Rozdział 14

16 października 2026
Zgodnie z ideą autora, książka „Uświęcona ekonomia” zostaje udostępniona na naszym blogu, w specjalnej kategorii, za darmo jako wyraz kultury daru – z przekonaniem, że warto się dzielić, pozostawiając miejsce na wdzięczność i wzajemność. Rozdziały będą pojawiać się co piątek.
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.

Rozdział 14

Dywidenda społeczna

Większość ludzi poczuje się upokorzona, gdy zatrudni się ich do przerzucania kamieni przez mur, a następnie z powrotem, tylko po to, by mogli uzyskać wynagrodzenie. A przecież wielu z nich nie wykonuje dziś pracy bardziej godnej.

Henry David Thoreau

Najbardziej nieszczęśliwymi ludźmi są ci, którzy nieustannie muszą powtarzać tę samą czynność, co minutę lub co np. 20 minut. To oni zasługują na najkrótszy czas pracy i najwyższe wynagrodzenia.

John Kenneth Galbraith

Paradoks czasu wolnego

Historia rozwoju technologii to w znacznej mierze opowieść o wynalazkach, które miały oszczędzić ludziom pracy. Nowoczesna koparka może zastąpić 50 pracowników z łopatami, buldożer wykonuje pracę równą wysiłkowi 500 drwali z siekierami, a komputer potrafi wykonać zadania 500 księgowych uzbrojonych jedynie w długopisy i papier. Nasuwa się więc pytanie: dlaczego po stuleciach postępu technologicznego wciąż pracujemy tak samo dużo jak dawniej? Dlaczego większość ludzi na świecie nadal zmaga się z niedostatkiem? Futuryści od wieków przepowiadają nadejście ery wolnego czasu, która zdaje się pozostawać jednak w sferze marzeń.
Odpowiedź jest prosta – przy każdym przełomie technologicznym wybieraliśmy zwiększenie produkcji zamiast skrócenia czasu pracy. Co więcej, nie mieliśmy tak naprawdę możliwości dokonania innego wyboru.
W obecnym systemie gospodarczym zwiększenie ilości wolnego czasu jest niemożliwe bez wprowadzenia jakiejś formy redystrybucji bogactwa. Wyobraźmy sobie hipotetyczną technologię, która podwaja wydajność pracowników – ta sama ilość dóbr mogłaby być wytwarzana przy połowie dotychczasowego wysiłku. Jeżeli popyt nie wzrośnie (jak to ma miejsce w gospodarce ustabilizowanej lub w modelu degrowth), 50% zatrudnionych stanie się zbędne, a więc aby zachować konkurencyjność, przedsiębiorstwa będą zmuszone do zwolnienia połowy pracowników, zatrudniania ich w niepełnym wymiarze godzin lub obniżenia ich wynagrodzeń. Łączna suma wypłacanych pensji spadnie o połowę, ponieważ żaden pracodawca nie zapłaci więcej, niż wynosi wypracowany przychód. Pracownicy pozbawieni pieniędzy nie będą dysponować środkami na zakupy, nawet przy założeniu, że ceny spadną o połowę. W rezultacie, mimo dostępności większej ilości towarów wytwarzanych mniejszym nakładem pracy, ludzie nie będą mogli ich nabyć z powodu braku pieniędzy. Wzrost ilości wolnego czasu przyjmie formę bezrobocia, a jego skutki – szybka koncentracja majątku, deflacja, bankructwa i inne problemy ekonomiczne – okażą się katastrofalne.
Tę społeczno-gospodarczą katastrofę można zażegnać na dwa sposoby: poprzez redystrybucję bogactwa lub stymulację wzrostu gospodarczego. W pierwszym przypadku można przekazać część pieniędzy od pracujących do bezrobotnych, dotować przedsiębiorstwa, by utrzymywały zbędnych pracowników, lub wprowadzić powszechny dochód podstawowy niezależny od zatrudnienia. Działania te nieuchronnie zmniejszają względne bogactwo i wpływy posiadaczy kapitału. Alternatywnym rozwiązaniem jest podwojenie popytu, aby wszyscy mogli znaleźć zatrudnienie.
Zazwyczaj to zamożni sprawują kontrolę nad sytuacją i nie są zainteresowani redystrybucją swojego majątku. Dlatego tradycyjnym rozwiązaniem problemu nadprodukcji i bezrobocia jest pobudzanie wzrostu gospodarczego, co wymaga zwiększania zapotrzebowania na nowe towary i usługi. Jedną z metod jest eksport, choć rozwiązanie to nie sprawdza się w skali globalnej. Innym sposobem jest kolonizacja sfery pozapieniężnej – zmuszanie ludzi do kupowania rzeczy, które wcześniej były dostępne za darmo. Można również niszczyć nadwyżki poprzez wojny i marnotrawstwo. Wszystkie te metody angażują ludzi w intensywną pracę, nawet gdy naturalny popyt został już zaspokojony.
Ideologia wzrostu – opowieść Postępu – zakłada, że naturalny popyt nigdy nie zostanie w pełni zaspokojony, a jego elastyczność jest nieskończona. Według tej teorii istnieje niewyczerpana podaż nowych rynków, potrzeb i pragnień. Okazuje się jednak, że jedynym obiektem pożądania, którego nigdy dość, jest pieniądz. Przekonanie o nieskończoności potrzeb, a w konsekwencji o nieograniczonym popycie, napędza współczesne szaleństwo konsumpcyjne i logikę, która je uzasadnia.
