście z dzieciństwa do dorosłości, zarówno na poziomie jednostki, jak i gatunku. Po pierwsze, zakochujemy się, przy czym ten rodzaj miłości różni się od relacji dziecka z matką. W dzieciństwie głównym aspektem relacji miłosnej jest otrzymywanie. Naturalne jest, gdy możemy ofiarowywać dzieciom to, co najlepsze, i chcemy, by przyjmowały to bez ograniczeń. To właściwe dla dziecka, by korzystało z tego, co wspomaga jego rozwój, zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Dobry rodzic dostarcza tych zasobów, podobnie jak uczyniła to dla nas Matka Ziemia. Do tej pory ludzkość była dzieckiem w relacji z Ziemią. Zaczynaliśmy w łonie łowiecko-zbierackiej egzystencji, w której nie istniało rozróżnienie między człowiekiem a naturą – byliśmy z nią jednością. Tak jak niemowlęta początkowo nie mają wyraźnego poczucia odrębności od innych i potrzebują czasu, by wykształcić własną tożsamość oraz zrozumieć, że świat nie jest przedłużeniem ich jaźni, tak samo było z ludzkością. Łowcy-zbieracze nie dostrzegali odrębnej natury, różnej od człowieka. Ci jednak, którzy udomowili zwierzęta i rośliny, zaczęli postrzegać przyrodę jako osobną kategorię. Na tym wczesnym etapie rozwoju ludzkość stworzyła odrębną tożsamość i rozrosła się. Jej okres dojrzewania przypadł na czas rewolucji przemysłowej. Wtedy na poziomie mentalnym ludzkość całkowicie oddzieliła się od reszty świata i wykształciła pełne ego, a etap rozwoju polegający na operowaniu abstrakcyjnymi pojęciami zakończył się. Ludzie stali się racjonalni. Ale tak jak yang zawiera zalążek yin, tak w tym oddzieleniu znajduje się ziarno tego, co nastąpi – ziarno zjednoczenia.
W trakcie dojrzewania często się zakochujemy, a świat niezmąconego rozumu i egoizmu ulega rozpadowi, gdy nasza jaźń zaczyna obejmować w swych granicach ukochaną osobę. Pojawia się nowy rodzaj miłości: bazujący nie tylko na otrzymywaniu, ale również na dawaniu i współtworzeniu. Dopiero gdy w pełni wyodrębnimy się z „innego”, możemy się w nim zakochać i doznać zjednoczenia głębszego niż pierwotna jedność, ponieważ obejmuje ono całą przeżytą drogę oddzielenia.
Pierwsze masowe przebudzenie nowej świadomości nastąpiło w latach 60. XX wieku wraz z narodzinami ruchu ekologicznego. W szczytowym momencie ludzkiego rozłamu zaczęliśmy dostrzegać, jak wiele Ziemia nam ofiarowuje. Staliśmy się świadomi jej bólu i ran, zapragnęliśmy nie tylko od niej brać, ale też chronić ją i pielęgnować. Ta potrzeba nie wynikała z lęku przed wyginięciem – ten pojawił się później – ale z miłości. Zakochiwaliśmy się w Ziemi. Pierwsze zdjęcia planety, przesłane w tamtym czasie z orbity, ukazały jej piękno, które nas odmieniło. Spojrzenie na Ziemię z zewnątrz było przedostatnim krokiem w procesie oddzielenia się od natury. Ostatnim krokiem było „wniebowstąpienie” astronautów, fizyczne oddalenie się. Oni również zakochali się w Ziemi. Oto słowa astronauty Rusty’ego Schweickarta:
Z kosmosu Ziemia wydaje się mała i krucha. Jest tak niezwykle malutkim punktem we wszechświecie, że można ją zasłonić kciukiem. Wówczas zdajesz sobie sprawę, że na tym małym niebiesko-białym obszarze znajduje się wszystko, co kiedykolwiek miało dla ciebie znaczenie: cała historia, muzyka, poezja, sztuka, śmierć, narodziny, miłość, łzy, radość, zabawy. Wszystko to znajduje się w tym miejscu, które możesz zakryć kciukiem. I z tej perspektywy zdajesz sobie sprawę, że zmieniłeś się na zawsze, że jest tam coś nowego, że twój związek z Ziemią nie jest już tym, czym był.
