Rozdział 13

9 października 2026
Zgodnie z ideą autora, książka „Uświęcona ekonomia” zostaje udostępniona na naszym blogu, w specjalnej kategorii, za darmo jako wyraz kultury daru – z przekonaniem, że warto się dzielić, pozostawiając miejsce na wdzięczność i wzajemność. Rozdziały będą pojawiać się co piątek.
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.

Rozdział 13

Ekonomia stanu ustalonego i degrowth

Nieskończony wzrost konsumpcji materialnej w skończonym świecie nie jest możliwy.

E.F. Schumacher

Zrównoważony rozwój ponownie na tapecie

W poprzednich dwóch rozdziałach nakreśliliśmy wizję zrównoważonej gospodarki, która respektuje naturalne granice naszej planety i rozwija się bez potrzeby nieustannego wzrostu konsumpcji. Czy jednak rzeczywiście powinniśmy uznać to za nasz ostateczny cel?

Od pewnego czasu niepokoi mnie postrzeganie równowagi jako punktu docelowego. Czy nie powinniśmy raczej zastanowić się nad tym, co dokładnie chcemy utrzymać, a co tworzyć? Przecież w świecie istnieje wiele pięknych zjawisk, które z natury nie są zrównoważone, jak okres ciąży i narodzin. Dlatego cieszy mnie to, że obecnie odchodzimy od skupiania się wyłącznie na zrównoważonym rozwoju na rzecz szerszego pojęcia transformacji. To, ku czemu zmierzamy, będzie niewątpliwie stabilniejsze niż nasz obecny styl życia. „Zrównoważenie” nie powinno być jednak celem samym w sobie, podobnie jak życie nie polega wyłącznie na fizycznym przetrwaniu.

Fundamentalnym założeniem uświęconej ekonomii jest to, że stanowi ona rozszerzenie ekologii, a nie odstępstwo od niej. Warto więc zadać sobie pytanie: czy natura jest stabilna, zrównoważona i harmonijna? Czy posiada cechy, których pragniemy dla naszego społeczeństwa? Niekiedy ludzie odrzucają wyobrażenie natury jako harmonijnej i zrównoważonej, koncentrując się na jej okrutnych, bezwzględnych i nieprzewidywalnych aspektach. Takie podejście niesie za sobą poważne konsekwencje ideologiczne – usprawiedliwia dominację i kontrolę nad nią poprzez naukę i technologię. Prowadzi to do hobbesowskiego spojrzenia na cywilizację, w którym różne formy kontroli społecznej postrzegane są jako znaczący postęp w stosunku do brutalnych czasów pierwotnych (co wpisuje się w opowieść Postępu – przekraczania naszej zwierzęcej natury ku czysto ludzkiemu królestwu).

Przekonanie, że natura jest areną darwinowskiej walki, znajduje swoje odzwierciedlenie również w teorii ekonomii. O ile w biologii pogląd ten jest coraz częściej kwestionowany, jego ekonomiczne odpowiedniki nadal dominują w teorii i praktyce politycznej. Podobnie jak darwinowskie „samolubne geny” działają dla własnej korzyści, tak „człowiek ekonomiczny” Adama Smitha maksymalizuje własny interes, co stanowi fundament wielu teorii naukowych.

W biologii dokonało się znaczące przesunięcie paradygmatu w kierunku współpracy, symbiozy i homeostazy z podkreśleniem, że większe całości mają istotniejsze znaczenie niż pojedyncze organizmy. Co więcej, samo pojęcie integralności genetycznej zostało zakwestionowane, a najnowsze odkrycia wskazują na kluczową rolę wymiany genów między organizmami i gatunkami. Upadek paradygmatu konkurencji i autonomicznych jednostek w biologii współgra ze zmianami w psychologii, socjologii i ekonomii, pokazując, że konkurencja i „przetrwanie najlepiej przystosowanych” nie mogą już być bezrefleksyjnie przyjmowanymi aksjomatami w żadnej z tych dziedzin.
Nie oznacza to jednak, że rywalizacja jest nieistotna lub że natura nie podlega zmianom. W przyrodzie występują procesy niezrównoważone i mają one swoje uzasadnienie, wspomagając przejścia systemów z jednej fazy do drugiej.

Podczas jednej z konferencji ktoś zakwestionował moją koncepcję prawa powrotu. Zwrócił uwagę na to, że w systemach naturalnych czasami powstają znaczne ilości produktów odpadowych, których organizmy nie są w stanie przetworzyć, co prowadzi do zanieczyszczenia środowiska. Mój oponent mógł nawiązywać do prekambryjskiej katastrofy tlenowej, kiedy to organizmy fotosyntetyzujące „zatruły” atmosferę tlenem – swoim odpadem. Zgodnie z typowym podejściem można by przypuszczać, że oznaczałoby to koniec życia na Ziemi, gdyby na szczęście nie wyewoluowały organizmy zdolne do przekształcania tego „toksycznego” tlenu. Nie był to jednak skutek harmonii natury, lecz niezwykle mało prawdopodobna mutacja. Wniosek z tego taki, że nie możemy polegać wyłącznie na harmonii natury, gdyż nieustannie balansujemy na krawędzi katastrofy i dlatego powinniśmy sprawować technologiczną kontrolę nad naturą oraz ciałem. Takie podejście współgra z ideologią Postępu, która jest zgodna z ideą ekonomii wzrostu, ale sprzeczna z wizją gospodarki zrównoważonej. Mój rozmówca nie posunął się jednak aż tak daleko – jego stanowisko sprowadzało się zasadniczo do stwierdzenia: „Nie odwołuj się do prawa naturalnego, aby uzasadnić gospodarkę o zerowym wzroście”.

Chciałbym spojrzeć na zjawisko katastrof z szerszej perspektywy. Rzeczywiście, w naturze występują pętle pozytywnego sprzężenia zwrotnego. Pojawiają się one jednak w szczególnych momentach – momentach transformacji. Doskonałym przykładem jest kaskada hormonów wywołujących poród. Ich działanie przyspiesza cały proces, a po urodzeniu dziecka (czyli po osiągnięciu celu) organizm matki wraca do homeostazy. Innymi słowy – fazy dodatniego sprzężenia zwrotnego przenoszą organizm lub ekosystem z jednego ustalonego stanu do nowego.

Pieniądze możemy postrzegać w podobny sposób. Zarówno one, jak i technologia stanowią kluczowe „hormony” naszego metaorganizmu, prowadzące nas niezrównoważoną ścieżką ku nowemu stanowi. Nowa technologia buduje się na wcześniejszych wynalazkach, co rodzi nowe problemy wymagające kolejnych innowacji. Podobnie kapitał wyrasta z wcześniejszego kapitału i powstaje poprzez oprocentowanie długu, który wymaga wykładniczo większych zasobów w przyszłości. Wszystko to jest nietrwałe, ale dostrzegamy to dopiero wtedy, gdy próbujemy zbyt długo utrzymać ten stan. Procesy pozytywnego sprzężenia zwrotnego mają swoje granice – skurcze Ziemi nasilają się tylko do momentu narodzin kolejnej fazy. To, co postrzegamy jako wykładniczy wzrost, jest w istocie fragmentem przemiany.

Przejście do stanu zrównoważonego: niegroźna stłuczka czy wielka kraksa?

Rysunki od 2 do 5 przedstawiają różne scenariusze przyszłości, w tym możliwe drogi rozwoju gospodarki i środowiska. Linia ciągła na tych wykresach obrazuje obecny wykładniczy wzrost różnych wskaźników, takich jak ilość pieniędzy w obiegu, liczebność populacji, zużycie energii, wykorzystanie zasobów, emisje dwutlenku węgla i inne aspekty. Jest to klasyczna krzywa wykładnicza. Rysunek 2 przedstawia technoutopijną wizję nieskończonego wzrostu, zakładającą, że będziemy w stanie podbić galaktyki i wszechświat, kolonizując nowe planety oraz dostosowując je do naszych potrzeb, co umożliwi nieograniczony rozwój.

Obecna polityka gospodarcza wciąż odzwierciedla krzywą przedstawioną na rysunku 2. Mimo że wielu ludzi zdaje sobie dziś sprawę z tego, że dalszy wykładniczy wzrost zagraża podstawom życia na Ziemi, świadomość ta nie przeniknęła jeszcze do głównego nurtu myśli ekonomicznej, która nadal koncentruje się na wzroście dla samego wzrostu.

Rysunek 3 przedstawia natomiast scenariusz szczytu i załamania. Pesymiści twierdzą, że jeśli będziemy kontynuować obecny kurs, grozi nam całkowite załamanie, które cofnie nas do wcześniejszego poziomu rozwoju. Taki pogląd znajduje odzwierciedlenie w przekonaniach ruchów antycywilizacyjnych oraz zwolenników teorii peak oil, którzy porównują naszą sytuację do cykli wzrostu i spadku populacji w świecie zwierząt, np. szarańczy. Twierdzą oni, że żyjemy znacznie powyżej możliwości Ziemi, co czyni załamanie nieuchronnym.