Zawsze istniała teoretyczna możliwość wyboru sposobu wykorzystania wzrostu wydajności: można było pracować mniej lub konsumować więcej. Zmuszeni przez system pieniężny uzależniony od wzrostu niezmiennie wybieraliśmy drugą opcję. Zamiast skracać czas pracy, by łatwiej zaspokajać istniejące potrzeby, nieustannie tworzyliśmy nowe lub przenosiliśmy je ze sfery daru do sfery pieniądza. Ten mechanizm napędzał rozwój, doskonalił umiejętności manualne i intelektualne. Mimo wysokich kosztów ponoszonych przez przyrodę, kulturę, duchowość i człowieczeństwo rozwój ten miał swoje uzasadnienie. Obecnie, gdy zasoby naturalne i kulturowe się wyczerpują, zmienia się kontekst wyboru między mniejszą ilością pracy a większą konsumpcją. Era rozwoju dobiega końca, a wypracowane osiągnięcia muszą zostać wykorzystane w nowej relacji z naszą planetą. Epoka wzrostu zbliża się ku końcowi. John Maynard Keynes przeczuwał tę dziejową zmianę, pisząc w The Economic Consequences of the Peace (Ekonomicznych konsekwencjach pokoju):
Z jednej strony klasy pracujące godziły się na otrzymywanie niewielkiej części tortu, który tworzyły wspólnie z Naturą i kapitalistami. Z drugiej strony klasy posiadające mogły przejąć najlepszą część tego tortu, jednak ich konsumpcja odbywała się pod milczącym warunkiem, że w praktyce spożywały niewiele. Obowiązek oszczędzania stał się cnotą, a powiększanie tortu przybrało formę religii. Wokół odraczania konsumpcji narosły purytańskie instynkty, które wcześniej ograniczały się do sfery duchowej, zaniedbując zarówno sztukę wytwarzania, jak i umiejętność czerpania przyjemności. Tort rósł, lecz nie było jasne, czemu to służy. Ludzie byli zachęcani do oszczędzania i pielęgnowania poczucia bezpieczeństwa. Oszczędności miały być przeznaczone na starość lub dla przyszłych pokoleń, jednak w praktyce okazało się to złudzeniem – tort nigdy nie miał zostać skonsumowany, ani przez dorosłych, ani przez ich dzieci.
Na poziomie zbiorowym brak konsumpcji „tortu” wiąże się z wyborem wzrostu kosztem odpoczynku. Nowoczesna, wydajniejsza technologia produkcji stwarza możliwość zarówno zmniejszenia obciążenia pracą, jak i wytwarzania większej ilości dóbr. System ekonomiczny wymusza i realizuje tę drugą opcję. Choć współcześnie ekonomię keynesowską kojarzy się głównie z bodźcami fiskalnymi, sam Keynes nigdy nie uważał takiego podejścia za rozwiązanie długoterminowe. Od 70 lat jako społeczeństwo sztucznie pobudzamy popyt, m.in. poprzez wydatki zbrojeniowe i inwestycje infrastrukturalne. Próbując utrzymać wzrost gospodarczy i efektywność kapitału powyżej poziomu stóp procentowych, uwięziliśmy się w błędnym kole ciągłego zwiększania produkcji, niezależnie od rzeczywistych potrzeb. W odpowiedzi na to uwikłanie teoria ekonomii zakładająca nieskończoność popytu powtarza, że zawsze będzie istniała potrzeba produkcji, czy to w jednej branży, czy w innej. Proces ten można opisać jako wyczerpywanie kapitału naturalnego, społecznego, kulturowego i duchowego. Keynes, mimo że żył w czasach zdominowanych przez ideologię wzrostu, dostrzegał tę możliwość, choć nie wyraził jej w pełni jednoznacznie. Użycie przez niego czasu przeszłego sugeruje, że pewnego dnia nadejdzie moment, gdy zdecydujemy się „zjeść tort”, wybierając mniejsze obciążenie pracą zamiast większej ilości dóbr.
Dodatnia stopa procentowa wolna od ryzyka została opisana przez Keynesa jako „wezwanie” do „pielęgnowania bezpieczeństwa i przewidywalności”. Współcześnie możemy to określić jako poświęcanie teraźniejszości na rzecz przyszłości – wybieranie bezpieczeństwa (lub jego złudzenia) zamiast wolności. Ta logika ma również wymiar osobisty. W ubiegłym wieku byliśmy motywowani do wybierania pracy zamiast odpoczynku, nawet gdy nie potrzebowaliśmy pieniędzy, ponieważ odsetki dawały obietnicę, że w przyszłości za zgromadzone środki będziemy mogli kupić więcej czasu wolnego. Powstrzymując się od przyjemności i relaksu (a często także od wielu wspaniałych spontanicznych decyzji), można było osiągnąć ekonomiczną wersję raju: wcześniejszą emeryturę. Jak to często jednak bywa z religią, obietnica raju ma jedynie utrzymać ludzi w okowach. Ten czas niewoli dobiega końca. Stan naszej planety wymaga natychmiastowych działań, aby przejść od „hodowania” kapitału do zdrowszego i bardziej zrównoważonego podejścia.

