„Trwale wysoki płaskowyż”. Jak Irving Fisher zapowiedział wieczną hossę i stracił wszystko
15 października 1929 roku, podczas wystąpienia w Nowym Jorku, jeden z najbardziej rozchwytywanych ekonomistów w Ameryce wypowiedział zdanie, które przylgnęło do niego na zawsze: „Ceny akcji osiągnęły coś, co wygląda na trwale wysoki płaskowyż”. Nazywał się Irving Fisher. Dwa tygodnie później rynek runął.

Najbardziej zdumiewające w tej historii nie jest jednak to, że Fisher się pomylił – pomyłka prognozy zdarza się każdemu. Zdumiewające jest to, co zrobił potem. I to, że zrujnowała go nie głupota, lecz niezachwiana pewność, że zdołał rozszyfrował rynek giełdowy.
Akademik z wieży z kości słoniowej?
Łatwo wyobrazić sobie Fishera jako oderwanego od świata profesora ślęczącego nad równaniami. Nic bardziej mylnego. Był self-made milionerem – fortunę zbił na własnym wynalazku, systemie kartotek, z którego później wyrósł słynny Rolodex, a firma produkująca go weszła w skład koncernu znanego dziś jako Remington Rand.
Do tego był gwiazdą mediów. Pisał specjalną kolumnę docierającą do milionów czytelników, jeździł po kraju z wykładami i przekonywał, że jego matematyczne, „naukowe” podejście do prognoz bije na głowę przeczucia zwykłych spekulantów. Gdy Irving Fisher mówił o rynku, słuchała go cała Ameryka. To czyni jego upadek tym bardziej dramatycznym. Zbankrutował nie ktoś, kto nie miał nic do stracenia, lecz człowiek na samym szczycie – bogaty, sławny i pewny, że liczby są po jego stronie.
Narzędzie, którego używamy do dziś
Bo Fisher naprawdę był genialny. To jemu zawdzięczamy fundament współczesnej wyceny: ideę, że firma jest warta nie tyle, ile kosztował jej majątek, lecz tyle, ile gotówki przyniesie właścicielowi w przyszłości. Z tej myśli wyrosła metoda zdyskontowanych przepływów pieniężnych, a wraz z nią mechanizm, który nazywam Windą Czasu – tłumaczący, dlaczego zdrowa gospodarka i zdrowa giełda mają naturalną tendencję do wzrostu.

Gdyby historia kończyła się tutaj, Fisher przeszedłby do podręczników po prostu jako jeden z ojców nowoczesnych finansów. Problem w tym, że uznał, iż skoro rozumie, ile firma jest warta, to rozumie również, jak zachowa się rynek. A to są dwie zupełnie różne rzeczy.
Anatomia ruiny
Kiedy w październiku 1929 roku rynek zaczął się załamywać, Fisher nie spanikował. Zrobił coś znacznie gorszego – uznał spadki za okazję. Słabnącą giełdę określił jako wyjątkowo atrakcyjny stragan dla inwestorów, a przez kolejne miesiące, a potem lata, uparcie powtarzał, że ożywienie jest tuż za rogiem.
I nie poprzestał na słowach. Zamiast sprzedawać, dokupował. Akcje Remington Rand, które przed krachem kosztowały około 58 dolarów, brał na kredyt, przekonany, że łapie życiową okazję. Gdy kurs leciał w dół, dokładał kolejne pieniądze na pokrycie wezwań do uzupełnienia depozytu i kupował jeszcze więcej. Na ten cel pożyczał ogromne sumy od najbliższej rodziny. Papier, który miał być okazją za 58 dolarów, spadł ostatecznie do około 1 dolara.
Majątek Fishera – szacowany u szczytu na jakieś 10 mln ówczesnych dolarów (równowartość obecnych co najmniej 150 mln) – nie tylko wyparował. Zamienił się w wielomilionowy dług. Ruina była tak głęboka, że jego dom musiał odkupić uniwersytet Yale, pozwalając profesorowi mieszkać w nim za symboliczny czynsz – by po kilku latach i tak go stamtąd wyprosić. A wraz z fortuną runęła jego reputacja. Prasa kpiła z niego otwarcie, a uczony, którego jeszcze niedawno traktowano jak wyrocznię, stał się symbolem eksperta mylącego się z żelazną konsekwencją. Gdy kilka lat później przedstawił trafną, jak się okazało, analizę roli deflacji w pogłębianiu kryzysu – niemal nikt już go nie słuchał.
Czego ta historia naprawdę uczy
Jak to możliwe, że człowiek, który nauczył świat wyceniać przyszłość, tak kompletnie nie przewidział własnej? Odpowiedź jest niewygodna dla każdego, kto wierzy, że na giełdzie wygrywa się samą inteligencją. Fisher mógł znać matematykę lepiej, niż jakikolwiek inwestor na świecie. Miał rację co do tego, ile firmy są warte. A mimo to stracił wszystko – bo między chłodną wartością a ceną na ekranie zawsze stoi tłum. A tłum potrafi zachowywać się irracjonalnie znacznie dłużej, niż inwestor jest w stanie pozostać wypłacalny.
To właśnie w tym pęknięciu kryje się cała trudność. Sama umiejętność wyceny nie wystarczy. Pytanie, które naprawdę rozstrzyga o wynikach inwestora, brzmi zupełnie inaczej: jak zachować zimną krew, gdy traci ją cały rynek – i jak zamienić cudzą panikę we własną przewagę, zamiast dać się jej porwać tak, jak porwała Fishera?
Wokół tego pytania zbudowałem książkę „Iluzja efektywnego rynku„. Historia Fishera jest w niej dopiero punktem wyjścia – pierwszą lekcją pokazującą, dlaczego rynek tak uparcie rozjeżdża się z rzeczywistością. W kolejnych rozdziałach pokazuję, jak te momenty rozpoznawać i jak inwestor indywidualny może je wykorzystać, zachowując chłodny osąd tam, gdzie większość kieruje się emocjami. Jeśli chcesz zrozumieć, gdzie kończy się matematyka, a zaczyna prawdziwa przewaga na giełdzie – sprawdź szczegóły o książce.

Autor: Dr Rafał Janik

Ekonomista specjalizujący się w rynkach finansowych ze szczególnym uwzględnieniem giełdy papierów wartościowych. Wszechstronny pisarz, tworzący w różnych gatunkach literackich. W jego dorobku znajdują się zarówno bajki dla dzieci, poradniki sportowe, jak i książki sensacyjne. Aktywnie angażuje się w edukację ekonomiczną i finansową, czego wyrazem jest doceniona przez czytelników seria „Książek o inwestowaniu” – popularnonaukowy cykl poświęcony inwestowaniu na giełdzie.

Zaobserwuj nas: