Rozdział 11
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.

Rozdział 11
Waluty wspólne
Wszystkie pieniądze są kwestią wiary.
Adam Smith
Żyjemy na planecie w naturalny sposób obfitującej w zasoby i dostarczającej życiodajne dary wszystkim istotom. Jak wspominałem w rozdziale 4, takie bogactwa, jak: gleba, woda, powietrze, minerały czy kapitał genetyczny, nie są wytworem człowieka. Z tego powodu nie powinny stanowić własności pojedynczych osób, lecz być zarządzane wspólnie dla dobra wszystkich istot. Ta sama zasada dotyczy technologii i kultury, do których każdy żyjący człowiek powinien mieć równy dostęp.
Te spostrzeżenia ściśle wiążą się z marksistowską i anarchistyczną krytyką własności. Sama kolektywna własność środków produkcji zarządzana przez państwo jednak nie dotyka sedna problemu. W systemie zarówno komunistycznym, jak i korporacyjno-kapitalistycznym to elity władzy decydują o podziale bogactwa i czerpią z tego korzyści. Koncepcja własności, niezależnie, czy wspólnej, czy prywatnej, służy w obu przypadkach gromadzeniu bogactwa i władzy.
Przeobrażenie gospodarki, które dokonuje się na naszych oczach, będzie głębsze niż rewolucja marksistowska. Opowieść Ludzkości, która się z tego wyłoni, nie będzie kolejną opowieścią o własności, lecz uznaniem jej umownego charakteru. Czymże jest bowiem prawo własności, jeśli nie społeczną umową przyznającą określonej osobie prawo do korzystania z czegoś w konkretny sposób? Prawo to nie jest obiektywnym elementem rzeczywistości. Traktowanie go jako zasady fundamentalnej (co czynią teorie zarówno kapitalistyczne, jak i komunistyczne) oznacza nieświadome poddanie się historycznemu uwarunkowaniu. Uświęcona ekonomia nie może traktować pojęcia własności jako podstawnego, ponieważ koncepcja odrębnego „ja”, istniejącego w obiektywnym wszechświecie, straciła już swoją aktualność. Zamiast więc twierdzić, jak czynią to marksiści, że dobra wspólne natury i kultury powinno być własnością zbiorową, lepiej skupić się na ich sprawiedliwym włączeniu do systemu ekonomicznego.
W obecnym systemie dostęp do pieniędzy za pośrednictwem kredytów mają ci, którzy potrafią rozszerzać sferę towarów i usług. W uświęconej ekonomii zasoby trafią do osób przyczyniających się do budowania lepszego świata. Choć nie wszyscy zgadzają się co do wizji tego świata, istnieje wiele powszechnie uznanych wartości, które należy uwzględnić. W rozmowach z osobami z różnych stron politycznego spektrum zauważyłem niemal powszechne uznanie dla wspólnoty, natury i wytworów ludzkiej kultury – to właśnie wokół tych wartości ukształtuje się waluta uświęconej ekonomii.
Mówiąc o „rządzie” w kontekście emisji waluty, należy pamiętać, że podobnie jak wszystkie instytucje również i on przejdzie w nadchodzących latach głębokie przeobrażenie. Docelowo przewiduję powstanie zdecentralizowanych, samoorganizujących się, opartych na partnerstwie i ekologicznie zintegrowanych form wyrażania woli politycznej. Jednocześnie spodziewam się, że nowy system gospodarczy będzie obejmował różnorodne, uzupełniające się sposoby obiegu i wymiany pieniądza. Wśród nich pojawią się nowe formy daru, które uwolnią ludzi od przymusu pracy i zapewnią wszystkim środki niezbędne do życia.
Niezależnie od przyszłej formy podstawowym zadaniem rządu będzie pełnienie roli powiernika dóbr wspólnych. Będą to m.in.: powierzchnia ziemi, złoża mineralne, zasoby wodne, żyzność gleby, widmo elektromagnetyczne, informacja genetyczna, fauna i flora lokalnych oraz globalnych ekosystemów, atmosfera, wielowiekowy dorobek ludzkiej wiedzy i technologii, a także artystyczne, muzyczne i literackie dziedzictwo naszych przodków. Jak od ponad dwóch tysiącleci podkreślają liczni reformatorzy – nikt nie może rościć sobie wyłącznych praw do któregokolwiek z tych dóbr.