Zmierzch tradycyjnych „miejsc pracy”

Od początku rewolucji przemysłowej towarzyszy nam lęk przed zastąpieniem przez maszyny. I rzeczywiście, wiele osób tego doświadczyło – maszyny przejęły zadania wykonywane wcześniej przez ludzi. Jedynym sposobem na utrzymanie pełnego zatrudnienia był wzrost gospodarczy. W tym miejscu wzywam jednak do jego zatrzymania i odejścia od paradygmatu pełnego zatrudnienia. Aby to zrozumieć, zastanówmy się, co tak naprawdę oznacza automatyzacja pracy człowieka.
By praca mogła zostać przejęta przez maszyny, musi mieć charakter powtarzalny. Wraz z postępującą mechanizacją zadań społeczeństwa coraz więcej stanowisk nabierało właśnie takiego charakteru – zostały skodyfikowane, ustandaryzowane, oparte na odtwórczych czynnościach. Wydaje się, że właśnie w tym tkwi prawdziwe źródło naszego niepokoju. Nie boimy się tego, że zastąpią nas maszyny, ale tego, że sami zaczniemy funkcjonować jak one.
Najsłynniejszy ruch antymaszynowy – luddystów z początku XIX w. – doskonale rozumiał tę rzeczywistość. Jak zauważył badacz Kirkpatrick Sale, nie chodziło o zabobonną niechęć do maszyn, lecz o przekonanie, że mają one swoje ściśle określone miejsce w gospodarce. Luddystów niepokoiła nie tylko utrata źródeł utrzymania, lecz także niska jakość produktów, monotonia pracy, ciągłe poczucie zagrożenia oraz nieludzkie warunki w fabrykach. Sprzeciwiali się mechanizacji, ponieważ zastąpienie wysoko wykwalifikowanych umiejętności upokarzającą i niebezpieczną pracą w fabrykach było w ich ocenie obrazą dla ludzkiej godności. Dlatego celem gospodarki opartej na współczuciu nie powinno być zapewnianie „miejsc pracy”, jak sądzi większość liberalnych polityków. Gdy praca staje się mechaniczna, ludzką aktywność można zazwyczaj przyrównać do działania maszyn. Wdrażanie programów gospodarczych nastawionych na tworzenie dodatkowych stanowisk wydaje się bezsensowne. Takie podejście sugeruje bowiem, że potrzebujemy więcej towarów i usług. Po co dążyć do zwiększania liczby miejsc pracy? Odpowiedź wydaje się oczywista: aby zapewnić ludziom środki do życia. Ale w tym celu równie dobrze moglibyśmy, jak żartował Keynes, kopać doły i je zasypywać. Obecna polityka gospodarcza właśnie na tym polega, czego dowodem są choćby wysiłki na rzecz ożywienia budownictwa mieszkaniowego, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych stoi 19 milionów pustych domów. Co więcej, recesja zdaje się ten trend pogłębiać. Dorosłe dzieci z powodu braku pracy zmuszone są wracać do rodziców (lub odwrotnie: rodzice przeprowadzają się do dzieci). Czy nie byłoby zatem lepiej płacić ludziom za „nicnierobienie” i uwolnić ich kreatywną energię, by ci mogli zaspokoić pilne potrzeby świata?
Wydaje się, że stoimy przed koniecznością ograniczenia wzrostu i zmniejszenia ilości pracy. Nadszedł czas, by spełnić obietnicę przemysłu mówiącą o tym, że technologia umożliwi znaczące skrócenie tygodnia pracy i zapoczątkuje „erę czasu wolnego”. Niestety, pojęcie „czasu wolnego” często kojarzy się z niefrasobliwością i rozrzutnością, co kłóci się z pilnymi potrzebami Ziemi i jej mieszkańców. Jest mnóstwo ważnych zadań do wykonania – pracy zgodnej z ideą degrowth, która niekoniecznie musi przynosić produkty nadające się do sprzedaży. Wiele lasów wymaga odnowienia, wielu ludzi potrzebuje opieki, a cała planeta wymaga uzdrowienia. Możliwe, że nadchodzą czasy, w których będziemy bardzo zajęci, ale nasze wysiłki będą skupione na wartościowych działaniach, które nie będą musiały konkurować z przepływem pieniędzy ani imperatywem wzrostu. Być może w przyszłości doświadczymy prawdziwej obfitości czasu wolnego. Na razie jego niedobór jest jednym z powodów, dla których nadmiernie konsumujemy. Jest to próba zrekompensowania sobie utraty tego najbardziej podstawowego z bogactw. Czas to życie, a prawdziwym bogactwem jest możliwość decydowania o nim.
Do tej pory opisałem system, który kieruje bodźce finansowe w stronę ochrony i rozwoju ekosystemów oraz innych dóbr wspólnych, umożliwiając przepływ pieniędzy do tych, którzy najbardziej ich potrzebują. Istnieje jednak jeszcze bardziej radykalne podejście. Zakłada ono odejście od zasady „pieniądze powinny trafiać do tych, którzy wygenerują ich jeszcze więcej” (na której opiera się współczesna bankowość). Dlaczego po prostu nie przekazać ludziom pieniędzy? Wszystkim. Tak, wszystkim! To właśnie zakłada koncepcja „dywidendy społecznej”, którą w latach 20. XX wieku propagował Clifford H. Douglas, twórca ruchu kredytu społecznego.
