Rozdział 10

18 września 2026
Zgodnie z ideą autora, książka „Uświęcona ekonomia” zostaje udostępniona na naszym blogu, w specjalnej kategorii, za darmo jako wyraz kultury daru – z przekonaniem, że warto się dzielić, pozostawiając miejsce na wdzięczność i wzajemność. Rozdziały będą pojawiać się co piątek.
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.

Rozdział 10

Prawo powrotu

Socjalizm zawiódł, bo nie potrafił powiedzieć prawdy o ekonomii; kapitalizm może zawieść, bo nie potrafi mówić prawdy o ekologii.

Lester Brown

To oczywiste, że nie możemy w nieskończoność przekształcać zasobów naszej planety w odpady. Tym bardziej niemożliwy do utrzymania jest wykładniczy wzrost – czy to w kontekście wykorzystania zasobów, pieniędzy, czy populacji. To nie tylko niewykonalne, lecz także przeczy naturze. W naturalnym ekosystemie żaden gatunek nie wytwarza odpadów, których inne organizmy nie mogłyby wykorzystać – stąd wynika maksyma, że odpad jest pożywieniem. Żadna inna istota nie produkuje coraz większych ilości substancji toksycznych dla pozostałych form życia, jak choćby dioksyny, PCB czy odpady promieniotwórcze. Nasza gospodarka, oparta na modelu liniowego czy wykładniczego wzrostu, w sposób oczywisty łamie naturalne prawo obiegu zasobów.

Uświęcona ekonomia stanowi naturalne przedłużenie ekologii i przestrzega wszystkich jej zasad, w tym prawa obiegu materii. To oznacza, że każda substancja, która jest pochodną przemysłu lub innej działalności człowieka, będzie albo wykorzystywana w kolejnych procesach, albo wróci do ekosystemu w formie i tempie, które inne organizmy będą w stanie przetworzyć. W uświęconej gospodarce nie istnieje więc pojęcie odpadów przemysłowych. Wszystko powraca do swojego źródła. Podobnie jak w naturze odpady jednych stają się pożywieniem dla innych.

Dlaczego nazywam taką gospodarkę „uświęconą”, a nie po prostu naturalną czy ekologiczną? Ponieważ świętość wynika z darów. Przestrzeganie prawa obiegu oznacza uhonorowanie ducha Daru – przyjmujemy to, co zostało nam ofiarowane, i dajemy coś w zamian. Dary są po to, by je przekazywać dalej. To, że ta odpowiedzialność ma wymiar święty, wydaje się oczywiste zarówno z perspektywy teistycznej, jak i ateistycznej.

Patrząc z punktu widzenia osoby wierzącej, należy zastanowić się nad źródłem świata, który otrzymaliśmy. Byłoby wielkim błędem uznać – jak powiedzieli mi kiedyś pewni ewangelicy – że możemy wykorzystywać naturę w sposób destrukcyjny, ponieważ to Bóg nam ją podarował. Marnowanie daru czy używanie go w niewłaściwy sposób oznacza jego deprecjację i stanowi obrazę dla darczyńcy. Gdybyście podarowali komuś prezent, a ta osoba wyrzuciłaby go na waszych oczach, poczulibyście się znieważeni i rozczarowani, a z pewnością przestalibyście ją obdarowywać. Sądzę, że nikt, kto szczerze wierzy w Boga, nie odważyłby się tak traktować Jego stworzenia. Przeciwnie – starałby się wykorzystać je w możliwie najpiękniejszy sposób. Oznacza to uznanie natury za boski dar. Z wdzięczności dobrze należy go wykorzystywać i odwzajemniać. To teologiczny powód, dla którego uważam gospodarkę bezodpadową za świętą.

Z perspektywy ateistycznej gospodarka bezodpadowa stanowi ekonomiczne urzeczywistnienie wzajemnej zależności wszystkich istot. Ucieleśnia prawdę mówiącą, że to, co czynimy innym, czynimy także sobie. W miarę jak jesteśmy świadomi tej jedności, w naturalny sposób pragniemy dzielić się naszymi darami, nie krzywdzić innych i kochać ich tak, jak kochamy samych siebie.