Drugą charakterystyczną cechą przejścia do dorosłości jest próba. W starożytnych kulturach plemiennych istniały różnorodne ceremonie inicjacyjne, które celowo rozbijały młodzieńczą tożsamość poprzez izolację, ból, post, rośliny psychodeliczne lub inne środki, a następnie odbudowywały ją i ponownie włączały do większej, ponadosobowej całości. Choć dziś intuicyjnie szukamy takich doświadczeń w alkoholu czy narkotykach, współcześni ludzie doświadczają tego procesu tylko częściowo, co pozostawia ich w stanie wiecznego dorastania. Prawdziwe przejście następuje jedynie wtedy, gdy los interweniuje, aby rozerwać nasz świat na strzępy. Dopiero wtedy możemy wkroczyć w szerszą jaźń, w której dawanie przychodzi równie naturalnie, co branie. Po przejściu w dorosłość człowiek w pełni przyjmuje swoje dary i stara się przyczyniać do dobra wszystkich jako pełnoprawny członek plemienia.
Ludzkość przechodzi obecnie analogiczną próbę. Kryzysy, które nas spotykają, są właśnie takim wyzwaniem. Jest to zarazem próba, której nie mamy szansy uniknąć. Aktywuje ona nieodkryte zdolności i jednocześnie zmusza do odnoszenia się do świata z większym szacunkiem. Rozpacz, jaką w obliczu kryzysu odczuwają wrażliwi ludzie, stanowi część tej próby. Po jej przetrwaniu jako gatunek staniemy się pełnoprawnymi członkami plemienia życia, a nasze wyjątkowe zdolności technologiczne i kulturowe pozwolą przyczynić się do dobra wszystkich.
Na początkowym etapie naszej cywilizacji system oparty na niepohamowanym wzroście mógł być właściwy. Był integralną częścią Opowieści Postępu. Ale dziś szybko staje się przestarzały. Jest nie do pogodzenia z miłością, ze współtwórczym partnerstwem i z przejściem do postawy dawcy, które pojawia wraz z dorosłością. To istotny powód, dla którego żadna reforma finansowa ani ekonomiczna nie może odnieść sukcesu, jeśli nie obejmie nowego rodzaju pieniądza. Ta nowa waluta musi ucieleśniać opowieść traktującą naturę nie tylko jako źródło zasobów, lecz także jako partnerkę. Pieniądze będą niezbędne jeszcze przez długi czas, ponieważ potrzebujemy magicznych symboli do urzeczywistniania naszej Opowieści Ludzkości. Ich podstawowy charakter nie ulegnie zmianie. Nadal będą magicznym talizmanem (fizycznym bądź elektronicznym), poprzez który przypisujemy role, skupiamy intencje i koordynujemy działania.
W kolejnym rozdziale przedstawię wizję nowego systemu pieniężnego wraz z towarzyszącą mu ekonomią i psychologią. Przemiana dziejowa, w którą wkraczamy, ma wymiar nie tylko osobisty, ale według niektórych również duchowy. Obecny system, oparty na lichwie, stanowi element Opowieści Rozłamu, w której więcej dla mnie nieuchronnie oznacza mniej dla ciebie. To jest właśnie istota odsetek: pożyczę ci tylko wtedy, gdy zwrócisz mi więcej. Na poziomie systemowym oprocentowanie kapitału napędza konkurencję, wywołuje niepokój i pogłębia nierówności majątkowe. Zasada „więcej dla mnie to mniej dla ciebie” jest również mottem ego i oczywistą konsekwencją odrębnego „ja”, znanego ze współczesnej ekonomii, biologii i filozofii.