Pomysł ten ma zarówno ekonomiczne, jak i moralne uzasadnienie. Douglas, brytyjski inżynier, podobnie jak Marks zauważył, że pracownicy otrzymują coraz mniejszą część dochodów z wytwarzanych przez siebie dóbr. Powodem było to, że przemysł stał się mniej pracochłonny, a bardziej kapitałochłonny, co ostatecznie – z powodu spadku popytu – prowadziło do ubóstwa, polaryzacji bogactwa i recesji gospodarczej. Jako rozwiązanie zaproponował emisję pieniądza fiducjarnego w ilości wystarczającej, by wszyscy obywatele mogli kupować produkty stworzone w wyniku ich pracy. Miałoby to obejmować zarówno bezpośrednie wypłaty na osobę, jak i rabaty od dokonanych zakupów w formie ujemnego podatku od sprzedaży. Ta propozycja nie wydaje się szczególnie odległa od klasycznych teorii ekonomicznych. Czeki stymulacyjne wysłane do amerykańskich gospodarstw domowych w 2008 roku stanowiły łagodną wersję dywidendy społecznej. Ich celem było dostarczenie pieniędzy konsumentom, co miało pomóc w walce z recesją. Co istotne, nie były to jedynie zasiłki dla ubogich. Stanowiły wsparcie dla wszystkich.
Alternatywa dla ciągłego wzrostu opiera się na wypoczynku i sprawiedliwym podziale dóbr. Zyskała ona nowy impuls, gdy pandemia COVID-19 zniszczyła miliony miejsc pracy. Wiele z nich najprawdopodobniej nigdy już nie powróci. Wydarzenie to gwałtownie przyspieszyło wieloletni trend, który zmierza ku powszechnej automatyzacji i generowaniu ogromnego nadmiaru siły roboczej. Powstałą w ten sposób nadwyżkę rąk do pracy można by ukierunkować na społeczne i ekologiczne uzdrawianie planety. Innym wyjściem jest solidarne podzielenie się wymuszonym czasem wolnym, który wynika ze wzrostu bezrobocia. Służyć temu mogłyby inicjatywy takie jak niemiecki Kurzarbeit (krótka praca), czyli program dotujący skrócone tygodnie pracy. Stanowi on zresztą rażące zaprzeczenie tzw. mitu stałej ilości pracy. Mechanizm ten działa w prosty sposób. Zamiast zwalniać jedną piątą załogi, przedsiębiorstwa skróciły czas pracy wszystkich pracowników o 20%. Co więcej, znaczną część utraconego wynagrodzenia pokrywa państwo. W praktyce pracownicy zachowali swoje stanowiska, pracując o jedną piątą krócej i tracąc zaledwie 4–8% pensji. Program przyniósł znakomite rezultaty. W czasie recesji bezrobocie w Niemczech utrzymało się poniżej przewidywań, a przemysł motoryzacyjny, w którym program wdrożono najszerzej, nie stracił ani jednego pełnoetatowego stanowiska w pierwszej połowie 2009 roku. Kurzarbeit przypomina w pewnym stopniu dywidendę społeczną, kierując się podobnymi pobudkami ekonomicznymi i humanitarnymi.
Filozoficzne i moralne podstawy takiego wsparcia dobrze obrazuje moje doświadczenie z lektury opowiadania Philipa José Farmera Riders of the Purple Wage (Jeźdźcy purpurowej płacy). Autor przedstawia tam myśl, że dzięki rozwojowi przemysłu ludzkość zyskała dostęp do ogromnego bogactwa, które można pozyskać niewielkim nakładem pracy. Oznacza to, że nikt nie powinien być zmuszany do ciężkiej pracy, by zapewnić sobie podstawowe środki do życia. Dobrobyt, który zawdzięczamy technologii i zasobom naturalnym Ziemi, należy do całej ludzkości – każdy człowiek, przychodząc na świat, ma prawo czerpać z tego bogactwa. Nikt nie powinien rościć sobie wyłącznych praw do korzystania z wynalazków Roberta Boyle’a czy Thomasa Edisona ani tym bardziej do dorobku kulturowego, który umożliwił ich powstanie. To wszystko jest darem dla całej ludzkości, spuścizną otrzymaną od przodków, podobnie jak świat wokół nas jest darem od Ziemi, Natury i Stwórcy.
Należy jednak zachować ostrożność wobec wygodnego twierdzenia o „łatwym dostatku dzięki technologii”. Takie podejście wpisuje się bowiem w ideologię nieustannego wzrostu gospodarczego. Mimo powszechnych rozwiązań ułatwiających pracę nie mamy obecnie więcej wolnego czasu niż łowcy-zbieracze, rolnicy z neolitu czy średniowieczni chłopi. Przyczyną jest nadprodukcja i nadmierna konsumpcja dóbr, które technologia pozwala wytwarzać, jak również niewystarczająca produkcja i konsumpcja zasobów, których technika nie jest w stanie odtworzyć. Przeważnie właśnie te drugie stoją w sprzeczności z ujednolicającą, odczłowieczającą naturą pieniądza: wszystko, co wyjątkowe, bliskie i osobiste, zostaje zepchnięte na margines. Wrócę jeszcze do tej kwestii, ale już teraz warto podkreślić, że w wymiarze czysto ilościowym nasze potrzeby są łatwe do zaspokojenia. Nie powinniśmy pracować ponad miarę, by zapewnić sobie podstawowe środki do życia: żywność, ubranie i dach nad głową. Z pewnością nie musimy pracować więcej niż przeciętnie 20 godzin, które w 1970 roku wystarczały Buszmenom z Kalahari do przetrwania na surowej pustyni przy użyciu narzędzi z epoki kamienia łupanego. Logicznie rzecz biorąc, nie powinniśmy czuć się mniej bezpieczni ani bardziej obawiać się o środki do życia niż średniowieczni chłopi, którzy cieszyli się aż 150 dniami wolnymi od pracy.