Patrząc bardzo praktycznie, ta wizja uświęconej ekonomii wymaga wyeliminowania tego, co ekonomiści nazywają „kosztami zewnętrznymi”. Są to koszty produkcji, które ponosi ktoś inny niż producent. Na przykład jednym z powodów, dla których warzywa z Kalifornii są w Pensylwanii tańsze niż lokalne produkty, jest to, że ich cena nie odzwierciedla pełnych kosztów uprawy. Producenci nie muszą pokrywać obecnych i przyszłych kosztów wyczerpywania warstw wodonośnych, zanieczyszczenia pestycydami, zasolenia gleby i innych skutków swoich metod uprawy, dlatego te koszty nie wpływają na cenę np. główki sałaty. Co więcej, transport produktów przez cały kontynent jest mocno dotowany. Cena paliwa nie uwzględnia kosztów zanieczyszczeń, które powoduje, ani kosztów wojen prowadzonych dla zabezpieczenia dostaw ropy czy skutków jej wycieków. Koszty transportu nie obejmują też wydatków na budowę i utrzymanie dróg. Gdyby wszystkie te elementy wliczyć w cenę warzyw, kalifornijska sałata byłaby w Pensylwanii zbyt droga. Z odległych miejsc sprowadzalibyśmy tylko naprawdę wyjątkowe produkty.

Wiele dzisiejszych gałęzi przemysłu funkcjonuje wyłącznie dlatego, że ich koszty są przerzucane na innych. Prawo ograniczające odpowiedzialność za wycieki ropy i awarie reaktorów jądrowych sprawia, że morskie odwierty i energetyka jądrowa są opłacalne dla ich operatorów, mimo że ich całościowy wpływ na społeczeństwo może być negatywny. Przykładowo nawet jeśli BP chciałoby ponieść całościowe koszty wycieku ropy do Zatoki Meksykańskiej, to nie byłoby w stanie ich pokryć (bo wcześniej doprowadziłoby to firmę do bankructwa). W takiej sytuacji koszty ponosi społeczeństwo, co w praktyce oznacza transfer majątku z domeny publicznej do kieszeni inwestorów BP. Każda branża mogąca spowodować katastrofalne straty w istocie dokonuje transferu bogactwa z rąk publicznych do prywatnych, czyli od wielu do nielicznych. Te gałęzie przemysłu działają na zasadzie „darmowego ubezpieczenia” – oni czerpią zyski, my ponosimy ryzyko. Podobnie dzieje się w sektorze finansowym, w którym najwięksi gracze mogą podejmować ryzykowne przedsięwzięcia, wiedząc, że zostaną uratowani w razie niepowodzenia. Przerzucanie kosztów prowadzi do rozwiązań ekonomicznych, które w rzeczywistości są nieekonomiczne, jak choćby głębokomorskie odwierty czy energetyka jądrowa.
Wyeliminowania przerzucania skutków ubocznych stoi w sprzeczności z przedsięwzięciami opartymi na zasadzie: „ja zatrzymuję zyski, koszty ponoszą inni”. Analogicznie: ja nawożę pole nawozami azotowymi, a rybacy w dolnym biegu rzeki ponoszą koszty eutrofizacji. Ja spalam węgiel, by produkować prąd, a społeczeństwo mierzy się z konsekwencjami zdrowotnymi wynikającymi z emisji rtęci oraz skutkami środowiskowymi kwaśnych deszczów. Wszystkie tego rodzaju podejścia są odmianami już opisanego zjawiska – zamiany dóbr wspólnych na pieniądze. Zdolność Ziemi do pochłaniania różnych zanieczyszczeń jest formą wspólnej własności, podobnie jak żyzność gleby, bogactwo mórz i warstw wodonośnych. Zbiorowy czas wolny społeczeństwa również można uznać za dobro wspólne, które ulega uszczupleniu, gdy to inni muszą sprzątać bałagan pozostawiony przez trucicieli.