Kiedyś można było twierdzić, że zadaniem rządu jest zarządzanie tymi skarbami dla dobra wszystkich ludzi. Dziś jednak, gdy wkraczamy w nowy etap relacji z Ziemią, widzę, że ten pogląd wymaga rewizji. Rząd powinien stać się zarządcą zasobów naszej planety, działającym przede wszystkim na jej korzyść. Ludzkość należy postrzegać jako jej najnowszy organ ewolucyjny. Nie możemy już dłużej traktować naszego gatunku jak jednej z milionów form życia, gdyż posiadamy bezprecedensową zdolność przekształcania – a nawet niszczenia – planety. Żaden gatunek przed nami nie posiadał takiej mocy.
Czy istnieje lepsza podstawa systemu pieniężnego niż te wszystkie cenne i piękne dobra? Z tego powodu część podaży uświęconego pieniądza będzie zabezpieczona dobrami, których jesteśmy zbiorowym zarządcą. Oto jedna z możliwości praktycznego wdrożenia tego systemu: najpierw osiągamy społeczne i polityczne porozumienie w sprawie ilości zasobów naturalnych przeznaczonych na cele człowieka. Jakie będą m.in. limity połowów morskich, wykorzystania gleby i wody; określamy dopuszczalne obciążenie atmosfery zanieczyszczeniami oraz skalę wydobycia surowców naturalnych; ustalamy poziom wykorzystania paliw kopalnych, rud metali i innych bogactw. Ponadto decydujemy, ile ciszy poświęcimy na rzecz hałasu maszyn oraz ile z ciemnego nocnego nieba oddamy miejskim światłom. Takie ustalenia zazwyczaj wymagają naukowej analizy, ale równie często opierają się na subiektywnych ocenach. Oba podejścia przyczyniają się do wypracowania wspólnego konsensusu co do dopuszczalnego poziomu konsumpcji kapitału naturalnego.
W Opowieści Świata takie podejście jest bezprecedensowe. Obecnie władze stosują regulacje i podatki, by ograniczać lub spowalniać konsumpcję niektórych dóbr wspólnych. Nigdy wcześniej nie zadaliśmy sobie jednak pytania: „Kiedy powiedzieć wystarczy?”. Dawne społeczności pilnowały się nawzajem za pomocą tradycji, zwyczajów czy wzajemnej presji, co sprawiało, że „tragedia wspólnego pastwiska” w dużej mierze stanowiła mit. W skali współczesnej cywilizacji musimy natomiast zaangażować się w proces polityczny, by osiągnąć i wdrożyć konsensus. Proces ten powinien uwzględniać zarówno naukową ocenę zrównoważonego wykorzystania wspólnych zasobów, jak i społeczny osąd określający, na ile jesteśmy gotowi poświęcić np. przyjemność spokojnego, jesiennego dnia na rzecz wygody, jaką zapewniają silniki spalinowe.
Po ustaleniu, jaka część każdego dobra wspólnego może zostać udostępniona do konsumpcji, moglibyśmy wyemitować pieniądze zabezpieczone tym dobrem. Przykładowo: możemy określić, że atmosfera zniesie całkowitą emisję dwutlenku siarki na poziomie 2 milionów ton rocznie, a następnie wykorzystać prawa do emisji jako formę zabezpieczenia. Ta sama zasada dotyczyłaby pozostałych dóbr wspólnych. W rezultacie powstałby obszerny wykaz wszystkich elementów dopuszczonych do gospodarczego wykorzystania. W praktyce więc nowa waluta ludzkości czerpałaby wartość np. z prawa do połowu 300 tysięcy ton dorsza w Nowej Fundlandii, poboru 114 milionów litrów wody miesięcznie z warstwy wodonośnej Ogallala, emisji 10 miliardów ton dwutlenku węgla, wydobycia 2 miliardów baryłek ropy naftowej oraz wykorzystania określonych fal elektromagnetycznych.
Jak można wdrożyć taki system? Najprostszym rozwiązaniem byłoby stworzenie pieniądza przez rząd i wprowadzenie go do obiegu w sposób podobny, jak obecnie redystrybuuje się dochody z podatków. Taka waluta krążyłaby w gospodarce i ostatecznie wracałaby do budżetu, gdy producenci wymieniliby ją na dobra stanowiące jej zabezpieczenie. Proces ten mógłby odbywać się np. w formie aukcji lub ceny produktów zabezpieczających można by ustalać z wyprzedzeniem, a następnie na bieżąco dostosowywać do sytuacji na rynku wtórnym. Niezależnie od przyjętego rozwiązania taka wymiana działałaby jak podatek od zasobów i zanieczyszczeń.