Dopiero gdy nasze poczucie „ja” rozszerzy się poprzez miłość na innych, przekonanie to ustępuje miejsca swojemu przeciwieństwu: „więcej dla ciebie oznacza również więcej dla mnie”. Ta fundamentalna prawda pojawia się w wielu naukach duchowych świata: od złotej zasady Jezusa („Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie!”, Mt 7, 12) po buddyjską koncepcję karmy. Samo zrozumienie i akceptacja tych nauk jednak nie wystarczą. Wielu z nas dostrzega rozdźwięk między tym, w co wierzymy, a tym, jak żyjemy. Niezbędna jest prawdziwa przemiana w sposobie doświadczania świata, następująca poprzez odrzucenie starej opowieści o sobie i świecie oraz przyjęcie nowej. Ostatecznie opowieść o sobie posiada określony początek i koniec. Czy kiedykolwiek doświadczyliście sytuacji, po której ledwo rozpoznawaliście samego siebie?
Dojrzała, zintegrowana jaźń osiąga równowagę między dawaniem a otrzymywaniem. Niezależnie od tego, czy dotyczy to jednostki czy całego gatunku, gdy daje się zgodnie ze swoimi możliwościami i jest się w łączności z innymi o podobnym nastawieniu, otrzyma się według swoich potrzeb.
Jedna z podstawowych zasad socjalizmu głosi: „od każdego według zdolności, każdemu według potrzeb”. To stwierdzenie trafnie opisuje każdą sieć wymiany darów: od ludzkiego ciała, poprzez ekosystem, aż po kulturę plemienną. Za chwilę wyjaśnię, że jest to również właściwy opis uświęconej ekonomii. Waluta tego systemu tworzy zupełnie inną opowieść o człowieku, tożsamości i świecie niż pieniądz oparty na lichwie. Jest raczej cykliczna niż wykładnicza. Zawsze wraca do źródła. Zachęca do ochrony i wzbogacania natury zamiast jej eksploatacji. Definiuje bogactwo na nowo: jako funkcję szczodrości, a nie gromadzenia. Wyraża obfitość zamiast niedoboru. Ma potencjał stworzenia globalnej sieci wymiany darów.
Pamiętam, jak w młodości czytałem Atlas zbuntowany Ayn Rand. Czarno-białe postacie, skrajna racjonalność i moralny absolutyzm prezentowane w tej powieści silnie przemawiały do mojego nastoletniego umysłu. Książka ta jest manifestem odrębnego „ja” i do dziś oddziałuje na umysły młodych czytelników. Autorka nie szczędzi krytyki zasadzie „od każdego według zdolności, każdemu według potrzeb”, kreśląc obraz egoistycznych ludzi walczących o jak największe korzyści dla siebie oraz przedsiębiorców pozbawionych motywacji do wytwarzania. Ten scenariusz, który w pewnym stopniu ziścił się w bloku komunistycznym, odzwierciedla podstawowy lęk współczesnego „ja” ukształtowanego przez niedobór: „Co się stanie, jeśli dam coś, a nic nie dostanę w zamian?”. To pragnienie gwarancji zwrotu i rekompensaty za ryzyko stanowi fundament podejścia interesownego. Taki młodzieńczy model myślenia powinien ustąpić miejsca dojrzalszej perspektywie. Jesteśmy tu po to, by ofiarowywać dary. To jedno z najgłębszych pragnień, bez którego nigdy nie będziemy w stanie naprawdę żyć.