Zasada „ja zatrzymuję zyski, koszty ponoszą inni” odzwierciedla sposób myślenia opartego na rozłamie, w którym dobrostan jednej jednostki nie ma żadnego związku z dobrostanem innej. Jeśli jesteś biedny, chory lub siedzisz w więzieniu, nie ma to dla mnie znaczenia – o ile potrafię dostatecznie dobrze odizolować się od negatywnie wpływającego na mnie świata zewnętrznego. Co mnie obchodzi, że życie w Zatoce Meksykańskiej umiera przez wyciek ropy? Po prostu zamieszkam gdzie indziej. Co mnie obchodzi, że na Pacyfiku dryfuje wyspa plastiku o średnicy kilku tysięcy kilometrów? Z perspektywy koncepcji rozłamu to nieistotne – teoretycznie można przecież odizolować się od negatywnych skutków. Czerpanie zysków poprzez przerzucanie kosztów na innych jest nieodłączną częścią takiego rozumowania. Jednakże z perspektywy „ja” połączonego – z innymi ludźmi i Ziemią – twój dobrostan jest nierozerwalnie związany z moim, ponieważ ty i ja nie jesteśmy od siebie oddzieleni. Uwzględnienie wszystkich kosztów naszych działań jest ekonomicznym ucieleśnieniem zasady współistnienia: „to, co czynię innym, czynię samemu sobie”.

Internalizacja kosztów odzwierciedla istotę kultury daru. W świecie opartym na darze twoje szczęście staje się moim szczęściem, a twoja strata – moją stratą, ponieważ będziesz mieć odpowiednio więcej lub mniej do zaoferowania. Z tej perspektywy uwzględnianie szkód wyrządzonych społeczeństwu czy środowisku naturalnemu to kwestia zdrowego rozsądku. Jeśli jestem od ciebie zależny i żyję z darów, które mi przekazujesz, bezsensowne byłoby bogacenie się twoim kosztem. W takim świecie najlepsza decyzja gospodarcza to ta, która wzbogaca wszystkich: społeczeństwo i planetę. Uzdrowiona gospodarka musi ucieleśniać tę zasadę, łącząc zysk z dobrem wspólnym.

Niektórzy przedsiębiorcy wizjonerzy, rozumiejący tę zasadę, próbowali wprowadzać ją w życie dobrowolnie, poprzez takie koncepcje, jak potrójna linia przewodnia (triple bottom line) i rachunek kosztów pełnych (full-cost accounting). Założenie jest takie, że przedsiębiorstwo powinno maksymalizować nie tylko własne zyski, lecz także korzyści w trzech obszarach: społeczeństwa, planety i zysków. Problem polega na tym, że takie firmy muszą konkurować z innymi, które postępują odwrotnie: przerzucają swoje koszty na społeczeństwo i środowisko. Potrójna linia przewodnia i rachunek kosztów pełnych sprawdzają się przy ocenie polityki państwa (ponieważ uwzględniają nie tylko korzyści gospodarcze), ale w przypadku prywatnych przedsiębiorstw dobro ludzi i planety często stoi w sprzeczności z interesem danej firmy. Jeśli jako rybak staram się łowić w sposób zrównoważony, ale konkuruję z przemysłowymi trawlerami używającymi wielokilometrowych sieci, wyższe koszty uniemożliwią mi skuteczną rywalizację. Dlatego niezbędne jest stworzenie mechanizmu, który podczas planowania przedsięwzięć gospodarczych wymusi uwzględnianie wszystkich kosztów i połączy potrójną linię przewodnią w jedną, obejmującą wszystkie trzy obszary. Nie możemy liczyć na to, że ludzie po prostu kiedyś przejrzą na oczy. Musimy stworzyć system, który połączy interes własny z dobrem ogółu.

Jednym ze sposobów włączenia pomijanych dotąd kosztów (i korzyści) do rozliczeń finansowych są systemy cap-and-trade oraz inne formy zbywalnych zezwoleń na emisję. Chociaż w praktyce takie systemy przynoszą różne rezultaty (ograniczenia emisji dwutlenku siarki odniosły względny sukces, podczas gdy unijny system handlu emisjami dwutlenkiem węgla okazał się porażką), zasadniczo pozwalają wspólnie ustalić, jaki poziom jest „odpowiedni”. Ten „odpowiedni” poziom zależy od zdolności planety lub danego regionu przyrodniczego do przyswojenia konkretnego zanieczyszczenia. W przypadku dwutlenku siarki Europa i Ameryka mogłyby mieć oddzielne limity służące kontroli kwaśnych deszczów. Podobnie Los Angeles mogłoby mieć własne ograniczenia dotyczące ozonu czy tlenków azotu, ale cała planeta – jeden wspólny limit emisji dwutlenku węgla i freonów. Egzekwowanie globalnych i lokalnych limitów pozwala ominąć paradoks Jevonsa, według którego poprawa wydajności niekoniecznie musi prowadzić do zmniejszenia zużycia zasobów, a może wręcz skutkować jego zwiększeniem poprzez obniżkę cen i uwolnienie kapitału do dalszego wzrostu produkcji.