Scenariusze katastroficzne, takie jak armagedon, przepowiednie z 2012 roku czy inne wizje końca świata, mają swoistą siłę przyciągania, której i ja czasami ulegam. Jakaś część mnie chciałaby się wycofać. Wiele osób jest zmęczonych współczesnym światem – jego przemocą, wyobcowaniem, ubóstwem oraz martwotą – i wątpi w możliwość jakiejkolwiek zmiany. Wydarzenie zmieniające świat, które dokona tego za nas, wydaje się atrakcyjne, niezależnie od tego, czy miałaby to być przełomowa technologia, która nas ocali, przyjście Jezusa, pojawienie się UFO, czy nawet jakiś kataklizm geologiczny, społeczny lub ekologiczny. Wielu już widzi to, co nastąpi po upadku: mniej zaawansowane technologicznie, wspólnotowe społeczeństwo, żyjące w harmonii z naturą, duchem i dawnymi sposobami życia. Ponadto wizja załamania gospodarczego lub środowiskowego zaspokaja tę mściwą część naszej natury, która chce powiedzieć: „A nie mówiłam!” – tę, która pragnie zobaczyć, jak niegodziwi ponoszą karę.

Wiele scenariuszy katastroficznych wiąże się z niewyobrażalnym cierpieniem obejmującym miliony, a nawet miliardy ofiar. Co więcej, często prowadzą one do utraty całego dorobku cywilizacji – zarówno jej jasnych, jak i ciemnych stron. Można by to uznać za akceptowalne, gdyby rozwój technologiczny i kulturowy były błędem. Jestem jednak przekonany, że mają one swoje głębsze przeznaczenie, które musimy odkryć. Kryzysy, stworzone przez nas samych, stanowią szansę na mądrzejsze wykorzystanie naszych możliwości. Zamiast je odrzucać, powinniśmy nauczyć się je wykorzystywać w harmonii z naturą.

Mając to na uwadze, przedstawiam dwie kolejne koncepcje rozwoju. Krzywa pokazana na rysunku 4 odzwierciedla wzorce występujące w naturze: początkowo gwałtowny wzrost, który z czasem wyhamowuje i osiąga stan równowagi. Można to porównać do rozwoju młodego człowieka, przyrostu biomasy roślin czy namnażania się bakterii na szalce Petriego z ograniczoną ilością pożywienia. Model ten pokazuje, jak wzrost może zostać zrównoważony, gdy jako gatunek i społeczność osiągniemy dojrzałość.

Z kolei rysunek 5 przedstawia dojście do wartości szczytowej, przekraczającej bezpieczne długoterminowe poziomy, po której następuje stopniowy spadek do stanu zrównoważonego.

Takie wzorce są powszechne w przyrodzie, w której okresy intensywnego wzrostu, napędzane konkurencją, przekształcają się w stabilne, harmonijne układy. Przykładowo: młody ekosystem, w którym chwasty i młode rośliny konkurują o dostęp do światła słonecznego, jest jedynie etapem przejściowym w rozwoju złożonego i stabilnego lasu. Funkcjonując w gospodarce przypominającej niedojrzały ekosystem, możemy błędnie postrzegać tę walkę jako fundamentalną zasadę natury. Być może ludzkość rozwija się właśnie w kierunku struktur, w których współzawodnictwo i ciągły wzrost przestaną być priorytetem.

Najnowsze dane demograficzne wskazują, że nie zmierzamy ku dramatycznemu załamaniu liczebności populacji, lecz raczej ku znaczącemu spowolnieniu jej wzrostu. Możemy więc rozważać dwa scenariusze: osiągnięcie szczytu zaludnienia Ziemi na poziomie 8–9 miliardów ludzi (rysunek 4) lub stopniowy spadek do poziomu zrównoważonego (rysunek 5). Osobiście skłaniam się ku drugiej wizji – zarówno w odniesieniu do populacji, jak i gospodarki.

Statystyki potwierdzają te przewidywania. W krajach, które przeszły pełną industrializację, współczynnik urodzeń zazwyczaj spada poniżej poziomu gwarantującego zastępowalność pokoleń. Prowadzi to do stopniowego, naturalnego spadku liczby ludności, a nie do masowego wymierania. W scenariuszu zdrowej planety zarówno PKB, jak i populacja mogą rosnąć przez najbliższe trzy dekady, by następnie zacząć się stabilizować i łagodnie spadać, aż osiągną poziom zrównoważony. Ten trend już się rozpoczął: według danych ONZ z 2006 roku światowy współczynnik dzietności obniżył się z 2,65 do 2,55 urodzeń na kobietę w ciągu ostatniej dekady. W wielu krajach uprzemysłowionych współczynniki dzietności spadły nawet poniżej poziomu zastępowalności pokoleń wynoszącego 2,1. Co ciekawe, gdy wskaźnik rozwoju społecznego (HDI) osiąga wysokie wartości, współczynnik dzietności czasami powraca do poziomu zastępowalności. Oznacza to, że wraz z osiągnięciem przez rozwój gospodarczy pewnej dojrzałości wskaźniki dzietności mogą nieznacznie wzrosnąć, dostosowując się do bardziej zrównoważonego poziomu. Te zmiany sugerują możliwość osiągnięcia długoterminowej równowagi zarówno w zakresie populacji, jak i gospodarki, bez konieczności drastycznego załamania.