Chęć do pracy

Czy budowanie kolejnych zbędnych domów zamiast np. chronienia jaj żółwi morskich przed wyciekami ropy nie wydaje się absurdalne? W gruncie rzeczy sprowadza się to do tego, że eksploatacja wspólnych zasobów przynosi zyski, podczas gdy ich ochronę traktuje się jako akt dobrej woli. Propozycje przedstawione w niniejszej książce mają zmienić to podejście. Uwzględnienie rzeczywistych kosztów przekierowuje przepływy finansowe i ludzką aktywność z konsumpcji w stronę wyższych wartości. Pieniądz o ujemnym oprocentowaniu umożliwia inwestycje, które nie generują zysków, ale mimo to narzędzia te mogą okazać się niewystarczające, ponieważ niektóre prace, niezbędne do uzdrowienia sytuacji na świecie, z zasady są nieekonomiczne.
Powstaje więc pytanie: jak stworzyć warunki, które pozwolą ludziom angażować się w zadania nieprzynoszące korzyści finansowych? Podobnie jak w przypadku redystrybucji bogactwa istnieją zasadniczo dwie metody. Pierwszą jest dywidenda społeczna, funkcjonująca obecnie w różnych formach, takich jak czeki stymulacyjne, ulgi podatkowe czy świadczenia socjalne. Tego rodzaju wsparcie daje ludziom swobodę ekonomiczną, by mogli wykonywać zajęcia, do których nikt ich nie zatrudni (bo nie generują dochodu dla pracodawcy) i które nie wytwarzają niczego na sprzedaż.
Druga metoda polega na bezpośrednim wynagradzaniu ludzi przez państwo (lub inną instytucję) za działania uznawane za społecznie wartościowe. Dobrym przykładem jest amerykański New Deal, w ramach którego zatrudniono miliony bezrobotnych nie tylko do budowy infrastruktury mogącej w przyszłości przynieść korzyści finansowych, lecz także do takich działań, jak archiwizowanie tradycyjnej muzyki czy tworzenie terenów rekreacyjnych. W szerszym ujęciu można to postrzegać jako realizację idei socjalizmu państwowego. Centralne planowanie często jednak nie dostrzega istotnych potrzeb, prowadzi do nadużywania władzy w kierunku totalitaryzmu i nie wykorzystuje kreatywności jednostek oraz inicjatyw oddolnych. Koncepcja dywidendy społecznej opiera się na przekonaniu, że ludzie uwolnieni od presji ekonomicznej naturalnie wybiorą wartościowe i potrzebne zajęcia. Te swobodne decyzje łączą się z uznaniem, że praca zasługuje na szacunek.
W dzisiejszych czasach ścierają się dwie przeciwstawne wizje ludzkiej natury, które przekładają się na odmienne koncepcje zarządzania społeczeństwem. Pierwsza z nich zakłada, że gdy uwolnimy ludzi od presji ekonomicznej, sami wybiorą wartościową pracę. Druga natomiast twierdzi, że należy najpierw stworzyć wartościowe miejsca pracy, a następnie wykorzystać bodźce ekonomiczne, by zachęcić ludzi do ich podejmowania. O ile pierwsza koncepcja opiera się na wierze w ludzką kreatywność i zdolność do samoorganizacji, druga oddaje kontrolę nad przydziałem pracy w ręce decydentów politycznych. Moim zdaniem w gospodarce jest miejsce na oba podejścia, a wraz z rozwojem bardziej włączających i oddolnych procesów politycznych te dwie wizje mogą się zespolić w jeden model.
Jednym z najczęstszych zarzutów wobec bezwarunkowej dywidendy społecznej jest konkretna obawa. Wielu ludzi boi się, że będzie jej towarzyszyć systematyczne niszczenie małych firm i tradycyjnego modelu zatrudnienia (podobnie jak miało to miejsce w czasach pandemii COVID-19). W efekcie pozostawiłoby to ludzi trwale uzależnionych od państwa, które zyskałoby możliwość warunkowania wypłat od tzw. „dobrego zachowania”. Łatwo wyobrazić sobie scenariusz warunkowania takich wypłat. Comiesięczna zapomoga mogłaby zostać wstrzymana, jeśli nie zapłacilibyście np. mandatów za parkowanie, złamalibyście przepisy o obowiązku szkolnym (np. przez wagarowanie), odmówilibyście szczepienia dzieci, zignorowali coroczne badania profilaktyczne, a w skrajnym scenariuszu – nie skosilibyście trawnika na swojej posesji. Znacznie łatwiej jest przecież kontrolować całkowicie zależną populację niż taką, która dysponuje niezależnymi środkami do życia. Ten zarzut z całą mocą podkreśla więc konieczność uczynienia z dywidendy społecznej absolutnie bezwarunkowej. Co więcej, niszczenie małych przedsiębiorstw zawsze stanowi ogromny problem. Dzieje się tak niezależnie od tego, czy ludzie otrzymują dotacje państwowe, czy też stałe pensje w korporacjach. W każdym z tych przypadków duże instytucje mogą z niepokojącą łatwością kontrolować zależne od nich społeczeństwo.
Przeciwnicy dywidendy społecznej często argumentują również, że jej wprowadzenie zabije w ludziach motywację do pracy. Twierdzą, że gdy zniknie ekonomiczny przymus, nikt nie będzie chciał pracować, bo po co się wysilać, skoro podstawowe potrzeby i tak zostaną zaspokojone. Takie rozumowanie wyrasta z przekonania o konieczności kontroli i dominacji. Ale czy rzeczywiście ludzką naturą jest dążenie do bierności i nieproduktywności? Czy naprawdę potrzebujemy systemu kar i nagród, by zmusić ludzi do pracy? Czy naprawdę w naszej naturze leży wyłącznie chęć brania, a nigdy dawania? Nie sądzę. Ci, którzy podzielają mój pogląd, dostrzegają, że bolesne momenty w ich życiu często wiązały się z poczuciem niespełnienia zawodowego – gdy ich talenty pozostawały niewykorzystane, a praca nie służyła celom, w które wierzyli. Przypominam sobie pewną sytuację, gdy byłem tłumaczem podczas spotkania z zespołem programistów na Tajwanie. Rozmowa dotyczyła nowych technologii, w tym dźwięku 3D. Wszyscy obecni dyskutowali żywo o możliwych zastosowaniach tych rozwiązań w swoich produktach, gdy w pewnym momencie złapałem się na myśli: „Oni naprawdę się tym przejmują, podczas gdy mnie kompletnie nie obchodzi, czy produkt ma dźwięk 3D, czy nie”. Ta refleksja wywołała we mnie głęboki smutek. Uświadomiłem sobie, że zajmuję się tym tematem wyłącznie dla pieniędzy, nie widząc żadnej realnej alternatywy dla swojej obecnej pracy. „Czy kiedykolwiek będę mógł robić to, na czym naprawdę mi zależy?” – zastanawiałem się. „Kiedy wreszcie zacznę żyć własnym życiem zamiast egzystencją, za którą mi płacą?”