Współczesne propozycje systemów limitów i handlu emisjami budzą poważne zastrzeżenia, a ja w dużej mierze podzielam zdanie ich krytyków. Naprawdę skuteczny program limitowania emisji powinien opierać się na systemie aukcyjnym bez żadnych rekompensat, darmowych uprawnień, zapisów o zachowaniu starych przywilejów, za to z surowymi karami dla krajów nieprzestrzegających przepisów. Mimo to nadal pozostają pewne problemy nierozwiązane: niestabilne ceny, spekulacje instrumentami pochodnymi oraz korupcja. Szczególnie istotną kwestią jest też egzekwowanie przepisów, ponieważ system handlu emisjami daje ogromną przewagę producentom z regionów, gdzie przepisy stosuje się pobłażliwie, a to może prowadzić do większego całkowitego zanieczyszczenia niż przy obecnych regulacjach. Kolejnym problemem w systemie cap-and-trade jest to, że jeśli ktoś ogranicza własne emisje, uwalnia zasoby lub uprawnienia, które mogą być wykorzystane przez kogoś innego, co może prowadzić do poczucia bezsilności.

Problemy związane z systemem handlu emisjami wskazują na potrzebę zastosowania innego podejścia: bezpośredniego opodatkowania emisji zanieczyszczeń, np. w formie podatku węglowego zaproponowanego przez Paula Hawkena. Importowane paliwa kopalne mogłyby podlegać opodatkowaniu, a uzyskane środki trafiałyby do społeczeństwa. To kolejny sposób na wymuszenie uwzględniania wszystkich kosztów, szczególnie użyteczny tam, gdzie koszty społeczne i środowiskowe łatwo oszacować i zrekompensować. Podobnie jak w przypadku systemu handlu emisjami poważnym wyzwaniem jest egzekwowanie rozwiązań w skali międzynarodowej, ponieważ w krajach, które odmawiają wprowadzenia podatku lub ściągają go nieefektywnie, produkcja staje się bardziej opłacalna. Takie rozwiązanie mogłoby również wymagać częstych korekt stawek, aby osiągnąć pożądany poziom emisji.

Tym spośród czytelników, którzy wzdrygają się na myśl o kolejnym podatku, wyjaśnię, że opisane przeze mnie dwa mechanizmy – systemy limitów i handlu emisjami oraz podatki ekologiczne – nie są nowymi ciężarami nakładanymi na społeczeństwo. Koszty niszczenia środowiska i tak ktoś musi ponieść. W obecnym systemie tym kimś są przypadkowi ludzie lub będą przyszłe pokolenia. Przedstawione propozycje po prostu przenoszą te koszty na tych, którzy je wytwarzają i czerpią z tego korzyści.
Niezależnie od sposobu osiągnięcia tego celu uwzględnienie kosztów emisji zanieczyszczeń sprawi, że najkorzystniejsza decyzja biznesowa będzie jednocześnie najlepsza dla środowiska. Wyobraźmy sobie, że jesteście wynalazcami i macie znakomity pomysł pozwalający pewnej fabryce zmniejszyć zanieczyszczenia o 90% bez spadku wydajności. Obecnie ta fabryka nie ma powodu, by wdrożyć wasz pomysł, ponieważ nie ponosi kosztów zanieczyszczeń. Gdyby jednak te koszty zostały uwzględnione, taki wynalazek stałby się niezwykle pożądany. Uwzględnienie wszystkich kosztów tworzy zupełnie nowy układ zachęt ekonomicznych. Dobre intencje ludzi, którzy pragną ograniczać zanieczyszczenia nawet wbrew opłacalności, nie musiałyby już dłużej znajdować się pod presją finansową.

