Rozdział 15
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.

Rozdział 15
Waluta lokalna i komplementarna
Należy pamiętać, że prawdziwa społeczność to wspólnota, która obejmuje miejsce, zasoby i gospodarkę. Odpowiada ona na potrzeby swoich członków, zarówno te praktyczne, jak i społeczne oraz duchowe, w tym na potrzebę wzajemnego wsparcia. Jednym z rozwiązań współczesnego problemu powiązania władzy politycznej z bogactwem jest przywrócenie integralności i tożsamości wspólnoty oraz lokalnej gospodarki.
Wendell Berry
Życie zgodne z zasadami uświęconej ekonomii zbliża nas do ludzi i miejsc w naszym otoczeniu, dlatego gospodarka powinna mieć przede wszystkim wymiar lokalny. Powinniśmy budować głębokie, osobiste więzi zarówno z ziemią, jak i z ludźmi, którzy zaspokajają nasze potrzeby, a także z tymi, których potrzeby my zaspokajamy. Bez tego doświadczymy rozłamu między sferą społeczną a materialną – nasze relacje międzyludzkie staną się płytkie, a zależności ekonomiczne bezosobowe. Gdy kupujemy produkty i usługi od dalekich, nieznanych nam osób czy z odległych krajów, tracimy poczucie więzi, czujemy się wyobcowani i odnosimy wrażenie, że zarówno my, jak i nabywane przez nas rzeczy to jedynie wymienialne elementy systemu. Im bardziej standardowe i bezosobowe stają się nasze działania, tym łatwiej nas zastąpić.
Wprowadzenie jednolitej waluty, czy to w skali kraju, czy świata, prowadzi do ujednolicenia kultury. W miarę jak pieniądz rozszerza swój wpływ na kolejne obszary życia materialnego i społecznego, nasze dobra i relacje przekształcają się w zuniformizowane towary, identyczne wszędzie tam, gdzie dociera waluta. Zjawisko to jest szczególnie widoczne w Stanach Zjednoczonych, gdzie większość miejsc wygląda tak samo – są tam te same sklepy, restauracje i taka sama architektura. W wymiarze społecznym stajemy się jednorodni jako pracownicy i konsumenci, poddani oddziaływaniu odległych sił ekonomicznych. Lokalna tożsamość, niezależność i możliwości gospodarcze stopniowo zanikają, a zyski płyną do odległych central korporacyjnych i na Wall Street. W rezultacie zamiast tętniących życiem, zróżnicowanych gospodarczo społeczności o wyjątkowym lokalnym charakterze mamy do czynienia z monokulturą, w której każde miejsce jest kopią pozostałych.
Proponowany system pieniężny usuwa wiele przeszkód dla lokalnej niezależności gospodarczej i zmniejsza presję na globalizację. Dzieje się to na trzy sposoby:
- Znaczna część światowego handlu jest opłacalna wyłącznie dzięki ukrytym dotacjom społecznym i ekologicznym. Gdyby uwzględnić rzeczywiste koszty, wiele transakcji straciłoby sens ekonomiczny.
- Waluta oparta na dobrach wspólnych przenosi władzę ekonomiczną na poziom lokalny, ponieważ większość zasobów wspólnych ma charakter lokalny lub bioregionalny.
- Pieniądz z ujemnym oprocentowaniem zmniejsza presję na ciągły wzrost gospodarczy, który wymusza przekształcanie unikalnych, lokalnych relacji i bogactw naturalnych w towary. Ostatecznie lokalna różnorodność przeciwstawia się utowarowieniu i tym samym ogranicza wzrost gospodarczy.
Ponieważ zwyczaje i infrastruktura lokalnej gospodarki w dużej mierze zanikły, potrzebne są dodatkowe działania, by ją odbudować. Jednym z nich jest „ulokalnienie” samego pieniądza. Nie oznacza to rezygnacji z globalnego handlu. Choć wiele dóbr, które powinny mieć charakter lokalny, jak np. żywność, stało się przedmiotem międzynarodowej wymiany, to istnieją dziedziny wymagające współpracy w skali ogólnoświatowej. Ponadto zasady ekonomii dotyczące efektywności skali i przewagi komparatywnej wskazują, że niektóre regiony i kultury lepiej nadają się do określonych rodzajów produkcji. Ogólnie rzecz biorąc, uświęcona ekonomia będzie jednak dążyć do lokalnego pozyskiwania wielu towarów, które dziś przemierzają oceany i kontynenty.
Choć opisane zmiany czynią globalizację mniej opłacalną, moje przywiązanie do lokalnej gospodarki nie wynika głównie z kalkulacji ekonomicznej czy chęci maksymalizacji wymiernego zysku. Wypływa ono raczej z tęsknoty za autentyczną wspólnotą. Koncepcja ta opiera się na dwóch fundamentach: darze i opowieści, które splatając się, tworzą wspólnotę tworzącą więzi społeczne i ekonomiczne. Ludzie, od których zależymy i którzy zależą od nas, to ci sami, których znamy osobiście i z którymi łączą nas bezpośrednie relacje. Podobnie jest z więziami ze wspólnotą wszystkich istot, z Ziemią i jej ekosystemami. Brak wspólnoty sprawia, że doświadczamy bolesnego poczucia wyobcowania, ponieważ to właśnie wielowymiarowe relacje określają naszą tożsamość i pozwalają przekroczyć granice samotnego, odizolowanego ego, przypominającego „bańkę psychiki uwięzioną w ogniu”. Tęsknimy za odbudową utraconych powiązań i odkryciem na nowo naszej prawdziwej natury.
Lokalna gospodarka przeciwdziała trwającemu od tysiącleci procesowi ujednolicania kultury, łącząc nas z ludźmi i miejscami, które napotykamy na co dzień. Nie tylko zaspokaja to tęsknotę za wspólnotą, ale przynosi także liczne korzyści społeczne i środowiskowe. Poza mniejszym zużyciem energii sprawia, że społeczne i ekologiczne skutki decyzji gospodarczych stają się trudniejsze do zignorowania. Współcześnie łatwo zapomnieć o konsekwencjach naszych wyborów konsumenckich, ponieważ ich skutki są często odległe i docierają do nas jedynie jako obrazy w telewizji. Używane przez nas produkty mogą być powiązane z problemami chińskich miast, wydobyciem węgla w Zachodniej Wirginii czy pustynnieniem niegdyś zielonych terenów. Gdy pracownicy wytwarzający nasze dobra mieszkają w odległych krajach, takich jak Haiti, Chiny czy Pakistan, ich los często jest nam nieznany. Gdy jednak ci ludzie mieszkają po sąsiedzku, to nawet jeśli nadal są wykorzystywani, trudniej jest to ignorować. Lokalna ekonomia zmusza do konfrontacji z następstwami naszych działań, zacieśniając krąg odpowiedzialności i wzmacniając poczucie wspólnoty. Dlatego współbrzmi z głębokimi duchowymi przemianami naszych czasów.
Dylemat waluty lokalnej
Waluty lokalne często przedstawiane są jako sposób na wsparcie miejscowych gospodarek, ochronę przed wpływami globalnych rynków i odbudowę wspólnoty. Obecnie na świecie funkcjonuje wiele takich walut, nieoficjalnie emitowanych przez grupy mieszkańców. W teorii oferują one kilka korzyści ekonomicznych:
- Zachęcają do robienia zakupów u lokalnych przedsiębiorców, którzy przyjmują miejscową walutę.
- Zwiększają miejscową podaż pieniądza, co pobudza popyt oraz produkcję i zatrudnienie.
- Zatrzymują pieniądze w społeczności, ponieważ nie mogą one odpływać do odległych korporacji.