W tej książce przyjmuję założenie, że człowiek z natury pragnie dzielić się z innymi. To właśnie wtedy rodzi się wdzięczność – za wiedzę, umiejętności i chęć wzajemności. Niestety, obecny system gospodarczy zmusza nas do tłumienia tej naturalnej szczodrości, kierując nasze dary w stronę podtrzymywania mechanizmów, które właściwie nikomu nie służą. Uświęcona ekonomia to taka, która wyzwala w nas naturalne pragnienie pracy i dzielenia się. Wszyscy znani mi ludzie mają wiele do zaoferowania, jednak większość z nich tłumi swoje talenty. Nie dzieje się tak dlatego, że ich dary są niepotrzebne – jest przecież tyle pięknej pracy do wykonania. Problem tkwi w tym, że obecny system pieniężny nie potrafi skutecznie łączyć darów z potrzebami. Dlaczego wszyscy musimy tak ciężko pracować na przetrwanie, skoro (czy to dzięki technologii, czy nie) podstawowe potrzeby można zaspokoić niewielkim nakładem pracy? Odpowiedź tkwi w naturze pieniądza, który generuje sztuczny niedobór.
Przekonanie, że ludzie z natury nie chcą pracować, jest głęboko zakorzenione w ekonomii, ale sięga ono jeszcze głębiej – do koncepcji oddzielnego „ja”. Jeśli przyjmiemy, że mój zysk oznacza twoją stratę, to rzeczywiście – po co ktokolwiek miałby chcieć się dzielić? Zgodnie z teorią „samolubnego genu” każdy dąży do maksymalizacji własnych korzyści finansowych. W takim układzie nikt dobrowolnie nie będzie działał na rzecz innych, chyba że sam będzie mógł na tym zarobić. Uwięzieni w tej mentalności nie chcemy dawać – musimy być do tego przymuszeni lub przez kogoś przekupieni.
Podręczniki ekonomii posługują się pojęciem „nieużyteczności pracy”, zakładając, że bez wynagrodzenia ludzie naturalnie wybiorą… No właśnie, co właściwie? Konsumpcję? Lenistwo? Rozrywkę? Argumenty za systemem opartym na niedoborze wynikają z głęboko zakorzenionych uprzedzeń wobec ludzkiej natury. Moja książka proponuje inne spojrzenie: człowiek jest istotą z natury twórczą, hojną oraz duchową, a działanie i kreacja zawsze należały do jego najgłębszych pragnień. By wcielić tę wizję w życie, musimy znaleźć sposób na właściwe docenianie wkładu w społeczeństwo, unikając jednocześnie przekształcenia nagród w kolejną formę przymusu czy zniewolenia.
To, co uznajemy za naturalną skłonność do lenistwa, jest w rzeczywistości reakcją na charakter pracy oferowanej przez obecny system pieniężny. Jeśli ktoś uważa się za osobę niechętną do pracy, która nie przykłada się do obowiązków, spóźnia się i nie może się skupić na zadaniach, być może boryka się z problemem, który nie leży w nim, lecz w buncie jego duszy przeciwko bezsensownemu zajęciu. W takiej sytuacji jest to sygnał, że nadszedł czas na podjęcie prawdziwej pracy – takiej, która pozwoli wykorzystać posiadane talenty w służbie czegoś naprawdę istotnego. Ignorowanie tego głosu wywiera ogromną presję na podświadomość, która wyraża swój sprzeciw poprzez depresję, choroby czy wypadki.
W uświęconej ekonomii ludzie nadal będą ciężko pracować, ale nie z przymusu, lecz z własnej woli. Czy zdarzyło się wam kiedyś chcieć poświęcić czas na realizację jakiegoś szlachetnego celu, ale zrezygnować, bo nie było was na niego „stać”? Dywidenda społeczna otwiera możliwość ofiarowania swoich darów tym, którzy ich potrzebują, pozwalając połączyć pracę z pasją i sztuką.
Wielu ludzi nadal będzie podejmować płatną pracę, czy to dla uzupełnienia dywidendy (która prawdopodobnie zapewniałaby jedynie minimum egzystencji), czy po prostu dlatego, że lubią swoje obowiązki. Będzie to jednak wybór, a nie konieczność. Bez przymusu zarabiania na życie znacząco zmaleje popyt na prace poniżające czy nużące. By przyciągnąć pracowników, firmy będą musiały oferować zajęcia naprawdę wartościowe i zapewniać warunki szanujące ludzką godność. Liczba takich miejsc pracy będzie duża, ponieważ system pieniężny oparty na dobrach wspólnych naturalnie sprzyja zajmowaniu się tym, co naprawdę ważne.
Co znamienne, nawet bez dywidendy społecznej ludzie wykonują ogromną ilość pracy bez wynagrodzenia. Cały internet opiera się na działalności wolontaryjnej – od oprogramowania open source po darmowe treści. Powstają całe organizacje oparte na pracy ochotniczej. Nie trzeba nikogo przekupywać pieniędzmi. Co więcej, ludzie często osiągają szczyt swoich możliwości właśnie wtedy, gdy nie ciąży na nich presja finansowa. Wyobraźmy sobie świat, w którym ludzie otrzymują wsparcie w realizacji projektów dziś niemożliwych do podjęcia z powodu braku pieniędzy.
Uświęcona ekonomia kreśli wizję świata, w którym ludzie działają z miłości, a nie dla zysku. Czym wy moglibyście się zająć w takim systemie? Czy zaangażowalibyście się w oczyszczanie skażonych terenów? Pracowalibyście z trudną młodzieżą? Pomagalibyście ofiarom handlu ludźmi? Przywracalibyście zagrożone gatunki do ich naturalnego środowiska? Zakładalibyście miejskie ogrody? Organizowalibyście wydarzenia publiczne? Wspieralibyście weteranów w powrocie do życia w cywilu? Co byście zrobili uwolnieni od tyranii pieniądza? Pod powierzchnią zastępczej egzystencji, za którą nam płacą, kryje się prawdziwe życie – nasze życie!
Spełnienie oznacza podążanie za wskazówkami zawartymi w pytaniu: „Po co tu jestem?”. Niestety, obecnie wiele miejsc pracy nie ma nic wspólnego z tym, co ludzie naprawdę chcieliby robić. Nikt w głębi duszy nie pragnie wykonywać zadań, które przyczyniają się do zubożenia społeczeństwa czy zniszczenia środowiska. Żaden człowiek nie chce pracować bez satysfakcji. Na szczęście nadejdzie dzień, gdy nikt nie będzie już musiał tego robić.