Nie traktuję tych statystyk jako niepodważalnych faktów, lecz jako symptomy możliwych scenariuszy. Nie próbuję przepowiadać przyszłości, ale przypuszczam, że szkody wywołane przez Rozłam – takie jak zamiana kapitału zdrowotnego na pieniądze – mogą doprowadzić do znacznego spadku płodności i wzrostu śmiertelności w nadchodzącym półwieczu. Światowa populacja około 2100 roku może być zauważalnie mniejsza niż obecnie. Natomiast w gospodarce możemy odzyskać znaczną część sprywatyzowanej sfery na rzecz dobra wspólnego i kultury darów. To, co dziś jest towarem, może stać się częścią nowych, opartych na współpracy form gospodarowania, które będą służyć zaspokajaniu lokalnych potrzeb.

Skala wypiętrzenia widoczna na rysunku 5 zależy od tego, jak bardzo przekroczyliśmy zrównoważony poziom bazowy. Moim zdaniem straciliśmy szansę na łagodną transformację (rysunek 4) w latach 60. XX wieku, kiedy mieliśmy przebłysk wizji lepszego świata. Na krótko ruch hipisowski dostrzegł tę możliwość i starał się według niej żyć, ale dominujące Opowieści były zbyt silne, by wprowadzić zmianę na szerszą skalę. Zamiast przyjąć nową rzeczywistość, zostaliśmy wciągnięci z powrotem w utarte schematy.
Im dłużej trwa era Rozłamu, tym bardziej dramatyczne będzie przejście do zrównoważonego poziomu bazowego z możliwym gwałtownym spadkiem, przypominającym scenariusz katastroficzny pokazany na rysunku 3.

Dlatego kluczowe jest, by chronić to, co pozostało z dóbr wspólnych, ograniczać wzrost i zabezpieczać rzeczywiste bogactwo w obliczu nadchodzących wyzwań, innymi słowy – „przyspieszyć kryzys i złagodzić jego skutki”. Nawet teraz, 40 lat po wielkim przebudzeniu lat 60., nie jest za późno na bezpieczne lądowanie.

Malejąca rola pieniądza, rosnące bogactwo

Obecny kryzys gospodarczy decydenci często postrzegają jako zagrożenie, wiążąc go z bezrobociem, ubóstwem i niepokojami społecznymi. Wcześniej wyjaśniłem jednak, w jaki sposób system ujemnego oprocentowania umożliwia obieg kredytu nawet w kurczącej się gospodarce, zapobiegając polaryzacji majątku i spirali deflacyjnej. Niemniej wielu ludzi mogłoby obawiać się wprowadzenia polityki świadomego ograniczania wzrostu gospodarczego. Czy z definicji nie oznaczałoby to, że społeczeństwo zubożeje? Czy nie wiązałoby się ze zmniejszeniem dostępności dóbr służących ogółowi?

Odpowiedź brzmi: nie, nie będzie to oznaczało zmniejszenia rzeczywistego bogactwa ani dostępności dóbr i usług, które obecnie wyrażane są w pieniądzu. Jeśli zaczniemy je dostarczać w sposób pozapieniężny, gospodarka z punktu widzenia urzędów statystycznych będzie się kurczyć, ale realna ekonomia, czyli to, co ludzie robią dla siebie nawzajem, będzie rosnąć.

Otwarcie przyznaję, że opowiadam się tutaj za gospodarczym degrowth, czyli świadomym kurczeniem się gospodarki, co może potrwać dziesiątki, a nawet setki lat. Słowo „recesja” ma obecnie negatywne skojarzenia, choć w rzeczywistości oznacza jedynie okres wycofywania się. Ważne jest, byśmy zrozumieli, że nie trzeba poświęcać jakości życia dla dobra planety. Powinniśmy natomiast ograniczyć dominującą rolę pieniądza. Jeśli nasza przyszłość ma obejmować różnorodne sposoby dzielenia się dobrami między ludźmi, to wzrost gospodarczy nie będzie już miał takiego znaczenia jak obecnie. Nie musimy stawać się wielkimi altruistami ani rezygnować z własnych korzyści na rzecz innych. Łatwo jest utożsamiać pieniądze z interesem własnym, ale to podejście ulega zmianie. Pozwólcie, że zilustruję na kilku przykładach, jak wszyscy możemy stać się bogatsi dzięki zmniejszeniu sfery pieniądza.

Obecnie istnieje ogromny biznes software’owy, który funkcjonuje przy minimalnym nakładzie finansowym. Napisałem tę książkę, korzystając z programu OpenOffice, dostępnego za dobrowolną darowiznę, stworzonego głównie przez niepobierających wynagrodzenia programistów. Powiedzmy, że ich zapłatą jest uznanie w środowisku, co można nazwać walutą społeczną. Wolę jednak postrzegać ich pracę jako element ekonomii darów, która w naturalny sposób generuje szacunek i wdzięczność wśród członków społeczności. Tak czy inaczej ten sposób wytwarzania nie jest uwzględniany w statystykach PKB. Gdyby więcej osób przyjęło taki model, mielibyśmy do czynienia z kurczącą się gospodarką, która mimo to dostarcza coraz więcej coraz lepszych produktów. Im więcej mamy takich dóbr, tym mniej potrzebujemy pieniędzy, im mniej potrzebujemy pieniędzy, tym więcej mamy czasu wolnego, co z kolei umożliwia większe zaangażowanie w gospodarkę opartą na darach.

W dzisiejszych czasach w wielu kategoriach produktów koszty wytworzenia kolejnych egzemplarzy są praktycznie zerowe. Zjawisko to jest szczególnie widoczne w przypadku produktów cyfrowych, takich jak oprogramowanie, muzyka czy filmy. O ile stworzenie pierwszej kopii wiąże się ze znacznymi nakładami, to koszt powielania jest znikomy. W odpowiedzi na tę sytuację branża medialna próbuje wprowadzić sztuczny niedobór poprzez rygorystyczną ochronę praw autorskich i systemy zabezpieczeń cyfrowych. To pewien paradoks, że twórcy treści cyfrowych otrzymują wynagrodzenie poprzez ograniczanie dostępu do nich innym potencjalnym odbiorcom. Tak naprawdę każdy mógłby mieć dostęp do wybranego filmu, piosenki czy programu komputerowego, a producentów kosztowałoby to dokładnie tyle samo, co obecnie.

Coraz więcej podmiotów odchodzi jednak od sztucznego podtrzymywania niedoboru. Zamiast tego próbują znaleźć alternatywne źródła przychodów, takie jak dobrowolne wpłaty, przychody z reklam czy opłaty za usługi dodatkowe, np. wsparcie techniczne lub, w przypadku muzyki, występy na żywo. Te ostatnie opierają się na rzeczywiście ograniczonych zasobach, jak czas, uwaga czy fizyczna przestrzeń np. na koncercie, które naturalnie poddają się wycenie rynkowej. W szerszym ujęciu gospodarczym takie podejście prowadzi jednak do zmniejszenia wartości pieniężnej gospodarki.

Ich podstawowy pomysł — który jest dobry w takim zakresie, jakim to możliwe — polega na wykorzystaniu darmowych treści jako podstawy do generowania przychodów z usług towarzyszących. Przykładami są dystrybucja systemu Linux, który zarabia na wsparciu technicznym i dostosowywaniu systemu do potrzeb klientów, czy wytwórnie muzyczne oferujące certyfikowane kopie utworów w dogodny dla użytkownika sposób. W ten nurt wpisuje się również zespół Phish, słynący z luźnego podejścia do praw autorskich, który czerpie zyski ze sprzedaży biletów na koncerty. Istotnym wyzwaniem, którego nie udało się im w pełni rozwiązać, jest fakt, że łączna wartość pieniężna takich usług dodatkowych jest niższa niż przychody generowane wcześniej przez treści chronione prawami autorskimi. Dobrym przykładem jest Encarta, której sprzedaż nie wygenerowała dochodów odpowiadających wcześniejszej sprzedaży Britanniki i później Wikipedia, która zniszczyła miliardy zmonetyzowanej wartości zarówno drukowanych encyklopedii, jak i Encarty.

Ich podstawowy pomysł — który jest dobry w takim zakresie, jakim to możliwe — polega na wykorzystaniu darmowych treści jako podstawy do generowania przychodów z usług towarzyszących. Przykładami są dystrybucja systemu Linux, który zarabia na wsparciu technicznym i dostosowywaniu systemu do potrzeb klientów, czy wytwórnie muzyczne oferujące certyfikowane kopie utworów w dogodny dla użytkownika sposób. W ten nurt wpisuje się również zespół Phish, słynący z luźnego podejścia do praw autorskich, który czerpie zyski ze sprzedaży biletów na koncerty. Istotnym wyzwaniem, którego nie udało się im w pełni rozwiązać, jest fakt, że łączna wartość pieniężna takich usług dodatkowych jest niższa niż przychody generowane wcześniej przez treści chronione prawami autorskimi. Dobrym przykładem jest Encarta, której sprzedaż nie wygenerowała dochodów odpowiadających wcześniejszej sprzedaży Britanniki i później Wikipedia, która zniszczyła miliardy zmonetyzowanej wartości zarówno drukowanych encyklopedii, jak i Encarty.