Podczas gdy zarówno programy handlu emisjami, jak i podatki od zanieczyszczeń mają swoje miejsce w procesie uwzględniania kosztów społecznych i ekologicznych, mogłyby również zostać wpisane w samą strukturę pieniądza. Stworzylibyśmy w ten sposób jego świadomą formę, wyrażającą nasz szacunek dla planety oraz pogłębiające się zrozumienie roli i celu istnienia ludzkości na Ziemi. Taki pieniądz uwzględniałby w sobie wszystkie koszty oraz naprawę wielkiej niesprawiedliwości związanej z własnością (opisanej w rozdziale 4), oddając ludziom dobra wspólne, a jednocześnie zapewniając przedsiębiorczości pełną swobodę działania. To nic innego, jak wprowadzenie w życie zasady z rozdziału 9: nadawania pieniądzowi uświęconego charakteru poprzez zapewnienie mu pokrycia w tym, co stało się dla nas święte. Poprzez podatki ekologiczne i podobne instrumenty staramy się chronić właśnie te wartości. Choć szczegóły dotyczące systemu handlu emisjami, emisji pieniądza itp. mogą mieć charakter technokratyczny, ich celem, opisanym w następnym rozdziale, jest dostosowanie pieniądza do wartości, które uznajemy za święte.

Chciałbym tu jednak wtrącić słowo przestrogi. Idea internalizacji kosztów opiera się na bardzo niebezpiecznym założeniu. Przyjmuje ona, że szkody wyrządzone innym istotom są bezwzględnie wymierne i można im bez problemu przypisać chłodną wartość finansową. Tym samym przypisanie rzece Missisipi wartości np. 1 mld USD niesie za sobą proste implikacje. Sugeruje to, że gdybyśmy z jakiegoś powodu mogli zarobić 2 mld USD, zatruwając ją do cna, to z czysto logicznego punktu widzenia powinniśmy to zrobić, bo przecież w ujęciu bilansowym czysta rzeka warta jest „tylko” miliard.

Wyceniając usługi ekosystemowe stricte finansowo, bezdusznie redukujemy ich autentyczną wartość wyłącznie do tego, co potrafią rozpoznać księgowe systemy. To właśnie z tego powodu nie możemy w procesie ochrony Ziemi polegać wyłącznie na ekonomii. Powszechnie uznajemy nieadekwatność jakichkolwiek „zachęt finansowych”, które miałyby odwieść kogoś od popełnienia morderstwa, gwałtu czy od porwania kogoś. Dokładnie tak samo powinniśmy podchodzić do społecznych i politycznych sankcji nakładanych za zabijanie przyrody. Ze zredukowania moralności do poziomu pieniądza rodzą się potworne rezultaty.

Zmierzamy ku zupełnie nowemu układowi relacji z naszą planetą. W okresie rozwoju cywilizacji, gdy Opowieść Ludzkości opierała się na podboju dzikiej przyrody, a świat zdawał się nie mieć granic dla naszych potrzeb, nie istniała potrzeba zawierania wspólnych porozumień dotyczących limitów połowów, wycinki lasów, wydobycia surowców czy określania dopuszczalnego poziomu zanieczyszczeń atmosfery. Obecnie jednak nasz stosunek do natury przechodzi głęboką przemianę, ponieważ nie możemy dłużej lekceważyć ograniczeń środowiskowych. Zasoby, takie jak: ryby, lasy czy czyste powietrze i woda, są na wyczerpaniu. Możemy Ziemię zniszczyć lub przynajmniej poważnie uszkodzić. Jest ona wobec nas bezbronna niczym kochanek wobec partnera. W tym kontekście powinniśmy przestać postrzegać ją wyłącznie jako Matkę Ziemię. Dziecko, kierując się swoimi potrzebami, nie zważa na ograniczenia matki.

Między kochankami taka relacja wygląda inaczej. Dlatego przewiduję przyszłość, w której będziemy przestrzegać lokalnych, regionalnych, państwowych i światowych limitów wykorzystania różnorodnych zasobów. Połowy ryb, zużycie wód podziemnych, emisja dwutlenku węgla, wyrąb lasów, eksploatacja gleby i wiele innych działań – wszystko będzie dokładnie monitorowane i utrzymywane na zrównoważonym poziomie. Te zasoby: czysta woda, świeże powietrze, minerały, organizmy żywe i inne, staną się dla nas tak święte, że prawdopodobnie przestaniemy nazywać je „zasobami”, podobnie jak nie określamy tak własnych narządów i nie myślimy o ich wyczerpaniu.