Kto będzie wywozić śmieci?

Czy powyższe pytanie ma praktyczne zastosowanie? Pozwólcie, że podzielę się refleksją, którą zapisałem zeszłej wiosny.
Niewolniczy świat
Siedzę na dużym lotnisku. Tysiące ludzi pracują tu na różnych stanowiskach, ale niewiele z tych zajęć naprawdę można nazwać godnymi. Przyjechałem hotelowym busem. Po drodze rozmawiałem z kierowcą, imigrantem z Peru, o moim weekendowym wystąpieniu i wizji lepszego świata. W pewnym momencie powiedziałem: „Jeździsz tą trasą w kółko przez cały dzień. Na pewno przychodzi taka chwila, gdy myślisz sobie: »Nie po to przyszedłem na świat«”. „Ma pan rację” – odpowiedział.
Ta sama myśl nie daje mi spokoju, gdy patrzę na kasjera w lotniczym kiosku. Skrupulatnie kasuje towar, wydaje resztę i każdemu klientowi mówi: „Dziękuję, miłego dnia”. Obserwuję też mężczyznę krążącego między koszami na śmieci – opróżnia je i wymienia plastikowe worki. Milczący, posępny, o kamiennej twarzy. Co to za świat, w którym człowiek musi spędzać całe dnie na takich zajęciach? Dlaczego nas to w ogóle nie porusza?
Pracownicy przy kasach biletowych i bramkach mają nieco bardziej angażujące zadania, których opanowanie wymaga kilku dni lub tygodni. Nawet jednak ich praca jest daleka od wykorzystania pełni ludzkiego potencjału i kreatywności. Choć może dawać satysfakcję z innych powodów, jak pomoc ludziom czy kontakt z nimi, nie zmienia to istoty sprawy. Podobnie jest z personelem pokładowym. Właściwie tylko piloci, kontrolerzy ruchu lotniczego i mechanicy wykonują pracę, której nauka może zająć umysł na dłużej niż kilka miesięcy.
Zastanawia mnie paradoks – najgorsze, najbardziej niewdzięczne zawody są jednocześnie najgorzej opłacane. Rozumiem prawa ekonomii, ale coś w tej logice budzi mój sprzeciw. Chciałbym, żeby bagażowi, kierowcy czy kasjerzy zarabiali więcej niż piloci. Również bez tych ludzi ani lotnisko, ani całe społeczeństwo nie mogłoby funkcjonować. Moje podróże zależą od ich pracy, za którą otrzymują wynagrodzenie ledwie starczające na przeżycie.
Co sprawia, że ludzie godzą się na takie zajęcie? Na pewno nie marzenia o spędzeniu tu całego życia. Zapytani, dlaczego to robią, odpowiadają: „Muszę z czegoś żyć, a to najlepsza praca, jaką znalazłem”.
Moja dzisiejsza podróż jest możliwa głównie dzięki ludziom, którzy pracują wyłącznie z ekonomicznego przymusu. Tak właśnie wygląda „zarabianie na życie”. Strach o przetrwanie to nic innego jak działanie pod przymusem. Jeśli zmuszę kogoś do pracy pod groźbą śmierci, stanie się moim niewolnikiem. Ten system dominuje nie tylko na lotniskach, lecz także w fabrykach, zakładach produkcyjnych, w gospodarstwach rolnych i prawie wszędzie indziej. Wszystko, co otrzymujemy dzięki takiej pracy, pociąga za sobą niewyobrażalne koszty duchowe: bolesną pustkę, która sprawia, że wstydzimy się spojrzeć innym w oczy.
Czy możemy akceptować życie w systemie opartym na niewolnictwie? Chciałbym móc patrzeć w twarz każdemu człowiekowi ze świadomością, że nie czerpię korzyści z jego upokorzenia.
Jest jeszcze jeden, bardziej egoistyczny argument przeciwko światu niewolników: produkty powstałe z przymusowej pracy noszą w sobie ducha swoich twórców. Kto inny, jeśli nie niewolnicy, mógłby wytwarzać te wszystkie tanie, kiepskie i brzydkie przedmioty, które nas dziś otaczają? Większość naszych towarów i usług wychodzi z rąk ludzi, którzy pracują tylko dlatego, że muszą. Ja natomiast chcę żyć w świecie, w którym przedmioty tworzą osoby naprawdę kochające swoją pracę.
Ktoś zindoktrynowany przekonaniem, że praca to coś przykrego, pomyśli, że snuję utopijne wizje. Bo skoro każdy miałby robić tylko wspaniałe rzeczy, to kto zajmowałby się produkcją żywności, wywozem śmieci, sprzątaniem ulic, pracą w fabrykach? Nie twierdzę, że niewygodna praca zniknie z dnia na dzień. Będzie jej po prostu coraz mniej. Już teraz, mimo wysiłków polityków, by tworzyć więcej miejsc pracy, liczba dostępnych stanowisk systematycznie maleje.
Kto więc będzie wywoził śmieci? Czy musimy się pogodzić z tym, że najgorsze zajęcia przypadną najmniej szczęśliwym? Czy mamy zaakceptować to, że niektórzy, przyparci do muru, będą musieli podjąć się najmniej godnych zawodów? Odpowiedź twierdząca oznacza akceptację gospodarki, która pod groźbą bezdomności i głodu zmusza ludzi do zajęć sprzecznych z ich wolą. Ale czy możliwa jest gospodarka bez takich zawodów jak sprzątacz lub pracownik linii produkcyjnej? Przyjrzyjmy się temu na przykładzie jednej z takich degradujących profesji – zbierania śmieci.
Podstawowe pytanie brzmi: dlaczego w ogóle potrzebujemy kogoś do zbierania odpadów? Dzieje się tak, ponieważ konsumujemy ogromne ilości produktów, które szybko zamieniają się w śmieci. Nie kompostujemy resztek jedzenia, używamy głównie opakowań jednorazowych, nieprzydatnych do ponownego użycia czy recyklingu. Takie produkty i opakowania powstają, bo są sztucznie tanie. Większość kosztów ich produkcji jest przerzucana na zewnątrz (podobnie jak koszty utylizacji na wysypiskach czy w spalarniach). Gdy, jak wspomniałem w rozdziale 12, całkowite koszty produkcji zostaną uwzględnione w cenie, dystrybucja jednorazowych produktów przestanie być opłacalna. Pojawi się wtedy zapotrzebowanie na rozwiązania przyjazne środowisku, jak opakowania wielokrotnego użytku. Podobnie jest z kompostowaniem resztek żywności – gdy znikną ukryte dotacje (transport, woda, środki chemiczne itp.), przydomowe uprawy staną się bardziej opłacalne. Naprawdę nie ma powodu, byśmy produkowali tak dużo odpadów.
Przemiany w systemie zbierania śmieci będą się różnić w szczegółach od zmian w pracy fabrycznej, w usługach porządkowych, w pracy kasjerów w supermarketach czy innych niekomfortowych zawodach, z których codziennie korzystamy. Każdą z tych profesji można będzie ograniczyć lub całkowicie usunąć na różne sposoby. Małe gospodarstwa rolne wyeliminują wiele niedogodności związanych z pracą fizyczną. Kameralne hotele, pensjonaty i lokale gastronomiczne zmniejszą zapotrzebowanie na profesjonalne usługi sprzątające. Technologia, mechanizacja i robotyka będą stopniowo likwidować pracę przy taśmie. Zachęty do wytwarzania mniejszej liczby, ale trwalszych produktów ograniczą produkcję. Wzrośnie za to popyt na usługi konserwacyjne i naprawcze, które są znacznie mniej rutynowe i dają więcej satysfakcji. Projektowanie przemysłowe zyska nową motywację – minimalizowanie nudy zamiast cięcia kosztów, bo miejsca pracy będą zajmowane z pasji, a nie z przymusu.
Mało kto dobrowolnie wybierze ośmiogodzinną pracę przy taśmie montażowej, zbieranie pomidorów z niekończących się zagonów czy sprzątanie toalet. Gdy ludzie otrzymają możliwość wyboru, gospodarka będzie musiała dostosować się, eliminując takie zajęcia. Nie oznacza to jednak, że musimy całkowicie z nich zrezygnować. Zmywanie naczyń, sprzątanie toalet czy inne prace porządkowe stają się uciążliwe dopiero wtedy, gdy zajmują zbyt dużo czasu. Sam pracowałem kiedyś na ekologicznym gospodarstwie mojego brata i w firmie budowlanej. Żadne z tych zajęć nie było szczególnie męczące, ponieważ działaliśmy lokalnie, wykonując różnorodne zadania. Owszem, zdarzały się monotonne prace, jak wykopywanie trzech zagonów ziemniaków czy wycinanie szczelin w 200 rozpórkach, ale nie ciągnęły się one w nieskończoność i często umilaliśmy je sobie żartami albo wykorzystywaliśmy jako czas na przemyślenia. Podobnie jest z pracą sezonową, np. kilkugodzinnym zmywaniem naczyń, smażeniem hamburgerów czy sprzątaniem pokoi hotelowych. Takie zajęcia mogą być nużące, ale trudno nazwać je opresyjnymi. Czasami wręcz przeciwnie – rutynowe czynności działają kojąco. Sam nieraz przekonałem się, że wykonywanie powtarzalnych zadań potrafiło uspokoić mój umysł.
Znaczące zminimalizowanie tego, co obecnie nazywamy pracą, nie skaże nas na bezczynność. Wspomniałem wcześniej, że większość ludzkich potrzeb ma swoje granice, istnieją jednak takie, których praktycznie nie da się zaspokoić. Potrzebujemy kontaktu z naturą, miłości, zabawy, możliwości tworzenia, zdobywania wiedzy czy uznania. Żadnej z tych potrzeb nie zaspokoimy, kupując więcej rzeczy materialnych. A jednak uporczywie próbujemy to robić, co przypomina wznoszenie wieży do nieba.
Sfera pozafinansowa obejmuje te aspekty życia, których nie sposób zmierzyć. Obecnie żyjemy w nadmiarze tego, co policzalne, i w niedostatku tego, czego policzyć się nie da. Mamy ogromne, ale brzydkie budynki, kaloryczne, ale mało wartościowe jedzenie, wszechobecną, ale pozbawioną głębi rozrywkę. Czy nie sądzicie, że ograniczenie roli pieniądza byłoby odświeżającą zmianą?
Potrzeby, takie jak pożywienie, dach nad głową czy ubranie, mają wymierny charakter i naturalnie przynależą do sfery towarów i pieniędzy. Ich zaspokajanie staje się coraz łatwiejsze dzięki rozwojowi technologii. W związku z tym moglibyśmy poświęcać więcej czasu i energii na to, co ulotne: sztukę, miłość, wiedzę, naukę i piękno. W rezultacie mniejsza część naszej aktywności byłaby związana z produkcją nastawioną wyłącznie na zysk.
Do tej pory próbowaliśmy jednak nadawać wymierną wartość dobrom niematerialnym, co często prowadziło do wypaczenia takich wartości, jak sztuka, miłość czy wiedza. Komercjalizacja nauki prowadzi do pseudonauki, a podporządkowanie sztuki pieniądzom daje nam jedynie jej imitację. Podobnie dzieje się, gdy wiedza zostaje podporządkowana władzy, piękno staje się narzędziem sprzedaży, a miłość – środkiem do bogacenia się. Wszystko to wypacza ich prawdziwą wartość. Na szczęście era, w której dominowała wyprzedaż wartości niematerialnych, powoli dobiega końca.
Obserwujemy obecnie zmierzch dominacji pieniądza, a jego rola w pracy i życiu przeobraża się tak znacząco, że podważa długo utrzymywane przekonania, obawy i ograniczenia. Od czasów starożytnej Grecji pieniądze stawały się coraz bardziej uniwersalnym środkiem wymiany i celem samym w sobie, przedmiotem nieograniczonego pożądania. Teraz to się zmienia. Jesteśmy świadkami ich odwrotu, a nasze wysiłki będą musiały skupić się na obszarach, w których pieniądze nie odgrywają głównej roli. Zwiększenie ilości czasu wolnego, a przede wszystkim wykonywanie pracy z pasją i zaangażowaniem, idzie w parze z osłabieniem gospodarki opartej na pieniądzu. Ludzkość wkracza w okres dojrzałości, gdy kończy się wzrost materialny, a nasza uwaga skupia się na tym, co chcemy ofiarować innym.

Zgodnie z ideą autora, książka „Uświęcona ekonomia” zostaje udostępniona na naszym blogu, w specjalnej kategorii, za darmo jako wyraz kultury daru – z przekonaniem, że warto się dzielić, pozostawiając miejsce na wdzięczność i wzajemność. Rozdziały będą pojawiać się co piątek.
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.

Zmień zgody

Napisz do nas