Zobaczmy, jak mogłoby to wyglądać w praktyce. Samorząd wypłaca pensje policjantom, strażakom i pracownikom służb porządkowych, a jeden z nich wydaje swoje wynagrodzenie na żywność, energię i nową skrzynię biegów do samochodu. Zakupiona żywność pochodzi z miejscowego gospodarstwa, które część otrzymanych pieniędzy przeznacza na uzyskanie prawa do poboru 1 miliona litrów wody rocznie z lokalnego zbiornika wodnego. Opłata ta trafia do samorządu zarządzającego tym obszarem.
Natomiast fabryka produkująca skrzynie biegów wykorzystuje część przychodów ze sprzedaży na zakup uprawnień do emisji zanieczyszczeń, co wiąże się z charakterem jej działalności. W cenie skrzyni biegów zawarte byłyby również opłaty związane z wydobyciem rudy żelaza do produkcji stali oraz z obciążeniem środowiska wynikającym z produkcji paliw. Wszystkie te opłaty trafiałyby do zarządców dóbr wspólnych – czasem byłyby to samorządy lokalne, czasem władze regionalne, a w niektórych przypadkach opłaty byłyby pobierane na szczeblu krajowym lub międzynarodowym. Każdy zakład, który znajdzie sposób na zmniejszenie zużycia wspólnych zasobów – np. poprzez wykorzystanie materiałów z recyklingu – mógłby obniżyć koszty i zwiększyć zysk. W ten sposób dążenie do zysku stanie się sprzymierzeńcem, a nie wrogiem w procesie uzdrawiania planety.
Każdy towar używany jako pieniądz automatycznie zyskuje na wartości, co prowadzi do chęci jego gromadzenia. Kiedy złoto stało się powszechnie akceptowanym środkiem płatniczym, zaczęliśmy wydobywać go więcej, niż rzeczywiście potrzebujemy. Podobnie w społecznościach, w których rolę pieniądza odgrywa bydło, ludzie utrzymują stada przewyższające ich faktyczne potrzeby. Jeśli jako zabezpieczenie waluty wykorzystamy ropę naftową (jak sugerują niektórzy), będziemy dążyć do zwiększenia jej produkcji i magazynowania. A co by się stało, gdybyśmy użyli jako gwarancji pieniądza wszystkich złóż ropy ukrytych w ziemi, całego złota spoczywającego pod górami czy wszystkich dziewiczych lasów? Czy nie spowodowałoby to wzrostu ich wartości i nie wzbudziło jeszcze większego pożądania? Z drugiej strony, jeśli musielibyśmy ponieść pełne koszty środowiskowe związane z ich wydobyciem, czy nie zaczęlibyśmy szukać sposobów na ograniczenie ich eksploatacji? Jeśli naszym obowiązkiem będzie płacić za każdą jednostkę wyprodukowanych zanieczyszczeń, naturalnie zaczniemy dążyć do ograniczania negatywnych skutków naszych działań.
Alternatywnym rozwiązaniem mogłoby być stworzenie przez rząd pieniądza kredytowego poprzez zaciągnięcie nieoprocentowanej pożyczki w banku centralnym, która byłaby spłacana ze środków pochodzących ze sprzedaży dóbr wspólnych będących w zarządzie państwa. Rząd mógłby także emitować obligacje dla inwestorów, a bank centralny, podobnie jak obecnie, obracałby nimi w ramach operacji otwartego rynku. Kluczowe jest, aby oprocentowanie tych obligacji wynosiło zero (lub było nawet ujemne, co wyjaśnię w kolejnych rozdziałach). W przeciwnym razie powstałaby konieczność ciągłego zwiększania poziomu wykorzystania dóbr wspólnych.
W obu przypadkach przedsiębiorcy mieliby finansową motywację do ograniczania korzystania ze wspólnego majątku. Obecnie taka zachęta praktycznie nie istnieje, a jeśli się pojawia, to jedynie przypadkowo. Proponowany system w pełni uwzględniałby koszty społeczne i ekologiczne. Dzisiaj, gdy przedsiębiorstwo górnicze osusza warstwy wodonośne lub gdy flota rybacka nadmiernie eksploatuje łowiska, koszty ponoszone przez społeczeństwo i planetę pozostają poza bilansem producenta. W nowym systemie byłoby inaczej. Koszty związane z wykorzystaniem dóbr wspólnych byłyby przenoszone na kolejne gałęzie przemysłu, a w końcu na konsumentów. Dzięki temu ci ostatni nie musieliby już wybierać między tanim produktem, który powoduje znaczne szkody środowiskowo-społeczne, a tym drogim, wytworzonym z poszanowaniem zasad sprawiedliwego podziału i troski o środowisko. Zamiast tego produkty, których wytworzenie wiązało się z mniejszą emisją zanieczyszczeń, stałyby się tańsze, podczas gdy te mocno obciążające wspólne zasoby musiałyby kosztować odpowiednio więcej.