W istocie jednak eksploatujemy nasze organy w podobny sposób, w jaki wykorzystujemy Ziemię. Z perspektywy koncepcji współzależności to, co robimy Ziemi, czynimy również sobie. Podobieństwa są uderzające, ale dla zachowania zwięzłości skupię się na jednym: analogii między wyczerpywaniem paliw kopalnych a wyniszczaniem naszych nadnerczy poprzez chemiczne i psychologiczne stymulatory. W tradycyjnej medycynie chińskiej nadnercza uznawane są za integralną część systemu nerek, który jest źródłem pierwotnego qi (energii życiowej) oraz bramą dla qi zewnętrznego. Gdy żyjemy w zgodzie z naszym życiowym powołaniem, bramy te stoją otworem, zapewniając nieprzerwany dopływ energii. Gdy jednak tracimy tę harmonię, musimy sięgać po coraz bardziej agresywne metody (kawę, techniki motywacyjne, groźby), by „wycisnąć” żywotność z nadnerczy. W podobny sposób technologie wydobycia paliw kopalnych stają się coraz bardziej inwazyjne: szczelinowanie hydrauliczne, górnictwo odkrywkowe, eksploatacja piasków roponośnych itp. Poza tym wykorzystujemy te paliwa do coraz bardziej błahych lub wręcz szkodliwych celów, co wyraźnie kłóci się z sensem istnienia ludzkości na Ziemi. Człowiek i planeta, na której żyje, odzwierciedlają się wzajemnie. Ta zależność to więcej niż zwykła analogia: praca, do której zmuszamy się piciem kawy i zewnętrzną motywacją (czyli pieniędzmi), jest dokładnie tą samą pracą, która przyczynia się do eksploatacji i plądrowania naszej planety. W głębi duszy nie chcemy tego robić ani swojemu ciału, ani naszemu światu.

W naszych relacjach z Ziemią pragniemy stać się tymi, którzy dają, a nie tylko biorą. Mając to na uwadze, chciałbym poruszyć jeszcze jeden aspekt prawa wzajemności i uniwersalnej jedności obdarowywania oraz przyjmowania. Wydaje się, że w przyrodzie istnieje wyraźny wyjątek od zasady wzajemności: coś, czego ekosystemy nie poddają recyklingowi, coś, co nieustannie napływa do nas na nowo i coś, co istnieje jako odpad. Tym czymś jest energia emitowana przez Słońce, która jest wychwytywana przez rośliny i przekształcana w łańcuchu pokarmowym z jednej postaci w drugą, aż ostatecznie, w sposób nieunikniony, zamienia się w ciepło odpadowe. Prędzej czy później całe promieniowanie słoneczne o niskiej entropii, które do nas przychodzi, jest wypromieniowywane z Ziemi jako ciepło o entropii wysokiej.

Nie jest dla mnie zaskakujące, że dawne społeczności czciły Słońce jako jedyną rzecz we wszechświecie, która daje, nie oczekując ani nie mając możliwości otrzymania czegokolwiek w zamian. Słońce jest uosobieniem bezinteresownej szczodrości. Napędza cały świat przyrody, a w postaci paliw kopalnych, energii słonecznej, wiatrowej i wodnej może również zasilać naszą technosferę. Gdy podziwiam to praktycznie niewyczerpane źródło darmowej energii, potrafię zrozumieć głęboką, niemal dziecięcą wdzięczność, jaką musieli odczuwać jego dawni czciciele.

To jednak nie koniec tej historii. W tradycjach duchowych istnieje przekonanie, że my również ofiarowujemy coś Słońcu, że to dzięki naszej wdzięczności ono wciąż świeci. Dawne obrzędy ku jego czci nie były jedynie wyrazem podziękowania – miały na celu podtrzymanie jego blasku. Energia słoneczna to światło ziemskiej miłości, które odbija się z powrotem ku nam. Zatem także i tutaj działa zasada wzajemnego obdarowywania. Nie jesteśmy oddzieleni nawet od Słońca, co być może tłumaczy, dlaczego czasami czujemy wewnętrzne słońce promieniujące z naszego wnętrza, rozświetlające innych ciepłem i blaskiem

Zgodnie z ideą autora, książka „Uświęcona ekonomia” zostaje udostępniona na naszym blogu, w specjalnej kategorii, za darmo jako wyraz kultury daru – z przekonaniem, że warto się dzielić, pozostawiając miejsce na wdzięczność i wzajemność. Rozdziały będą pojawiać się co piątek.
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.

Zmień zgody

Napisz do nas