Jeśli takie trendy się utrzymają, będziemy świadkami paradoksalnego zjawiska – wzrostowi rzeczywistego bogactwa będzie towarzyszyć kurczenie się gospodarki pieniężnej. Produkty cyfrowe są skrajnym przykładem szerszego zjawiska, w którym coraz więcej dóbr charakteryzuje się niemal zerowymi kosztami krańcowymi. Weźmy np. leki – rzeczywisty koszt wyprodukowania większości preparatów farmaceutycznych to zaledwie kilka centów za tabletkę. Nawet w masowej produkcji przemysłowej np. śrub koszty są obecnie znacząco niższe niż w przeszłości – zarówno pod względem nakładów finansowych, jak i zapotrzebowania na pracę ludzką oraz energię. Jest to efekt dziesiątków, a nawet setek lat postępu technologicznego. To dziedzictwo kulturowe powinno być dostępne dla wszystkich w równym stopniu.

Przejście w kierunku bardziej zrównoważonej ekonomii jest częścią większej transformacji cywilizacyjnej. Równoległe zmiany zachodzące w medycynie, edukacji, rolnictwie, administracji państwowej, nauce i innych dziedzinach wzajemnie się wspierają i wzmacniają. Podobne procesy obserwujemy w kontekście powrotu do medycyny naturalnej. Przed 100 czy 200 laty większość ludzi korzystała z bezpłatnej pomocy uzdrowicieli i zielarzy, a w przypadku drobnych dolegliwości – z wiedzy członków rodziny i sąsiadów. Znajomość ziołolecznictwa była powszechna i stosowana niezależnie od gratyfikacji finansowej. Nawet gdyby takie podejście zostało obecnie sformalizowane, potencjalne zyski z tego tytułu (podobnie jak z innych form medycyny naturalnej) byłyby znacznie niższe niż w przypadku leczenia opartego na zaawansowanych technologiach.

W przeciwieństwie do złożonych procesów współczesnej farmakologii ziołolecznictwo jest tanie w praktyce, ponieważ wiele skutecznych roślin leczniczych to powszechnie występujące zioła. Obserwowany obecnie zwrot w kierunku ziołolecznictwa, homeopatii i różnorodnych terapii psychofizycznych zapowiada wzrost dobrostanu społecznego, niekoniecznie przekładający się na wzrost gospodarczy w tradycyjnym rozumieniu.

Podobne tendencje widoczne są w architekturze i urbanistyce. Rozległe, odizolowane osiedla podmiejskie z ostatnich dekad, które oddaliły nas od życia społecznego i przyrody, pochłaniają ogromne ilości zasobów. Obecnie urbaniści i deweloperzy odkrywają na nowo zalety projektowania przestrzeni o większej gęstości zabudowy, mniejszych jednostek mieszkalnych, co jest bardziej przyjazne dla transportu zbiorowego i oferuje wielofunkcyjne rozwiązania ograniczające konieczność częstych podróży. Te zmiany również wpływają na kurczenie się sfery pieniężnej gospodarki – zmniejsza się zapotrzebowanie na takie dobra, jak drogi, paliwo czy materiały budowlane. Ludzie częściej korzystają z przestrzeni publicznych, a potrzeba posiadania rozległych, prywatnych rezydencji mieszkalnych maleje. Życie we wspólnocie zmniejsza zależność od zewnętrznych form rozrywki oraz zwiększa możliwości wzajemnego wsparcia i wymiany doświadczeń, co z kolei prowadzi do ograniczenia aktywności opartej na wymianie pieniężnej.

Dezintermediacja i rewolucja P2P (peer-to-peer)

Internet stanowi główną przyczynę zjawiska dezintermediacji, czyli eliminacji pośredników, takich jak agenci czy brokerzy, z łańcucha dostaw. Doskonałym przykładem jest serwis internetowy Craigslist, który według szacunków spowodował spadek przychodów z ogłoszeń drobnych o około 10 miliardów dolarów, generując jednocześnie jedynie 100 milionów dolarów własnych przychodów. Przez pewien czas wydawało się, że to media społecznościowe przejmą wiele funkcji klasycznej reklamy i tradycyjnego marketingu. Stało się jednak zupełnie odwrotnie – to reklama i marketing przejęły media społecznościowe. Niemniej początki tej branży pokazały pewną interesującą możliwość. Udowodniły, że funkcję społeczną, którą moglibyśmy nazwać „dowiadywaniem się o fajnych rzeczach”, da się przenieść do znacznie słabiej zmonetyzowanej sfery. Wartość mediów społecznościowych, takich jak Facebook, jest generowana bezpośrednio przez jej użytkowników. To oni ją tworzą poprzez dzielenie się historiami, zdjęciami, szczegółami z życia itd. Z kolei osoby zarządzające takimi platformami eksploatują ową wartość poprzez sprzedaż reklam. Część tych przychodów pokrywa niezbędne koszty utrzymania serwisu, ale ogromna ich reszta jest czystym zyskiem. W istocie jest to forma zawłaszczania dóbr wspólnych. Być może monopole, takie jak Facebook czy Amazon, powinny stać się usługami użyteczności publicznej. Przemawiają za tym dokładnie te same przesłanki, dla których w XX wieku uregulowano inne branże. Telekomunikacja, dystrybucja prądu, wody i gazu stały się wtedy domeną publiczną lub ściśle regulowanymi usługami prywatnymi. Czy czułbyś smutek, gdyby reklamy całkowicie zniknęły z mediów społecznościowych? Nie sądzę. Polityka degrowth wcale nie musi oznaczać rzeczywistego zubożenia.