Nie każdy problem środowiskowy da się rozwiązać za pomocą jego monetyzacji. Jak dowodzi przykład z rzeką Missisipi, opisany w poprzednim rozdziale, narzucając żywej istocie, a nawet całej planecie, obiektywną wycenę w postaci skończonej liczby, drastycznie redukujemy jej prawdziwą, nieprzeliczalną wartość. Dlatego też, tworząc projekty walut opartych na idei dóbr wspólnych, musimy bezwzględnie zdać sobie sprawę z jednej rzeczy. To, co prawdziwie święte, zawsze umknie rynkowej kwantyfikacji. Oczywiście, niektóre ze sfer owych dóbr wspólnych można bezpiecznie i pragmatycznie mierzyć oraz kwantyfikować, jednak wiele z nich wymaga zupełnie innych form ochrony, ujętych w ramy prawa i elementarnej moralności.
Niektórzy mogą uważać, że taki system wymagałby rozbudowanej biurokracji i nadmiernej dokumentacji, ponieważ każde zanieczyszczenie i każdy koszt społeczny musiałyby być dokładnie monitorowane. Moja odpowiedź na tę wątpliwość składa się z dwóch argumentów. Po pierwsze, proponowany system odzwierciedla zupełnie nowe podejście do środowiska, zmierzające do przyjęcia odpowiedzialności za skutki naszych działań wobec innych istot. Ta zmiana już zresztą zachodzi. Coraz częściej chcemy wiedzieć, jakie są efekty realizowanych działań. Pragniemy znać wszystkie konsekwencje naszej aktywności i ponosić za nie odpowiedzialność. Takie podejście jest naturalne dla świadomej grupy, która rozumie, że „co czynię drugiemu, czynię sobie”.
Po drugie, przedstawiona koncepcja jest znacznie prostsza niż obecny, niezrozumiały system regulacji, w którym odpowiedzialność za środowisko stoi w całkowitej sprzeczności z zyskiem finansowym. Wprowadzenie nowego systemu byłoby po prostu przeniesieniem ciężaru opodatkowania sprzedaży i zysku na opodatkowanie pozyskiwania surowców i produkcji zanieczyszczeń. Producenci musieliby zacząć płacić za rzeczy, które obecnie są dla nich darmowe. Można to postrzegać jako formę opodatkowania pośredniego, ale tak naprawdę w nowym systemie firmy płaciłyby za to, co pobierają z puli dóbr wspólnych (czyli de facto zabierają nam wszystkim). Ci, którzy korzystaliby ze wspólnych zasobów najbardziej, powinni wnosić w zamian najwięcej. Takie podejście jest uczciwe.
Obecny system podatkowy oraz działania podejmowane na rzecz dobra wspólnego stanowią niemal całkowite przeciwieństwo tego, co chcemy osiągnąć. Możemy korzystać z ogólnodostępnych zasobów bez ponoszenia kosztów, podczas gdy jedyne, co tak naprawdę jest naszą własnością – wykonywana przez nas praca – jest obciążana podatkiem dochodowym. Jednocześnie płacimy podatek związany z obrotem towarami (np. podatek od sprzedaży), podczas gdy nie istnieje skuteczny podatek od gromadzenia majątku niewykorzystywanego w obiegu gospodarczym. To wymaga zmiany. Opisywany system niejako unieważnia podatek dochodowy, przenosząc ciężar danin do rządu z tego, co zarabiamy, na to, co zabieramy. Kolejny rozdział opisuje podobne zmiany w podatku od sprzedaży, przenoszące ciężar opłat związanych z wydawaniem na opłaty związane z akumulacją.
Dorastałem w politycznie liberalnym domu, w którym istnienie podatków dochodowych było do pewnego stopnia uzasadniane. Argumentowano, że nakładają one największe obciążenia na tych, którzy są w stanie je udźwignąć. Sama idea tego rodzaju podatku jednak zawsze wywoływała we mnie pewien sprzeciw – uważałem ją po prostu za niesprawiedliwą. Dlaczego osoby najbardziej produktywne czy ciężko pracujące mają płacić najwięcej? O wiele sensowniejsze wydaje się zobowiązanie ludzi do płacenia za to, co rzeczywiście pobierają ze wspólnych zasobów.