Większość potrzeb została włączona do sfery pieniądza, podczas gdy ilość pracy niezbędnej do ich zaspokojenia maleje. Dlatego aby ludzka kreatywność mogła się w pełni rozwinąć, nadmiar energii twórczej musi zostać skierowany ku celom przeciwnym do sił Rozłamu. System pieniężny zniszczył i nadal niszczy wiele piękna (oraz wszelkie dobra wspólne, które nie powinny podlegać własności prywatnej). Oto kilka przykładów: rozgwieżdżone niebo wolne od zanieczyszczenia światłem, wieś nieskażona hałasem drogowym, tętniąca życiem wielokulturowa gospodarka lokalna, czyste jeziora, rzeki i morza. Wielu z nas posiada talenty, które mogłyby przyczynić się do osiągnięcia tych celów, lecz nikt nie płaci za ich wykorzystanie. Dzieje się tak, ponieważ znany nam system pieniężny zasadniczo opiera się na przekształcaniu tego, co wspólne, w prywatne. Nowa waluta będzie sprzyjać odwrotnemu procesowi, a konflikt między naszymi ideałami a finansowymi realiami dobiegnie końca.
Pieniądz oparty na lichwie doskonale pasował do etapu rozwoju ludzkości na Ziemi oraz do Opowieści Postępu, dominacji i specjalizacji. Kolejny krok to współtwórcze partnerstwo z Ziemią. Opowieść Ludzkości dla tego nowego etapu dopiero się kształtuje. Tworzą ją wizjonerzy z różnych dziedzin, takich jak: permakultura, medycyna holistyczna, energia odnawialna, mykoremediacja, lokalne systemy walutowe, sprawiedliwość naprawcza, rodzicielstwo bliskości i wiele innych. Naprawienie szkód, jakie czas lichwy wyrządził naturze, kulturze, zdrowiu i duchowi, wymaga wszystkich darów, które czynią nas ludźmi, a nauczenie się ich przekazywania pozwoli nam wznieść się na nowy poziom rozwoju.
To, co piszę, może wydawać się naiwne, niejasne i zbyt idealistyczne. Stojącą za tym logikę przedstawiłem w The Ascent of Humanity, a w dalszej części tej książki szczegółowo ją rozwinę. Chciałbym jednak, byście teraz szczerze zapytali samych siebie: czy jestem w stanie zadowolić się czymś mniejszym? Czy zaakceptuję świat rozwijającej się brzydoty? Czy taka droga jest rzeczywiście jedyna i nieunikniona? Dotychczasowe przekonania stopniowo niszczą nasze dusze. Umysł preferuje cynizm, wygodę oraz bezpieczeństwo i wzbrania się przed wiarą w coś niezwykłego, ale serce wzywa do tego, co piękne. Tylko odpowiadając na jego wezwanie, możemy odważyć się stworzyć nową Opowieść Ludzkości.
Jesteśmy tu po to, by zbudować coś wspaniałego. W miarę jak narastające kryzysy wypychają nas ze starego świata, coraz częściej zaczynamy rozumieć, że „więcej dla ciebie nie oznacza mniej dla mnie”. Coraz więcej osób uświadamia sobie, że to, co robi dla innych, robi tak naprawdę dla siebie, a życie w istocie polega na dawaniu tego, co mamy, i braniu tego, czego potrzebujemy. Możemy zacząć to robić już teraz. Chociaż odczuwamy lęk, to kiedy działamy zgodnie z tą prawdą, świat zaspokaja nasze potrzeby, a nawet więcej. Wówczas odkrywamy, że Rozłam, ucieleśniony w znanym nam pieniądzu, nie jest prawdziwy i nigdy nie był. Ostatnie 10 tysięcy lat nie poszło jednak na marne. Czasem trzeba żyć w kłamstwie, zanim będzie się gotowym zrobić krok w stronę prawdy. Kłamstwo Rozłamu w erze lichwy dobiegło końca. Poznaliśmy jego istotę, jego skrajności, zobaczyliśmy wszystko, co przyniósł: pustynie i więzienia, obozy koncentracyjne i wojny, marnotrawstwo dobra, prawdy i piękna. Umiejętności, które rozwinęliśmy podczas tej długiej podróży, dobrze nam posłużą w nadchodzącej erze Zjednoczenia.