- Umożliwiają osobom i firmom omijanie tradycyjnych źródeł kredytowania, oferując alternatywne źródło kapitału, którego odsetki (jeśli w ogóle występują) pozostają w obrębie społeczności.
- Ułatwiają wymianę dóbr i usług między osobami, które mogą mieć ograniczony dostęp do waluty krajowej, ale dysponują czasem i umiejętnościami.
Wyobraźmy sobie, że chcemy kupić hamburgera i mamy lokalną walutę. Moglibyśmy zjeść w miejscowej restauracji, nawet jeśli cena byłaby wyższa niż w McDonald’s, ponieważ ta sieciówka przyjmowałaby tylko dolary. Jak kolei lokal działający na podstawie miejscowej waluty zaspakajałby swoje potrzeby? Nie mógłby kupić wołowiny od krajowej sieci dystrybucyjnej, ale mógłby nabyć ją od miejscowego hodowcy. Mógłby też wypłacić część pensji pracownikom w miejscowej walucie. Co z kolei zrobiliby z tymi pieniędzmi hodowca czy pracownicy? Kupiliby towary od innych lokalnych dostawców, w tym od osób korzystających z usług tej konkretnej restauracji. W ten sposób lokalne waluty wzmacniają miejscową gospodarkę.
Niestety, praktyczne efekty wprowadzania lokalnych walut często rozczarowują. Zazwyczaj nowa waluta pojawia się z wielkim entuzjazmem i funkcjonuje tak długo, jak długo jej twórcy aktywnie ją wspierają. Z czasem jednak początkowy zapał słabnie, a wraz z nim maleje zainteresowanie społeczności. Według badań z 2005 roku około 80% wszystkich walut lokalnych wprowadzonych po 1991 roku przestało istnieć. Powszechnym problemem jest też gromadzenie się lokalnych pieniędzy u nielicznych sprzedawców, którzy wprawdzie je przyjmują, ale nie mają gdzie ich wydawać. Co więcej, nawet tam, gdzie lokalne waluty odniosły względny sukces, ich wpływ na całokształt gospodarki był niewielki.
Aby w pełni wykorzystać teoretyczne zalety walut lokalnych, musimy najpierw przyznać, że obecnie nie spełniają one swojej roli, i dokładnie przeanalizować przyczyny tego stanu. W XIX i na początku XX wieku takie waluty sprawdzały się znakomicie. W tamtym okresie pieniądz papierowy występował w formie banknotów wydawanych przez lokalne banki i był akceptowany wyłącznie w regionach działania tych banków. Jeszcze w latach 30. XX wieku waluty lokalne były na tyle skuteczne, że władze centralne musiały podejmować kroki, by je ograniczyć. Co więc sprawiło, że dziś, poza nielicznymi wyjątkami, są postrzegane głównie jako społeczne eksperymenty?
Na tę sytuację składa się kilka czynników. Przede wszystkim gospodarka stała się tak zglobalizowana, że utrzymanie lokalnej waluty w obiegu jest niezwykle trudne. Jak stwierdził pewien niemiecki sklepikarz, mówiąc o stosunkowo udanej lokalnej walucie Chiemgauer: „Przyjmujemy ją, ale nie wiemy, co z nią dalej zrobić”. Jego niechętna akceptacja jest zrozumiała, gdy większość dostawców pochodzi spoza lokalnego rynku. Lokalna waluta ma sens tylko wtedy, gdy producenci wytwarzają towary i usługi dla odbiorców, którzy sami również tworzą produkty konsumowane lokalnie. W latach 30. XX wieku gospodarki miały głównie charakter regionalny. Ludzie mieli towary i usługi do wymiany, ale brakowało im pieniędzy na zakupy, głównie z powodu upadków banków i koncentracji kapitału w rękach nielicznych. Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Większość ludzi świadczy usługi, które nabierają znaczenia tylko w kontekście szerokiej, często globalnej współpracy. Lokalna waluta nie jest w stanie obsłużyć łańcuchów dostaw i produkcji obejmujących miliony ludzi i tysiące lokalizacji.
Mimo że niektóre produkty, jak choćby elektronika, mają z natury globalny charakter, wiele rzeczy można wytwarzać lokalnie. Niemniej jednak znaczna część towarów wciąż pozostaje elementem międzynarodowych łańcuchów produkcyjnych. To wskazuje na znaczący, niewykorzystany potencjał lokalnych walut. Niestety, duża część infrastruktury miejscowej produkcji i dystrybucji zanikła. Lokalne waluty mogłyby pomóc w jej odbudowie, ale same w sobie nie wystarczą. Bez odpowiednich zmian pozostaną jedynie marginalnymi, często nieefektywnymi rozwiązaniami. W obecnej sytuacji lokalne pieniądze tracą na znaczeniu, ponieważ prawie wszystko, z czego korzystamy, pochodzi spoza naszego regionu.
Co więc skłania ludzi do akceptowania lokalnej waluty? Jednym z powodów jest idealizm. Jeśli jednak opieramy się na idealizmie, dlaczego by nie wykorzystać go w odniesieniu do już istniejącej waluty i po prostu „kupować lokalnie”? Po co komplikować sprawy dodatkową walutą? Powinniśmy przecież dostosowywać nasze ideały do praktycznych rozwiązań, zamiast stawiać je w opozycji. Poza tym najnowsza historia walut uzupełniających pokazuje, że sam idealizm nie wystarcza – te waluty szybko popadają w stagnację i znikają, gdy pierwotny entuzjazm gaśnie. Kluczowe jest pytanie, jak przekształcić lokalne waluty w narzędzia realnie wspierające miejscowe interesy.
Musimy rozpatrywać lokalną walutę w szerszym kontekście gospodarczym. Jeśli region posiada własny pieniądz, ale jest tak mocno zintegrowany z globalną ekonomią, że niemal cała jego produkcja trafia za granicę, a większość zakupów pochodzi z importu, to własny system walutowy może okazać się bezcelowy. W takich warunkach waluta musi być wymienialna, ponieważ obrót gospodarczy odbywa się głównie na rynku globalnym, co sprawia, że staje się ona jedynie opcją zastępczą dla dominującej światowej waluty rozliczeniowej (obecnie dolara amerykańskiego). Wówczas region w praktyce staje się kolonią gospodarczą. Wiele miejsc, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, utraciło swój lokalny charakter, przekształcając się w zwykłe ośrodki produkcji i konsumpcji dla globalnej gospodarki. Aby region, miasto czy kraj mogły skutecznie funkcjonować z własną stabilną walutą, muszą dysponować silną gospodarką lokalną. W budowaniu takiego systemu kluczowe jest to, co ekonomistka Jane Jacobs nazwała „zastępowaniem importu” – czyli pozyskiwanie komponentów i usług lokalnie oraz rozwijanie odpowiednich umiejętności i infrastruktury. W przeciwnym razie miejsce to staje się podatne na wahania globalnych finansów i zależne od cen towarów, na które nie ma wpływu.