Czytelnikom niezaznajomionym z tak niekonwencjonalnym myśleniem ekonomicznym wyjaśnię, że wpisuje się ono w szacowną tradycję historyczną. Pomysł przeniesienia ciężaru podatkowego na zanieczyszczających i eksploatujących zasoby został wprowadzony przez A.C. Pigou na początku XX wieku i rozwinięty przez takich myślicieli, jak Herman Daly, Paul Hawken i wielu innych. Natomiast idea eliminacji zysku wynikającego z faktu posiadania dóbr wspólnych ma znacznie dłuższą historię i nawiązuje do dorobku Henry’ego George’a, o którym pisałem w rozdziale 4. Ponadto wielu współczesnych myślicieli sugerowało zabezpieczenie waluty zasobami, takimi jak energia i inne surowce (choć z tego, co wiem, nie rozważali oni zabezpieczenia jej zasobami pozostającymi jeszcze w ziemi). To, co opisuję w tym rozdziale, stanowi naturalne rozwinięcie koncepcji George’a i Silvio Gesella.
Najważniejszym składnikiem dóbr wspólnych są niewątpliwie grunty, które stanowią główny przedmiot krytyki idei własności. Koncepcje dwóch wspomnianych filozofów, które wynikają z tej krytyki, doskonale się wpisują w opisywany przeze mnie system pieniężny. Czymże innym jest bowiem jedyny podatek George’a, jeśli nie opłatą za możliwość korzystania z dóbr wspólnych, czyli np. ziemi? Ten podatek, który dotyczy wartości samej ziemi, niezależnie od wszelkich ulepszeń na niej dokonanych, mógłby przybrać formę czynszu dzierżawnego lub opłaty za prawo do użytkowania. Oczywiście, ponieważ ulepszenia są trwale związane z gruntem, a ich wykonanie często wymaga dziesiątków lat, dzierżawcy powinni posiadać prawo pierwszeństwa podczas przedłużania umów. Zaproponowano szereg stopniowych i łagodnych metod przekazywania gruntów na rzecz dobra wspólnego. Nie ma więc potrzeby wywłaszczania obecnie istniejących nieruchomości. Wystarczy wprowadzić zasadę, że ziemia stanowi własność wszystkich, co oznacza, że nikt nie powinien czerpać korzyści finansowych wyłącznie z tytułu jej posiadania.
Podobne zasady powinny dotyczyć widma fal elektromagnetycznych, złóż mineralnych, informacji genetycznych czy zgromadzonego dorobku ludzkiej wiedzy. Te dobra powinny być dostępne w formie dzierżawy, a nie na własność, a przychody z ich udostępniania powinny trafiać do społeczeństwa. Ci, którzy wykorzystują te zasoby najefektywniej, będą najprawdopodobniej najbardziej zainteresowani ich dzierżawą. W takim systemie nadal byłoby miejsce na przedsiębiorczość – moim zdaniem nawet większą niż obecnie, ponieważ dostęp do zasobów nie zależałby od wcześniejszego stanu posiadania, lecz od umiejętności ich najlepszego wykorzystania. Zniknęłaby możliwość czerpania zysków wyłącznie na podstawie zasady „ja posiadam, a ty nie”.
Przedstawiony opis emisji waluty mógłby sugerować, że większość pieniędzy będzie tworzona przez rząd. Nie taka jest jednak moja wizja. Wiele dóbr wspólnych, które mają stanowić zabezpieczenie nowego systemu, powinno być zarządzanych na poziomie bioregionalnym. Przykładowo: liczne zanieczyszczenia mają najbardziej destrukcyjny wpływ na lokalne ekosystemy, ale na planetę oddziałują jedynie pośrednio. Ograniczanie globalnej emisji ozonu przyniesie niewielkie korzyści, jeśli szkody dla ludzi i drzew wynikają z jego lokalnego stężenia. Dlatego np. stan Kalifornia mógłby emitować walutę opartą na uprawnieniach do emisji ozonu. W niektórych przypadkach, gdy skutki lokalne i globalne nakładają się na siebie, produkujący odpady mogliby być zobowiązani do wykupienia dwóch różnych uprawnień do emisji tego samego zanieczyszczenia.