Internet pozwala powrócić niektórym zasobom do ekonomii daru lub być wykorzystywanymi przy znacznie niższych kosztach. Stało się tak np. z dystrybucją informacji za pośrednictwem blogosfery i z szeroko pojętą działalnością wydawniczą. Dotyczy to również usług, które niegdyś były pełnione przez biura podróży, maklerów giełdowych i podobnych pośredników z innych branż. Wszystkie te sytuacje bez wątpienia przyczyniają się do deflacji gospodarczej.

Wchodzą tu w grę dwa główne trendy: jeden stary, a drugi nowy. Starym trendem jest po prostu efektywność. Technologia cyfrowa potrafi realizować istniejące potrzeby znacznie wydajniej, co paradoksalnie uszczupla wzrost gospodarczy. Nowym trendem jest z kolei rewolucja peer-to-peer (P2P), z którą wiąże się zarówno dezintermediacja, jak i rozwój oprogramowania open source. Dawne, hierarchiczne struktury produkcji i dystrybucji wymagały znacznych nakładów finansowych i kadrowych. Co więcej, ich natura powodowała izolację ludzi w wąskich specjalizacjach, uniemożliwiając swobodną wymianę dóbr.

Dezintermediacja wpływa również na system bankowy, podważając tradycyjną rolę banków jako pośredników między inwestorami a kredytobiorcami. Dziś przedsiębiorstwa mogą pozyskiwać kapitał bezpośrednio, pomijając banki. Przykładowo platformy P2P, takie jak LendingClub czy Prosper.com, umożliwiają bezpośrednie pożyczki między osobami prywatnymi. Komercyjne rozliczenia kredytowe, wzajemny faktoring oraz sieci wymiany barterowej pokazują, jak technologia informacyjna ogranicza rolę centralnych instytucji pośredniczących, prowadząc do zmniejszenia PKB poprzez redukcję wydatków na usługi finansowe.

Ponieważ coraz tańsze usługi „gospodarki informacyjnej” przenikają do praktycznie wszystkich sektorów, zjawisko degrowth (ujemnego wzrostu) zatacza coraz szersze kręgi, dotykając nawet branż uznawanych dotychczas za typowo wzrostowe. Przykładowo: wydatki na sprzęt komputerowy spadły z 371 miliardów dolarów w 2000 roku do 326 miliardów w 2009 roku. Spadek ten nie wynika jednak ze zmniejszonego popytu na komputery, lecz z obniżenia ich cen, co jest bezpośrednim skutkiem postępu technologicznego.

Najpopularniejszym modelem biznesowym w internecie pozostaje model oparty na reklamach. Wielkość tego cyfrowego rynku jest jednak ograniczona możliwościami realnej gospodarki. Co więcej, internet zaczyna kanibalizować własne źródła przychodów: strony z darmowymi recenzjami produktów i porównywarki cen sprawiają, że zamieszczane tam reklamy stają się zbędne. Model biznesowy, który historycznie polegał na komercjalizacji działań wykonywanych przez ludzi samodzielnie, obecnie ulega odwróceniu. Internet umożliwia ludziom wzajemną pomoc bez konieczności angażowania pieniędzy. Jak zauważa Eric Reasons:

Być może trudność w znalezieniu sposobu na zarabianie na usługach internetowych, takich jak Twitter, Facebook czy YouTube, wynika z tego, że po prostu nie da się na nich zarobić… przynajmniej nie w stopniu rekompensującym straty w branżach i usługach, które wypierają. To właśnie problem, z którym mierzą się tradycyjne media próbujące przejść na model internetowy.

Internet staje się integralną częścią gospodarki opartej na darze, w której zaciera się granica między producentem a konsumentem. Użytkownicy, dzieląc się informacjami, rekomendacjami czy muzyką, nie pobierają opłat za „usługi informacyjne”. Większość treści w sieci jest dostępna za darmo. Eric Reasons podsumowuje:

Zachęca się nas do wiary w przyszłość gospodarki opartej na wiedzy, jednak nikt tak naprawdę nie odkrył sposobu na generowanie z niej znaczących przychodów. Nieliczne firmy, jak Craigslist czy Google, osiągają w internecie centy w stosunku do dolara ze starych rynków, odbierając jednocześnie znacznie większe przychody branżom, których działalność zakłóciły lub wręcz zniszczyły. Nie wynika to z braku odpowiedniego modelu monetyzacji. Jest to skutek innowacji prowadzących do większej wydajności, a nie wzrostu samego w sobie, co wywiera presję deflacyjną na wiele rozbudowanych sektorów. Co więcej, w dużej mierze dzieje się to za sprawą nas samych, użytkowników końcowych, którzy w wolnym czasie chcą tworzyć i się dzielić, a nie tylko konsumować.

Od czasu pierwszego wydania tej książki, w którym pojawiły się te fragmenty, nie wydaje się już prawdą, że nikt nie potrafił zarabiać w internecie. Niemniej jednak teza Reasonsa nadal pozostaje aktualna. Gigantyczne przychody Amazona wciąż bledną w porównaniu z kosztami utrzymania infrastruktury tradycyjnych sklepów detalicznych, którą skutecznie zastąpił. Kiedyś szeregi kasjerów i sprzedawców znacznie przewyższały liczbę pracowników w dzisiejszych zrobotyzowanych magazynach technologicznego giganta. Podobnie wygląda kwestia przechowywania danych w chmurze Google.

Usługa ta, choć wysoce dochodowa, nie może się równać z wielkością branży produkującej miliardy zewnętrznych dysków twardych, którą praktycznie wyeliminowała z rynku. Tak samo przychody z reklam są w naturalny sposób ograniczone wielkością gospodarki, z kolei treści cyfrowe, jak piosenki i filmy, są bez porównania tańsze w dystrybucji niż tradycyjne kasety filmowe czy płyty gramofonowe. W konsekwencji rynek wymusza utrzymywanie w ludziach stanu sztucznego niedoboru, bo praktycznie tylko w ten sposób można dziś skutecznie sprzedawać.

Choć zwrot w kierunku gospodarki opartej na darze jest zjawiskiem nowym, to problem nadwyżki mocy produkcyjnych i bezrobocia nęka kapitalizm od stuleci, wskazując, że nie musimy aż tak ciężko pracować, aby utrzymać ludzkie życie. W istocie już wraz z pojawieniem się pierwszych maszyn przemysłowych zaczęto przepowiadać nadejście ery wolnego czasu („maszyna zastąpi pracę tysiąca ludzi”). Wizja znaczącego zmniejszenia godzin pracy nie ziściła się jednak do dziś. Czy zatem zapowiadane nadejście ery wolnego czasu ponownie okaże się złudzeniem? Nie tym razem. Zasadnicza różnica polega na tym, że nie będziemy opierać się wyłącznie na technologicznym zwiększaniu wydajności. Kluczem jest degrowth, a nie efektywność. Brzmi to paradoksalnie: recesja gospodarcza może okazać się tym, co przyniesie większości prawdziwy dobrobyt.

W rozwijającej się gospodarce siła robocza uwolniona dzięki postępowi technicznemu często kierowana jest do produkcji większej ilości dóbr. O ile w 1870 roku zaspokojenie potrzeb gospodarstwa domowego wymagało dziesięciu godzin pracy dziennie, dziś wystarcza jedna godzina. Obecny system zmusza nas jednak do dziesięciokrotnie większej konsumpcji niż kiedyś. Słyszymy o amerykańskim konsumencie jako motorze globalnego wzrostu gospodarczego. Wiąże się to z wizją bogactwa utożsamianego z nieustającymi zakupami. Nowy komputer co miesiąc, nowy samochód co rok, większy dom co 5 lat – wszystko nowe, większe, lepsze. Wydaje się to szaleństwem, ale w obecnym systemie jest ekonomiczną koniecznością. Recesja czeka tuż za rogiem, gotowa uderzyć, gdy konsumpcja nie nadąży za wzrostem produktywności.

System, który opisuję, stanowi alternatywę dla przyszłości opartej na nieustannym wzroście konsumpcji i nieuchronnym załamaniu. Ujemne oprocentowanie długu umożliwia kontynuowanie produktywnych inwestycji i obieg pieniądza nawet wtedy, gdy krańcowy zwrot z kapitału jest zerowy lub ujemny, podczas gdy waluta oparta na wspólnocie uwalnia pracę, którą można przeznaczyć na cele społeczne. W następnym rozdziale przedstawię trzeci wątek tej opowieści: dywidendę społeczną, która uniezależnia siłę nabywczą pracowników od konieczności pełnego zatrudnienia w gospodarce pieniężnej.

Zgodnie z ideą autora, książka „Uświęcona ekonomia” zostaje udostępniona na naszym blogu, w specjalnej kategorii, za darmo jako wyraz kultury daru – z przekonaniem, że warto się dzielić, pozostawiając miejsce na wdzięczność i wzajemność. Rozdziały będą pojawiać się co piątek.
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.

Zmień zgody

Napisz do nas