Najistotniejsze dobro wspólne – ziemia – ma również charakter lokalny, co więcej: to właśnie ona definiuje pojęcie „lokalności”. Ogólnie rzecz ujmując, decentralizacja władzy zarówno finansowej, jak i politycznej zawęża jej działanie do poziomu lokalnego. Oczywiście istnieją pewne rodzaje dóbr wspólnych oraz przedsięwzięć o zasięgu globalnym, nieuniknione jest więc powstanie władzy politycznej na poziomie światowym, zdolnej do koordynacji ludzkich działań, prawdopodobnie z wykorzystaniem pieniądza. Ani władze globalne, ani krajowe nie powinny jednak zarządzać dobrami wspólnymi o charakterze regionalnym lub lokalnym. Ponieważ tak wiele dóbr wspólnych – ziemia, zbiorniki wodne, złoża mineralne, niektóre łowiska, ale także zdolność ekosystemu do radzenia sobie z różnymi rodzajami zanieczyszczeń – ma charakter lokalny, proponowany przeze mnie system pieniężny przesuwa władzę polityczną od scentralizowanych rządów do lokalnych samorządów, które otrzymałyby prawo do emisji pieniędzy opartych na rzeczywistym bogactwie.
Dotychczas opisałem, w jaki sposób władze krajowe i lokalne mogłyby emitować pieniądze na podstawie zasobów naturalnych, którymi zarządzałyby w powiernictwie na rzecz wspólnot lokalnych, całej ludzkości oraz Ziemi. Nie każde jednak źródło bogactwa pochodzi ze wspólnej puli. Krytycy prawa własności, począwszy od pierwszych ojców Kościoła, twierdzili, że człowiek jest właścicielem swojego czasu, pracy i życia. W końcu przychodzimy na świat z niczym i z niczym odchodzimy. Czy zatem jednostki nie powinny mieć prawa do emisji pieniądza zabezpieczonego własnymi zasobami produkcyjnymi?
W rzeczywistości tego typu walutę emitujemy już dzisiaj, gdy prywatne przedsiębiorstwa i osoby fizyczne biorą udział w procesie tworzenia pieniądza poprzez kredyt bankowy. Niezależnie od tego, czy uznamy się za „właścicieli” naszego życia, bez wątpienia jesteśmy zarządcami powierzonej nam energii, czasu i potencjału twórczego, który w nas tkwi. Skoro więc rząd może emitować walutę z wykorzystaniem bogactwa produkcyjnego, którego jest powiernikiem, dlaczego nie miałby tego robić podmiot prywatny?
Stawiam to pytanie, ponieważ niektórzy monetarni reformatorzy uważają to za niewłaściwe rozwiązanie. Stworzyli oni kompleksowe teorie ekonomiczne, w których bankowość oparta na rezerwie cząstkowej oraz prywatna kreacja walut byłyby zakazane, a fundamentem systemu miały być złoto lub pieniądz fiducjarny. Warto dokładnie przeanalizować tę kwestię, ponieważ reprezentuje ona istotny nurt myślenia w Nowej Ekonomii. Niedawne propozycje monetarysty Stephena Zarlengi zyskały poparcie nawet w amerykańskiej polityce, szczególnie ze strony kongresmena Rona Paula. Zniesienie bankowości bazującej na rezerwie cząstkowej jest również elementem filozofii niektórych zwolenników tzw. kredytu społecznego, austriackiej szkoły ekonomii i wielu innych nurtów. Ich rozumowanie początkowo wydawało mi się przekonujące, gdyż precyzyjnie opisywało katastrofalne skutki odejścia od standardu złota.
Twierdzi się, że system stuprocentowej rezerwy zapobiegnie przewadze długu nad realnym pieniądzem. Jak jednak w takim systemie zapobiec koncentracji bogactwa, do której dochodzi za sprawą odsetek?
Większość zwolenników systemu bankowego, z wyjątkiem szkoły austriackiej, popiera pewną formę redystrybucji lub ekspansji monetarnej, np. bezpośrednie wprowadzanie rządowych pieniędzy fiducjarnych do gospodarki, co miałoby umożliwić osobom zadłużonym zdobycie środków na spłatę kapitału i odsetek. Frederick Soddy, jeden z pierwszych współczesnych ekonomistów, który zrozumiał problem nieskończonego wzrostu gospodarczego i dostrzegł różnicę między pieniądzem a bogactwem, postulował, aby banki utrzymywały stuprocentową rezerwę. Eliminowałoby to ich rolę w kreacji pieniądza pod warunkiem, że rząd emitowałby wystarczającą ilość waluty, aby zapobiec deflacji. Podobne rozwiązanie, nazwane „stuprocentowym pieniądzem”, zaproponował Irving Fisher, uznawany za twórcę ekonomii matematycznej i jednego z najwybitniejszych amerykańskich przedstawicieli tej dziedziny. Clifford H. Douglas posunął się jeszcze dalej, postulując wprowadzenie dywidendy społecznej, która byłaby wypłacana wszystkim obywatelom.
Przez długi czas analizowałem, czy systemy bankowe oparte na rezerwie cząstkowej lub pełnej są zgodne z zasadami zdrowej ekonomii. Wnikliwe badania, sięgające nawet lat 30. XX wieku, pokazały mi, że różnice między tymi systemami nie są tak znaczące, jak się powszechnie uważa. Nieporozumienia, które można znaleźć w internecie, wynikają głównie z uproszczonego i często błędnego rozumienia działania bankowości opartej na rezerwie cząstkowej oraz z nadmiernego skupiania się na pozornych różnicach między tym, co powszechnie przyjęte a tym, co realne (szczegółowe wyjaśnienie mojego stanowiska znajduje się w załączniku).
Warto podkreślić, że rozwiązania przedstawione w tej książce są kompatybilne z obiema formami systemu bankowego. Osobiście skłaniam się ku systemowi wykorzystującemu kredyt prywatny z kilku istotnych powodów. Po pierwsze wspiera on naturalny rozwój gospodarczy i wewnętrzną produkcję. Po drugie ułatwia wprowadzanie innowacyjnych form współpracy gospodarczej, takich jak komercyjna wymiana barterowa czy systemy wzajemnych kredytów. Po trzecie zapewnia większą elastyczność w pośrednictwie finansowym i tworzeniu kapitału. Po czwarte upraszcza rozliczenia międzybankowe. Jak zauważyli współpracownicy Irvinga Fishera w latach 30. XX wieku, praktycznie niemożliwe jest całkowite wyeliminowanie depozytów rezerw cząstkowych w formie trudnej do zauważenia. Szerzej omawiam to zagadnienie w dodatku, ale już teraz warto zauważyć, że nawet proste wystawienie zobowiązania (tzw. IOU) znajomemu, które następnie zostaje przekazane dalej, przyczynia się do zwiększenia podaży pieniądza.
Bez względu na zalety i wady prywatnego tworzenia pieniądza poprzez kredyt oraz niezależnie od tego, czy rząd emituje pieniądz fiducjarny, czy tworzy pieniądz kredytowy we współpracy z bankiem centralnym, znacznie większa część pieniądza będzie pochodzić spoza prywatnego systemu bankowego, niż ma to miejsce dzisiaj. Wynika to z faktu, że wiele naturalnych dóbr wspólnych, które obecnie stanowią podstawę prywatnych kredytów, stanie się publicznych. Przykładowo: przedsiębiorstwa nie będą mogły zaciągać kredytów na podstawie przewidywanych zysków z eksploatacji zasobów naturalnych, takich jak np. warstwy wodonośne. Koszty przyszłych szkód wynikających z takiego wykorzystania zasobów będą musiały zostać uwzględnione i zrekompensowane społeczeństwu w postaci zakupu określonych praw. Nadal jednak będzie możliwe osiąganie zysku poprzez opracowanie bardziej efektywnych metod wykorzystania zasobów (w tym przypadku wody).
Takie innowacyjne rozwiązania będą stanowić podstawę do udzielania prywatnych kredytów, jednak tworzenie pieniędzy wyłącznie w efekcie eksploatacji dóbr wspólnych będzie zabronione.
W obecnym systemie, w którym własność prywatna jest silnie skoncentrowana, płynące z niej zyski również trafiają do wąskiej grupy osób. Natomiast jeśli producenci, a w konsekwencji konsumenci, będą musieli pokrywać pełne koszty zużycia energii i surowców oraz płacić za korzystanie z ziemi i innych dóbr wspólnych, znaczna część bogactwa, które obecnie trafia do nielicznych, zasili fundusze zarządzane na rzecz społeczeństwa. Sytuacja ta przypomina proces nacjonalizacji złóż ropy naftowej w Wenezueli czy Boliwii. Zagraniczne koncerny nadal mogą eksploatować te złoża, ale ich zyski pochodzą wyłącznie z usług wydobywczych, nie z samego faktu posiadania złóż. Dochody z tego tytułu trafiają do budżetu danego państwa, a sposób wykorzystania tych środków zależy od decyzji politycznych – mogą one zostać zmarnotrawione przez skorumpowanych urzędników, ale równie dobrze mogą finansować programy publiczne lub być wypłacane bezpośrednio obywatelom (jak na Alasce, gdzie każdy mieszkaniec otrzymuje kilka tysięcy dolarów rocznie). Rozszerzenie tego modelu mogłoby prowadzić do znaczących przepływów finansowych na poziomie lokalnym i regionalnym, potencjalnie zastępując obecne formy opodatkowania.
Wprowadzenie waluty opartej na dobrach wspólnych niewątpliwie wpłynęłoby na ceny. Wiele produktów, które obecnie są tanie, podrożałoby, ponieważ ich cena musiałaby uwzględniać rzeczywiste koszty środowiskowe, obecnie przerzucane na innych lub przyszłe pokolenia. Towary stałyby się droższe w porównaniu z usługami, co zachęcałoby do naprawiania, ponownego wykorzystania i recyklingu przedmiotów. Zniknęłaby ekonomia, w której bardziej opłaca się kupić nowy sprzęt, niż naprawić stary. W jej miejsce pojawiłby się nowy model biznesowy, który już zaczyna się rozwijać w niektórych branżach – produkcja wyjątkowo trwałych i łatwych w naprawie urządzeń, które częściej są wynajmowane niż sprzedawane.
Jeszcze dwa pokolenia temu powszechnie naprawiano takie urządzenia jak tostery, buty czy ubrania. Rozwój lokalnych usług naprawczych nie tylko wspierałby gospodarkę, lecz także promował dbałość o przedmioty materialne, co z kolei prowadziłoby do większego szacunku dla dóbr trwałych. Życie w kulturze jednorazowego użytku nie przynosi ani bogactwa, ani satysfakcji. Jak możemy mówić o odpowiedzialnej ekonomii, jeśli nie szanujemy rzeczy, które wytwarzamy i którymi się wymieniamy? To budujące, że system pieniężny oparty na szacunku dla natury mógłby również promować szacunek dla produktów wytwarzanych z surowców naturalnych.
W wymiarze społecznym poszanowanie zasobów oznaczałoby istotne zmiany w priorytetach wydatków publicznych. Znaczące środki, które można pozyskać dzięki przywróceniu dóbr wspólnych do użytku publicznego, mogłyby zostać przeznaczone na naprawę szkód powstałych w wyniku wielowiekowej eksploatacji. Katastrofy ekologiczne przypominają nam o pilnej potrzebie odnowy lasów, terenów podmokłych, oceanów, atmosfery i innych ekosystemów zniszczonych w epoce przemysłowej. Ta konieczność przekieruje naszą energię z konsumpcji na działania regeneracyjne.
Wojna jest nieodłącznym elementem systemu gospodarczego opartego na ciągłym wzroście. Niezależnie od tego, czy chodzi o kolonizację terytoriów, czy podporządkowanie sobie narodów, istnieje stała potrzeba dostępu do nowych źródeł kapitału napędzających „maszynę” pieniądza. Wojny zwiększają również konsumpcję, łagodząc wspomniany wcześniej problem nadwyżki mocy produkcyjnych. Rywalizacja o zasoby i rynki była główną przyczyną wojen XX wieku zarówno między mocarstwami, jak i przeciwko społecznościom stawiającym opór kolonizacji oraz imperializmowi. Ograniczenie zużycia zasobów stanowi jeden z fundamentów gospodarki zrównoważonej lub ekonomii zmniejszania produkcji (degrowth economy), która pozbawiając wojnę jej głównej siły napędowej, uwalnia ogromne zasoby mogące służyć np. uzdrawianiu planety.
Przedstawiony system pieniężny może znacząco zmniejszyć odwieczną niesprawiedliwość związaną z własnością i eksploatacją dóbr wspólnych, która przynosi korzyści nielicznym kosztem większości (oraz przyszłych pokoleń). Brakuje mu jednak jednego istotnego elementu. Jak wspomniałem w rozdziale 5, niesprawiedliwość systemu własności jest nierozerwalnie związana z pieniądzem. Choć przedstawiłem nową koncepcję wartości i jej realizację w formie waluty nowego rodzaju, nie odniosłem się jeszcze do problemu presji na ciągły wzrost, wynikającej z mechanizmu odsetek. Pojawia się więc pytanie: czy pieniądz może być traktowany jako dobro wspólne, podobnie jak ziemia czy atmosfera? Czy możliwe jest porzucenie systemu odsetek, który pozwala czerpać zyski wyłącznie z faktu samego posiadania? To fundamentalna kwestia, której analizę podejmę w następnym rozdziale.

Zgodnie z ideą autora, książka „Uświęcona ekonomia” zostaje udostępniona na naszym blogu, w specjalnej kategorii, za darmo jako wyraz kultury daru – z przekonaniem, że warto się dzielić, pozostawiając miejsce na wdzięczność i wzajemność. Rozdziały będą pojawiać się co piątek.
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.