W krajach rozwijających się, które wciąż posiadają silną miejscową infrastrukturę gospodarczą, lokalne waluty mogą stanowić ochronę przed agresywnymi, globalnymi rynkami finansowymi. W państwach wysokorozwiniętych, w których dominuje pieniądz narodowy lub ponadnarodowy, zwolennicy wprowadzenia lokalnej waluty napotykają jednak na swoisty „paragraf 22”. Lokalne waluty są skuteczne tylko wtedy, gdy istnieje regionalny obieg gospodarczy, ale by taki system mógł się rozwijać i opierać presji globalnej gospodarki towarowej, potrzebuje ochrony w postaci lokalnego systemu pieniężnego. Korzystanie z produktów wytwarzanych w danym regionie nie jest możliwe, jeśli miejscowi producenci muszą konkurować z tanim, nieograniczonym importem. Właśnie z tego powodu taka gospodarka może powstać wyłącznie jako świadomy wybór, napędzany nową wizją społeczną, która tworzy wspólne wartości i cele. Innymi słowy – jest to możliwe jedynie poprzez prawdziwą demokrację, zaangażowanie obywateli i rząd odpowiadający na ich potrzeby, a nie na interesy międzynarodowych banków, inwestorów i rynku obligacji. Te siły zawsze dążą do przywrócenia starego porządku opartego na konkurencji, wzroście, rozłamie, podboju i dominacji.
Historia gospodarki dostarcza nam wielu pouczających przykładów. Wyraźnie widać różnicę między krajami, które niedawno „otworzyły” swoje rynki na wolny handel, a wcześniejszymi sukcesami Tajwanu, Korei Południowej i Japonii. Te ostatnie świadomie wspierały rozwój lokalnego przemysłu poprzez politykę substytucji importu, wprowadzanie ceł i planowanie przemysłowe, a także kontrolowały wymienialność swoich walut, co znacząco przyczyniło się do ich rozwoju gospodarczego. Szczególnie dobrze poznałem przypadek Tajwanu dzięki pracy nad tłumaczeniem obszernego opracowania dotyczącego rozwoju tamtejszych małych i średnich przedsiębiorstw w latach 90. W latach 50. i 60. Tajwan wprowadził rygorystyczne warunki dla inwestycji zagranicznych, wymagając wysokiego udziału komponentów lokalnych, co skutecznie stymulowało rozwój rodzimego przemysłu. Podobnie w Japonii, Korei Południowej i Singapurze wprowadzono formalne i nieformalne mechanizmy zapewniające krajowym przedsiębiorstwom uprzywilejowaną pozycję.
Państwa te wprowadziły również kontrolę przepływu kapitału i ograniczenia dotyczące transferu zysków za granicę. O ile zagraniczni inwestorzy mogli swobodnie wymieniać swoje waluty na wony czy dolary tajwańskie, o tyle przeprowadzenie transakcji w przeciwnym kierunku było już znacznie trudniejsze. Dziś wszystkie te państwa mogą poszczycić się liczną klasą średnią, zakładami przemysłowymi na światowym poziomie i znacznym bogactwem, mimo że po II wojnie światowej startowały z pozycji skrajnego ubóstwa.
Zupełnie odmienne podejście przyjął Meksyk, pozwalając zagranicznym producentom na tworzenie fabryk w strefie Maquiladora bez obciążeń podatkowych, ograniczeń w transferze zysków czy wymogu wykorzystywania lokalnych komponentów. W rezultacie, podobnie jak wiele innych krajów oferujących takie „strefy wolnego handlu”, Meksyk stał się jedynie dostarczycielem taniej siły roboczej, rezygnując z ochrony środowiska. W praktyce doprowadziło to do wyprzedaży kapitału naturalnego i społecznego, nie przynosząc istotnego transferu technologii ani rozwoju infrastruktury. Zamiast wzbogacać swoje gospodarki, władze tych państw doprowadziły do ich systematycznego osłabiania, a gdy koszty pracy wzrastały, fabryki przenosiły się do miejsc oferujących jeszcze tańszą siłę roboczą.
Umowy, takie jak GATT, a później NAFTA, WTO czy Unia Gospodarcza i Walutowa, zlikwidowały mechanizmy chroniące lokalne gospodarki przed przekształceniem w zależne kolonie nastawione wyłącznie na eksport i konsumpcję. Głównymi beneficjentami tej polityki okazywały się miejscowe elity, funkcjonujące w oderwaniu od lokalnych społeczności. Mogły one swobodnie importować potrzebne dobra i opuścić kraj, gdy sytuacja stawała się trudna – w przeciwieństwie do większości społeczeństwa, które nie miało takiej możliwości.
Niezależność monetarna stanowi fundamentalny element suwerenności politycznej. Bez niej suwerenność polityczna traci na znaczeniu, ponieważ międzynarodowe korporacje mogą swobodnie eksploatować zasoby naturalne i kapitał społeczny kraju – jego bogactwa, umiejętności i siłę roboczą – eksportując je na rynki światowe. Obecnie Brazylia, Tajlandia i inne państwa podejmują działania mające na celu ochronę swoich gospodarek przed napływem tanich dolarów amerykańskich, będącym skutkiem polityki luzowania ilościowego prowadzonej przez Rezerwę Federalną. Bez odpowiedniej kontroli napływ taniego kapitału umożliwiłby zagranicznym inwestorom przejęcie krajowych spółek, kopalni, fabryk i przedsiębiorstw użyteczności publicznej. Państwa te rozumieją, że prawdziwa suwerenność musi opierać się na niezależności gospodarczej.
Te same zasady, które odnoszą się do państw, można zastosować również do mniejszych regionów. Choć w porównaniu z obniżeniem stóp procentowych poniżej zera pomysł emisji własnej waluty przez samorządy lokalne może wydawać się niepraktyczny, w rzeczywistości jest to rozwiązanie stosunkowo łatwe do wdrożenia, jednak często pomijane. Mimo że w Stanach Zjednoczonych i wielu innych krajach emisja własnej waluty przez władze lokalne jest prawnie zabroniona, społeczności znajdują sposoby na obejście tych ograniczeń.
Doskonałym przykładem jest kryzys finansowy w Argentynie w latach 2001–2002. Gdy rządy prowincji stanęły przed problemem braku środków na wypłaty dla pracowników i kontrahentów, zaczęły wypłacać wynagrodzenia w formie obligacji na okaziciela o niskich nominałach (np. 1 lub 5 peso). Lokalni przedsiębiorcy i mieszkańcy chętnie akceptowali te obligacje, mimo że nikt nie spodziewał się możliwości ich wymiany na twardą walutę. Kluczowym czynnikiem ich powodzenia była możliwość wykorzystania ich do regulowania zobowiązań podatkowych. Zwiększyło to społeczną użyteczność tej „waluty”, co w przypadku pieniądza fiducjarnego ma zasadnicze znaczenie. Z czasem obligacje zaczęto wykorzystywać również poza obszarem ich emisji, co przyczyniło się do ożywienia gospodarczego.
Ten sukces był możliwy, ponieważ Argentyna pozostawała zasadniczo zamożnym krajem, którego gospodarka nie została całkowicie przestawiona na produkcję eksportową. Jednocześnie rząd podjął decyzję o wstrzymaniu spłaty długu zagranicznego, co tymczasowo ograniczyło możliwości importu i wymusiło większą lokalną samowystarczalność. W odpowiedzi Międzynarodowy Fundusz Walutowy zaoferował awaryjne pożyczki, próbując nakłonić Argentynę do utrzymania swoich zobowiązań w międzynarodowym systemie finansowym.
Od 2011 roku żyjemy w czasach, które – jeśli nie można ich nazwać normalnymi – przynajmniej przypominają okresy znane z przeszłości. W tych warunkach lokalne waluty nadal napotykają trudności, szczególnie gdy nie mają wsparcia ze strony władz centralnych. Dodatkowo ich funkcjonowanie komplikują restrykcyjne przepisy podatkowe – nie są akceptowane w rozliczeniach podatkowych, choć paradoksalnie transakcje z ich użyciem podlegają opodatkowaniu dochodowemu i od sprzedaży. Oznacza to, że nawet korzystając wyłącznie z lokalnej waluty, trzeba płacić podatki w dolarach amerykańskich, niezależnie od tego, czy w ogóle osiągnęło się jakikolwiek dochód w tej walucie! Wymóg płacenia podatków w walucie, której się nie używa, ma charakter opresyjny – był jednym z powodów amerykańskiej rewolucji i stanowił kluczowe narzędzie kolonializmu.
Lokalne waluty odnosiły sukces głównie tam, gdzie otrzymywały wsparcie rządowe lub pojawiały się w sytuacjach kryzysowych czy innych szczególnych okolicznościach. Podczas kryzysu w Argentynie (2001–2002) oraz w Stanach Zjednoczonych i Europie w latach 30. XX wieku władze lokalne same rozpoczynały emisję własnych walut. Co więcej, w tych regionach wciąż istniały lokalne formy produkcji, gospodarstwa rolne, sieci dystrybucji i zaopatrzenia, a także silny kapitał społeczny. W takich warunkach lokalne waluty miały realną szansę na rozwój, co spotykało się z niechęcią władz centralnych. W przypadku Argentyny MFW zażądał ich likwidacji jako warunku udzielenia pomocy finansowej.
„Skrajne okoliczności” mogą wkrótce ponownie zawitać w nasze progi. W krajach rozwiniętych byłby to pierwszy taki przypadek od czasów zakończenia II wojny światowej. W chwili pisania tych słów nie da się jeszcze w pełni przewidzieć dokładnych ekonomicznych skutków pandemii COVID-19. Jest jednak całkiem możliwe, że stary porządek ulegnie rozpadowi, a dolar amerykański przestanie pełnić rolę globalnego hegemona. Powstała w ten sposób próżnia rynkowa oraz towarzyszące jej społeczne przetasowania mogą otworzyć przestrzeń dla zupełnie nowych rodzajów pieniądza. Dynamiczny rozwój technologii kryptograficznych nieustannie oferuje innowacyjne sposoby ich wdrażania.
Banki czasu i kredyt wzajemny (Mutual credit)
Zanim przejdziemy do szczegółowego omówienia kryptowalut, przyjrzyjmy się najpierw dwóm ciekawym koncepcjom pieniądza. Zasadniczo są one różne od jakichkolwiek narodowych walut czy też głównych kryptowalut wykorzystywanych w dzisiejszym świecie.
Banki czasu
Istnieje jeden zasób, który zawsze mamy pod ręką i który jest niezbędny do podtrzymywania oraz wzbogacania życia – to my sami: nasza praca, energia i czas. Jak już wcześniej wspomniałem, waluty lokalne sprawdzają się wyłącznie wtedy, gdy wytwórcy produkują dobra i usługi, które są konsumowane lokalnie przez innych wytwórców i konsumentów. Każdy z nas jest „producentem” własnego czasu poprzez sam fakt istnienia. Jednocześnie mamy wiele sposobów, by poświęcić go dla dobra innych. Właśnie dlatego waluty oparte na czasie, znane jako „banki czasu”, mają ogromny potencjał i nie wymagają przy tym rozbudowanych zmian w infrastrukturze gospodarczej.
W systemie banku czasu, gdy ktoś świadczy usługę, dostaje jednego czasowego dolara za każdą przepracowaną godzinę, podczas gdy konto odbiorcy jest pomniejszane o tę samą wartość. Zazwyczaj system opiera się na elektronicznej tablicy ogłoszeń, na której zamieszczane są oferty i potrzeby. Dzięki temu osoby, które normalnie nie mogłyby sobie pozwolić na takie usługi, jak drobne naprawy, masaż czy opieka nad dziećmi, mogą skorzystać z pomocy innych – często osób, które w przeciwnym razie pozostawałyby bez pracy. Banki czasu najlepiej sprawdzają się tam, gdzie ludzie dysponują znaczną ilością wolnego czasu, ale niewielką ilością pieniędzy, oraz w obszarach, gdzie czas różnych osób jest wyceniany jednakowo. Dobrym przykładem jest japońska waluta fureai kippu, w ramach której ludzie otrzymują wynagrodzenie za czas poświęcony opiece nad seniorami. Banki czasu cieszą się także dużą popularnością wśród organizacji usługowych w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. System ten może obejmować również dobra materialne, wówczas rozliczenia uwzględniają zarówno koszt materiałów, jak i poświęcony czas.
W naszym rozbitym społeczeństwie tradycyjne metody sprawdzania, kto ma co do zaoferowania, przestały działać, a komercyjne sposoby przekazywania tych informacji, takie jak reklama, są dostępne wyłącznie za pieniądze. Banki czasu wypełniają tę lukę, łącząc osoby, które inaczej mogłyby nie wiedzieć o wzajemnych potrzebach i możliwościach. Jak trafnie ujął to jeden z uczestników systemu:
Każdy posiada jakieś umiejętności, które potrafią zaskoczyć. Weźmy np. starszą osobę, która nie prowadzi samochodu, ale piecze przepiękne torty weselne. Albo kobietę na wózku inwalidzkim – potrzebuje pomocy przy malowaniu domu, ale ma za sobą doświadczenie w tresurze psów policyjnych, a teraz zajmuje się szkoleniem szczeniąt. Z kolei emerytowana nauczycielka, która szuka pomocy przy grabieniu liści, ma doświadczenie w wypalaniu ceramiki i prowadzeniu z tego zajęć. Podczas naszych spotkań często zadajemy sobie nawzajem pytania: „Czym się zajmujesz?”, „Czego potrzebujesz?” albo „W czym mogę ci pomóc?”
Banki czasu mają ogromny potencjał w odbudowywaniu więzi społecznych, szczególnie w okresach kryzysowych. Tworzą rodzaj gospodarki, która podtrzymuje tradycyjne relacje międzyludzkie. W sytuacji, gdy system pieniężny zawodzi, kluczowe jest posiadanie alternatywnych sposobów zaspokajania ludzkich potrzeb.
Fundamentem banków czasu jest ich głęboko egalitarny charakter – czas każdego uczestnika jest wyceniany tak samo. Jeśli można mówić o prawdziwej własności, to właśnie czas jest jej najczystszą formą: jest nieodłącznym elementem ludzkiego istnienia. To, jak go spędzamy, określa nasze życie. Nikt nie może kupić dodatkowego czasu, niezależnie od zasobności portfela. Owszem, za odpowiednią kwotę można opłacić operację ratującą życie, ale same pieniądze nie zagwarantują długowieczności. Pod tym względem wszyscy jesteśmy równi, a system pieniężny uznający tę równość wydaje się intuicyjnie sprawiedliwy.
Gdy pieniądz oparty na czasie zastępuje tradycyjne transakcje finansowe, może stać się potężnym narzędziem wyrównywania pozycji społecznej. Istnieje jednak ryzyko, że waluta czasowa mogłaby przenieść działania wcześniej oparte na bezinteresownej pomocy w sferę wartości wymiernych. Być może przyszłość należy do niepieniężnych, niewymiernych sposobów łączenia darów i potrzeb. Niemniej jednak, przynajmniej w dającej się przewidzieć perspektywie, banki czasu mają do odegrania istotną rolę w naprawianiu naszych podzielonych lokalnych społeczności.
Przywrócenie kredytu wspólnego
Innym sposobem wspierania lokalnej niezależności gospodarczej i monetarnej jest system kredytowy. Gdy społeczność wprowadza mechanizmy, które w sposób formalny lub nieformalny regulują dostęp do kredytów, gospodarka może zachować autonomię, podobnie jakby została ustanowiona kontrola walutowa. Przykładem takiego rozwiązania są systemy wzajemnych kredytów, często omawiane w kontekście walut komplementarnych, takie jak komercyjne sieci barterowe, spółdzielnie rozliczające kredyty oraz lokalne systemy wymiany i handlu (LETS). W praktyce wygląda to tak, że podczas transakcji konto kupującego jest obciążane, a sprzedającego uznawane uzgodnioną kwotą (niezależnie od aktualnego stanu konta kupującego). Gdy ktoś np. wykona usługę koszenia trawnika za 20 kredytów, jego saldo wzrośnie o 20, a saldo zlecającego zmniejszy się o 20. Jeśli następnie ten, co kosił trawę, kupi chleb za 10 kredytów, jego saldo spadnie do 10, a saldo piekarza wzrośnie o 10.
Powyższy przykład pokazuje działanie lokalnego systemu kredytowego małej skali, znanego jako LETS. Od momentu jego wprowadzenia w 1983 roku przez Michaela Lintona, na całym świecie powstały setki podobnych inicjatyw. System kredytu wspólnego sprawdza się również znakomicie na poziomie komercyjnym. Każda sieć przedsiębiorstw, które wytwarzają wzajemnie potrzebne produkty lub usługi, może stworzyć komercyjną wymianę barterową lub spółdzielnię rozliczającą kredyty. Zamiast emitować tradycyjne papiery dłużne lub korzystać z kredytów bankowych, członkowie takiego systemu tworzą i rozliczają własne zobowiązania finansowe.
W ramach komercyjnych giełd barterowych przedsiębiorstwa mogą sprzedawać nadwyżki magazynowe oraz niewykorzystane moce produkcyjne w zamian za kredyty handlowe. W ten sposób kupujący oszczędza gotówkę, a sprzedający zdobywa kredyty na przyszłe transakcje. Praktyka pokazuje, że firmy chętnie przystępują do takich inicjatyw, nawet mimo stosunkowo wysokich opłat, i nie potrzeba do tego żadnych wzniosłych ideałów. Obecnie na świecie działa około 600 komercyjnych giełd barterowych, skupiających około pół miliona przedsiębiorstw.
Nowatorskim rozwiązaniem jest faktoring wzajemny, którego pomysłodawcą jest Martin „Hasan” Bramwell. Jego koncepcja opiera się na obserwacji, że firmy zwykle otrzymują zapłatę dopiero po zrealizowaniu zamówienia. Z tego powodu często do jego wykonania potrzebują gotówki, po którą muszą sięgać do banków, co wiąże się z kosztami w postaci odsetek. Faktoring wzajemny pozwala ominąć banki i wykorzystać należności jako płynny środek wymiany między uczestniczącymi przedsiębiorstwami.
Najbardziej znanym komercyjnym systemem wzajemnych kredytów jest niewątpliwie szwajcarski WIR. Ten działający od 1934 roku mechanizm może pochwalić się dziesiątkami tysięcy członków i wolumenem przekraczającym miliard franków szwajcarskich. W 2005 roku obroty realizowane przez WIR przewyższały wielkość obrotów wszystkich innych komercyjnych sieci barterowych na świecie. Według ekonomisty Jamesa Stoddera systemy takie jak WIR oraz inne komercyjne giełdy barterowe mają działanie antycykliczne, ponieważ ich aktywność wzrasta w okresach spowolnienia gospodarczego. Jest to możliwe dzięki ich zdolności do tworzenia kredytów. To z kolei pokazuje, jak komplementarne systemy walutowe i kredytowe mogą chronić uczestników przed wahaniami ekonomicznymi i wspierać lokalne gospodarki.
W takich mechanizmach wzajemnego finansowania członkowie mogą otrzymać kredyt bez pośrednictwa banków. W przeciwieństwie do tradycyjnego systemu opartego na odsetkach, gdzie trzeba płacić za dostęp do kapitału, kredyt staje się dobrem wspólnym, dostępnym dla osób cieszących się społecznym zaufaniem. Podczas gdy obecny system kredytowy prowadzi do prywatyzacji dóbr wspólnych, systemy wzajemnego kredytu przywracają je społeczności – pieniądze są w nich pożyczane nie dla prywatnego zysku, lecz dla dobra całej wspólnoty.
Kredyt wzajemny to nie tylko rodzaj waluty, lecz przede wszystkim odmienny sposób jej tworzenia. W tradycyjnym układzie to głównie banki, udzielając kredytów, decydują o podaży pieniądza. Natomiast w systemie wzajemnego kredytowania to sami użytkownicy sprawują kontrolę nad tym procesem.
Rozwój takich inicjatyw ma ogromne znaczenie, ponieważ kredyt odzwierciedla społeczne decyzje dotyczące kto ma dostęp do pieniędzy i w jakiej ilości. Kredyt wzajemny może skutecznie zastąpić klasyczne funkcje banków. Osoby z ujemnym saldem odczuwają zarówno presję społeczną, jak i moralną, by oferować usługi i towary, które pozwolą im wyjść na plus. Jednak przy wdrażaniu systemów kredytu wzajemnego na szerszą skalę mogą pojawić się konkretne wyzwania, np. jak zapobiec sytuacji, w której uczestnik systematycznie powiększa swój deficyt, otrzymując de facto towary za darmo. Takie rozwiązanie musi dysponować mechanizmami zapobiegawczymi i możliwością wykluczania osób nadużywających zaufania.
Brak określonego maksymalnego deficytu oznacza, że waluta kredytu wzajemnego mogłaby być emitowana bez ograniczeń, wyłącznie na podstawie woli przeprowadzenia transakcji. Choć może się to wydawać korzystne, przestaje się sprawdzać, jeśli waluta ma służyć wymianie dóbr deficytowych. Należy pamiętać, że pieniądze są wyrazem społecznych ustaleń dotyczących podziału zasobów ludzkich i materialnych w danej społeczności. Nie każdy może mieć dostęp do kredytu, by np. przebudować fabrykę wartą miliardy dolarów czy kupić największy diament świata.
Bardziej zaawansowane systemy wzajemnego kredytowania mogą wprowadzać elastyczne limity oparte na odpowiedzialnym zachowaniu uczestników. Przykładowo: systemy GETS (Global Exchange Trading System) i CES (Community Exchange System) wykorzystują złożone formuły, w których limity kredytowe rosną z czasem na podstawie wiarygodności i zaangażowania poszczególnych członków. Osoby wywiązujące się ze zobowiązań mogą liczyć na wyższy limit kredytowy, co przypomina tradycyjny system oceny zdolności kredytowej.
Rzeczywistość bywa jednak bardziej złożona niż teoretyczne modele. Różne przedsiębiorstwa mają odmienne potrzeby kredytowe, a czasami pojawiają się szczególne okoliczności wymagające zwiększenia limitu. Niezbędne jest więc stworzenie przejrzystego systemu oceny oraz rozpatrywania wniosków kredytowych. Wymaga to szerokiej wiedzy o rynkach i kredytobiorcach. System powinien również brać pod uwagę społeczne i ekologiczne aspekty inwestycji. Niezależnie od tego, która instytucja pełniłaby tę funkcję – czy to tradycyjny bank, spółdzielnia czy platforma P2P – kluczowe jest, by dysponowała odpowiednią wiedzą i potrafiła ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje.
Nowoczesna bankowość P2P, mimo swojej wygody, zmaga się z tym samym podstawowym problemem: jak dokładnie określić zdolność kredytową w anonimowym środowisku cyfrowym? Wyobraźmy sobie system, który łączy osobę dysponującą kwotą 5 tysięcy dolarów do pożyczenia na pół roku z kimś, kto potrzebuje podobnej sumy. Problem w tym, że te osoby mogą się nie znać. Jak się upewnić, że potencjalny pożyczkobiorca jest godny zaufania? System ocen użytkowników podobny do tego na eBayu mógłby być pewnym rozwiązaniem, choć takie mechanizmy łatwo padają ofiarą oszustw. Potrzebna jest zaufana instytucja posiadająca wiarygodne informacje o potencjalnym kredytobiorcy. W ten sposób można zaspokoić potrzeby obu stron. Brzmi znajomo? To właśnie rola banku.
Bankowość, podobnie jak pieniądz, ma uświęcony wymiar – bankier to osoba potrafiąca znaleźć właściwe zastosowanie dla kapitału. Gdy mam nadwyżkę pieniędzy, mogę z pełnym zaufaniem powiedzieć: „Panie bankierze, proszę o znalezienie osoby, która dobrze wykorzysta moje środki do czasu, gdy będę ich znów potrzebować”. Koncepcja waluty podlegającej deprecjacji, omówiona wcześniej, łączy koncepcję bankowości z własnym interesem. Rola bankiera pozostanie niezbędna, ale „dobre wykorzystanie” nie oznacza wyłącznie „pomnażania osobistego majątku”.
Niezależnie od tego, czy mówimy o społecznym konsensusie, różnych formułach czy decyzjach ekspertów, konieczne jest znalezienie skutecznego mechanizmu przydzielania kredytu. Funkcje bankowe, zarówno te jawne, jak i ukryte, zawsze będą odgrywać istotną rolę. Obecnie banki monopolizują je, czerpiąc zyski z pożyczania pieniędzy i jednocześnie sprawując kontrolę nad tradycyjnym dobrem wspólnym, jakim jest kredyt. Możliwe, że nowy system bankowy mógłby powstać oddolnie, w małych spółdzielniach wzajemnego kredytowania, które współpracowałyby ze sobą. Możliwość wymiany między różnymi systemami finansowania jest obecnie jednym z najważniejszych tematów w tej dziedzinie. Pierwsze rozwiązania są już opracowywane przez takie inicjatywy, jak CES i MetaCurrency Initiative. Wyzwaniem pozostaje znalezienie równowagi między wymienialnością, która umożliwia handel na dużą skalę, a ochroną wewnętrznej gospodarki członków przed zewnętrznymi kryzysami i agresywnymi działaniami rynku finansowego. Te kluczowe kwestie dotyczą również wielu małych, niezależnych walut.
Systemy wzajemnego kredytowania pozwalają oddać funkcje bankowe w ręce lokalnych społeczności, grup biznesowych i spółdzielni. Niemniej jednak waluty lokalne nie będą mogły w pełni rozwinąć swojego potencjału bez odpowiedniego mechanizmu kredytowego, który chroniłby je przed atakami spekulacyjnymi – tymi samymi, które w ostatnich dekadach dotknęły wiele walut państwowych. Lokalne organizacje rozliczeniowe mogłyby wziąć na siebie odpowiedzialność za kontrolę przepływów kapitału, podobnie jak miało to miejsce w przypadku bardziej przezornych krajów stosujących politykę substytucji importu. Szwajcarski system WIR stanowi doskonały przykład takiego rozwiązania – przy dokonywaniu zakupu nie ma możliwości wypłaty środków. Na poziomie lokalnym zmuszałoby to zagranicznych inwestorów do nabywania składników i komponentów na miejscu. Podobne, choć mniej restrykcyjne działania podejmowały w latach 50. i 60. XX wieku takie kraje, jak: Tajwan, Japonia, Singapur czy Korea Południowa, ograniczając zagranicznym firmom możliwość transferu zysków.
Jednym z „towarów importowych”, które samorządy mogą wyeliminować, jest sam kredyt. Wspomniane kraje azjatyckie osiągnęły to poprzez ochronę swojego sektora bankowego przed wpływami zagranicznych banków, wykorzystując odpowiednią politykę oraz nieformalne bariery kulturowe. Na szczeblu lokalnym, nawet bez własnej waluty, władze mogą zastąpić zewnętrzne źródła finansowania własnymi bankami komunalnymi. Skoro i tak musimy płacić za kredyt, to czy nie lepiej, żeby te płatności pozostawały w lokalnej gospodarce? Obecnie władze stanowe i lokalne często umieszczają wpływy z podatków w międzynarodowych bankach, które następnie pożyczają te środki kredytobiorcom przynoszącym największy zysk. W dobie konsolidacji sektora finansowego często nie mają innego wyboru, ponieważ nawet banki działające regionalnie należą do globalnych grup. Inaczej działają instytucje oparte wyłącznie na lokalnym kapitale. Podmioty takie jak Bank of North Dakota mogą udzielać kredytów wyłącznie na projekty realizowane w swoim regionie, bez konieczności emitowania wysokooprocentowanych obligacji korporacyjnych. Mogą one pełnić funkcję stabilizującą, udzielając kredytów w okresach kryzysowych i zatrzymując zyski w regionie, zamiast przekazywać je na Wall Street. Wszystkie dochody wypracowane przez takie banki pozostają własnością ich właścicieli – mieszkańców danego regionu. Zalety te są widoczne nawet w obecnym systemie monetarnym.
W skali kraju bankowość komunalna nabiera znaczenia porównywalnego z prawem do emisji waluty, którego rządy, w tym Stany Zjednoczone, zrzekły się na rzecz prywatnych instytucji, takich jak Rezerwa Federalna. Choć to na razie tylko teoria, bankowość komunalna, gdyby chciała, mogłaby utworzyć własną instytucję finansową i pożyczać pieniądze sobie samemu przy zerowym lub nawet ujemnym oprocentowaniu. Mogłaby też wyjść poza tradycyjny system bankowy i bezpośrednio tworzyć pieniądze, zgodnie z uprawnieniami nadanymi przez Konstytucję i praktyką zastosowaną podczas Wojny Secesyjnej. Propozycje walutowe przedstawione w Rozdziale 11 umożliwiają samorządom lokalnym emitowanie pieniędzy opartych na dobrach wspólnych bioregionu, którym się opiekują. Ostatecznie granice polityczne mogłyby ewoluować w kierunku większej zgodności z granicami naturalnymi i kulturowymi. Dysponując możliwością emisji własnego pieniądza, samorządy zyskałyby większą autonomię.
Wybór sposobów alokacji kapitału wykracza poza wymiar czysto ekonomiczny. Jest to kwestia o charakterze społecznym i politycznym. Nawet we współczesnym społeczeństwie kapitalistycznym najistotniejsze decyzje nie zawsze są podejmowane na podstawie szacowanych zysków. Program lotów kosmicznych, rozwój sieci autostrad czy utrzymywanie sił zbrojnych to inwestycje publiczne, których celem nie jest osiąganie dodatniego zwrotu z kapitału. W sektorze prywatnym to jednak zysk decyduje o przydziale kapitału, a więc o przydziale siły roboczej, kreatywności i bogactw ziemi. Co zatem powinniśmy jako ludzkość robić? Ta wspólna decyzja stanowi dobro publiczne, które zostało sprywatyzowane. Należy je odzyskać, aby mogło funkcjonować w ramach uświęconej ekonomii.
Odzyskiwanie kredytu wspólnego może przybierać różne formy: pożyczek społecznościowych (P2P), systemów wzajemnego kredytowania, unii kredytowych, banków spółdzielczych oraz innowacyjnych rozwiązań, takich jak szwedzki JAK Medlemsbank. Systemy te na różne sposoby przekazują w ręce społeczeństwa kontrolę nad kapitałem i kredytami. Dzieje się to zarówno poprzez oddolne systemy peer-to-peer i wzajemnego kredytowania, jak i za pośrednictwem instytucji komunalnych powołanych na mocy prawa. A ponieważ suwerenność polityczna traci znaczenie bez suwerenności monetarnej, przywrócenie lokalnej – w przypadku natomiast mniejszych państw krajowej – kontroli nad kredytem stanowi fundamentalny krok w kierunku ponownego zakorzenienia gospodarki, kultury i życia w lokalnym kontekście.
Kryptorewolucja
Czy nie byłoby wspaniale, gdybyśmy mogli zastąpić chaotyczne negocjacje społeczne i polityczne bezstronnym algorytmem? Przecież to właśnie one tworzą umowę, którą nazywamy pieniądzem. Czy nie byłoby dobrze wyrwać monopol na kreację pieniądza z rąk banków i władz centralnych, aby zwrócić go zwykłym ludziom?
Taką obietnicę niosły ze sobą kryptowaluty, z bitcoinem na czele. Pozostaje ona jednak czymś, co zdaje się wiecznie majaczyć gdzieś na horyzoncie. Przeszkody, na jakie natrafiły kryptowaluty, ujawniają jednak istotne prawdy. Mogą one w przyszłości pomóc w zbudowaniu systemu finansowego zgodnego z ideą uświęconej ekonomii. Nie będę tu próbował wyczerpująco opisywać kryptowalut opartych na technologii blockchain ani ich alternatyw. Podobnych materiałów jest mnóstwo. Zakładam po prostu, że czytelnicy potrafią samodzielnie zdobyć podstawową wiedzę niezbędną do zrozumienia poniższych rozważań.
W oryginalnej białej księdze (white paper) bitcoina jego legendarny twórca – Satoshi Nakamoto – przedstawił swoje narzędzie jako nową formę „elektronicznej gotówki”. To niezwykle trafne określenie. W przeciwieństwie do kredytu, który z definicji opiera się na zaufaniu, bitcoin pod pewnym względem przypomina gotówkę. Nie wymaga on od stron transakcji zaufania do siebie nawzajem. Nie wymaga też zaufania do jakiejkolwiek instytucji pośredniczącej, czyli do tzw. strony trzeciej. Jedynym wymaganym elementem jest gotowość innych osób do zaakceptowania go jako środka płatniczego. Jest to po prostu wiara w jego „opowieść o wartości”.
Podobnie sprawa wygląda z fizycznym pieniądzem. Jeśli otrzymuję od kogoś banknot studolarowy, to o ile potrafię zweryfikować, że nie jest on fałszywy, wcale nie muszę ufać samemu płatnikowi. Nie istnieje tu żadne ryzyko kredytowe, ponieważ zapłata już się przecież dokonała. Większość dzisiejszych środków finansowych to jednak pieniądz kredytowy. Saldo waszego konta to w rzeczywistości po prostu zapis długu banku wobec was. Wypisując czek lub zlecając płatność elektroniczną, ufacie danej instytucji. Wierzycie, że bank faktycznie prześle środki odbiorcy i obciąży wasz rachunek odpowiednią kwotą. Banki pełnią więc na co dzień funkcję repozytoriów zaufania. Kiedy opłacam rachunek za usługi telekomunikacyjne w sieci Verizon, operator nie musi ufać mi osobiście. Musi mieć za to pełne zaufanie do swojego banku i co za tym idzie – do całego systemu.
Kryptowaluty całkowicie eliminują konieczność istnienia zaufanej strony trzeciej. Zamiast banku lub innej instytucji prowadzącej scentralizowany rejestr stanu posiadania istnieje tu księga główna. Jest ona rozproszona pomiędzy licznymi węzłami sieci. Każdy z nich przechowuje kopię pełnej historii transakcji. Wynika z niej, jacy użytkownicy (zidentyfikowani wyłącznie za pomocą kluczy kryptograficznych) posiadają ile bitcoinów lub innej waluty. O ile teoretycznie bank mógłby zarekwirować wasze pieniądze, korygując po prostu odpowiednio saldo konta, o tyle nikt nie może tego zrobić z bitcoinem, ponieważ informacja o waszym saldzie jest na stałe zapisana w każdym pojedynczym węźle sieci.
Z tego samego powodu banki i wydawcy kart kredytowych mają możliwość cofania nieautoryzowanych obciążeń. W przypadku transakcji gotówkowych – a także tych przeprowadzanych w bitcoinach – jest to fizycznie niewykonalne. Nie istnieje bowiem strona trzecia, do której można by się odwołać. Transakcje niewymagające zaufania (trustless transactions) są całkowicie nieodwracalne, co poważnie ogranicza zdolność społeczeństwa do anulowania płatności uznanych za niemoralne, nieetyczne lub zwyczajnie przestępcze.
Zazwyczaj zaufanie, którym obdarzamy pośredniczące instytucje finansowe, jest w pełni uzasadnione. Z reguły możemy na nie liczyć, gdy trzeba cofnąć fałszywe obciążenia lub rzetelnie prowadzić księgowość naszych kont. Regulacje bankowe i państwowe systemy gwarantowania depozytów dodatkowo umacniają to zaufanie. W naturalny sposób rozciąga się ono na cały system prawny i polityczny. Przez ostatnie 80 lat zjawisko runu na bank (czyli masowego wycofywania depozytów bankowych) w krajach rozwiniętych niemal całkowicie zniknęło. Nasze zaufanie wydaje się więc uzasadnione – czyż nie?
Istnieją jednak okoliczności, w których bank z premedytacją odmawia klientowi dostępu do środków. Robi to, chociaż formalnie wciąż uznaje je za jego własność. Przepisy prawa nakazują np. zamrażanie kont powiązanych z określonymi rodzajami działalności przestępczej. Większość ludzi nie ma nic przeciwko temu, ponieważ i tak uznaje te pieniądze za brudne i nielegalne. Zakładamy tu jednak, że prawo jest sprawiedliwe, rząd działa w sposób moralny, a system finansowy jest wolny od korupcji. Teoretycznie w takich warunkach nie powinno być żadnego problemu z oparciem finansów na zaufanych stronach trzecich, takich jak banki. Niestety, każde z tych trzech założeń bywa w praktyce wysoce dyskusyjne.
Jako ilustrację weźmy plany radzenia sobie z kolejnymi kryzysami finansowymi za pomocą procedury bail-in (czyli ratowania banków bezpośrednio środkami deponentów). Mechanizm ten został na stałe wpisany do polityki finansowej m.in. w Stanach Zjednoczonych i w Europie. Przetestowano go już zresztą na Cyprze w 2013 roku. Pozwala on całkowicie niewypłacalnym bankom sięgać po środki z kont własnych klientów w celu spłaty swoich zobowiązań z tytułu instrumentów pochodnych, ponieważ zgodnie z amerykańską ustawą Dodda–Franka z 2010 roku, cieszą się one „superstarszeństwem” (mają bezwzględne pierwszeństwo spłaty). Ogólny wniosek z tego płynący jest brutalny. W systemie zdominowanym przez potężne, scentralizowane instytucje powierzone im pieniądze wcale nie są bezpieczne.
Istnieją również czysto polityczne powody, by zachować ogromną ostrożność w obdarzaniu zaufaniem establishmentowe instytucje finansowe. Wenezuela przekonała się o tym wyjątkowo boleśnie na własnej skórze. Rząd Stanów Zjednoczonych po prostu odmówił jej dostępu do państwowego złota zdeponowanego w amerykańskiej Rezerwie Federalnej. W 2020 roku prezydent Donald Trump groził podobnym krokiem Irakowi. Chciał zamrozić irackie konta w Fed, domagając się w ten sposób zgody na pozostawienie w tym kraju amerykańskich wojsk. Co więcej, Stany Zjednoczone aktywnie wykorzystują swoją kontrolę nad systemem globalnych międzybankowych komunikatów finansowych SWIFT. Służy im on do wywierania gigantycznej presji na geopolitycznych rywali, takich jak Rosja, Iran czy wspomniana już Wenezuela. Można śmiało przypuszczać, że system w pełni zdecentralizowany byłby całkowicie odporny na tego rodzaju ingerencje.
Pozostaje jeszcze niebagatelna kwestia inwigilacji. Dzięki rygorystycznym przepisom „poznaj swojego klienta” (KYC) konta bankowe są dzisiaj ściśle powiązane z konkretnymi, weryfikowalnymi osobami i korporacjami, co całkowicie uniemożliwia dokonywanie w pełni anonimowych transakcji. Ma to oczywiście ułatwiać śledzenie i zwalczanie zorganizowanej działalności przestępczej. Jest zresztą całkowicie oczywiste, że organy podatkowe chciałyby, aby każda wymiana finansowa zostawiała po sobie wyraźny, cyfrowy ślad. Gdybyśmy żyli w utopijnie wręcz demokratycznym i sprawiedliwym społeczeństwie, nie stanowiłoby to żadnego problemu. W rzeczywistości jednak ten model pozwala na niebezpieczne wykorzystywanie systemu finansowego jako narzędzia do inwigilacji i bezpośrednich prześladowań politycznych. W epoce cyfrowej rola anonimowej gotówki systematycznie maleje, co z kolei zwiększa potencjał do stworzenia narzędzi kontroli totalitarnej.
Bitcoin jest unikalnym, elektronicznym środkiem wymiany i nośnikiem wartości, który z założenia zachowuje anonimowość właściwą tradycyjnej gotówce. To sprawia, że rządom niezmiernie trudno go kontrolować lub precyzyjnie śledzić. Jednocześnie czyni go to niestety niezwykle atrakcyjnym narzędziem dla przestępców. W rzeczywistości większość ludzi nigdy nie używa bitcoina do przeprowadzania codziennych transakcji handlowych. Funkcjonuje on dzisiaj głównie jako wysoce ryzykowne aktywo spekulacyjne, a nie jako realna waluta. Jego najzagorzalsi zwolennicy mogą oczywiście traktować posługiwanie się nim jako swoistą deklarację polityczną. Mimo to żaden ze znanych mi osobiście entuzjastów kryptowalut nie robi za ich pomocą zwykłych zakupów spożywczych. Gdzie zatem kryptowaluta faktycznie służy do handlu? Odpowiedź jest prosta: na czarnych rynkach w darknecie. Sprzedaje się tam narkotyki, pornografię dziecięcą, broń, skradzione bazy danych osobowych i tym podobne nielegalne towary.
Doskonale rozumiem libertariańskie pragnienie uwolnienia pieniądza spod wszelkiej politycznej kontroli. Jeśli jednak odrywamy go od społecznych, politycznych i prawnych mechanizmów podtrzymujących wspólną moralność, konsekwencje tego aktu mogą okazać się potworne. W historii ludzkości bardzo rzadko, o ile w ogóle, zdarzało się, by ludzie mogli robić ze swoimi pieniędzmi absolutnie wszystko, co tylko zechcą. Ta szeroko pojęta wolność zawsze zderzała się z normami społecznymi – czy to nieformalnymi, czy też w pełni zinstytucjonalizowanymi. Kiedy jednak nasza umowa społeczna znajduje się w rękach globalnego kompleksu korporacyjno-polityczno-wojskowego, który sieje na świecie ekobójstwo i ucisk, anonimowość gotówki lub kryptowalut zapewnia przynajmniej niewielką przestrzeń wolności. Ostatecznie jednak – co doskonale i brutalnie ilustruje przykład darknetu – właściwym rozwiązaniem nie jest całkowite odseparowanie pieniądza od polityki. Rozwiązaniem jest ukształtowanie innej, po prostu znacznie lepszej polityki.
Pieniądz ze swej natury pełni kluczową funkcję polityczną – jest on przecież wyrazem świętego, społecznego zaufania. To, kto go ostatecznie tworzy, w jaki sposób to robi i dla kogo, bezpośrednio definiuje tożsamość naszego ustroju. Wyznacza on granicę między społeczeństwem prawdziwie demokratycznym a tym niedemokratycznym. Współcześni politycy w dużej mierze boleśnie zawiedli zaufanie, co nie oznacza, że powinniśmy nim teraz bezrefleksyjnie obdarzyć anonimowych programistów. Same algorytmy kryptograficzne w żaden sposób nie zwalniają nas z konieczności odpowiadania na fundamentalne pytania o kreację pieniądza. Czy naprawdę mamy powszechny, społeczny konsensus co do tego, komu powinny przypadać w udziale nowe środki? Czy zgadzamy się, by trafiały one wyłącznie do tych nielicznych, którzy dysponują specjalistyczną wiedzą techniczną, potężnymi zasobami obliczeniowymi i kapitałem pozwalającym na lukratywne „wykopywanie” kryptowalut? Nie wydaje się to rozwiązaniem znacząco lepszym od obecnego, ułomnego systemu banków centralnych i tradycyjnych instytucji finansowych. Z całą pewnością nie jest też w żaden sposób bardziej demokratyczne. Zamiast tego społeczeństwo powinno odzyskać funkcję tworzenia pieniądza, którą należy dostosować do rodzących się na naszych oczach i pilnie potrzebnych wartości ekologicznych oraz społecznych.
Mimo tych wszystkich poważnych zastrzeżeń kryptowaluty dają nam jednak doskonałą okazję. Pozwalają na zbadanie w środowisku testowym, w jaki sposób owe nowe wartości mogłyby zostać wdrożone w praktyce. O ile bitcoin od samego początku był jawnie wzorowany na złocie (charakteryzuje go z góry ograniczona podaż, wysokie koszty techniczne wydobycia oraz niszczycielski wpływ na środowisko), o tyle różne niszowe kryptowaluty poszły w zupełnie inną stronę. Próbowały one wdrażać kluczowe postulaty idei uświęconej ekonomii, opierając się na zasobach ekologicznych, ujemnym oprocentowaniu czy wreszcie na koncepcji bezwarunkowego dochodu podstawowego. Ponadto ich unikalna, zdecentralizowana architektura peer-to-peer naturalnie sprzyja powstawaniu innowacyjnych modeli organizacji społecznej. Modelom tym obca jest narzucana odgórnie i skostniała hierarchia.
Największą chyba ironią losu w całej tej sytuacji jest dzisiejsza pozycja bitcoina. Według swoich największych orędowników miał on przecież definitywnie odesłać uciążliwy system bankowości centralnej do lamusa. Tymczasem jego najlepszym zastosowaniem w obecnym systemie okazuje się prestiżowa rola… waluty rezerwowej. Sama innowacyjna technologia rozproszonego rejestru (distributed ledger) oraz jej niezwykle rygorystyczny proces weryfikacji transakcji mają swoją cenę. Sprawiają mianowicie, że sam bitcoin kompletnie nie nadaje się do codziennego użytku operacyjnego na masową skalę. Zgodnie z moją najlepszą wiedzą, pomimo wprowadzania na przestrzeni lat drobnych ulepszeń technicznych (takich jak protokoły SegWit, Lightning Network czy platforma Rootstock), ten fundamentalny problem pozostał nierozwiązany. Dotkliwie powolne tempo procesowania transakcji rzutuje na wszystkie kryptowaluty, które chcą zachować w pełni ortodoksyjną decentralizację i architekturę niewymagającą wzajemnego zaufania. Oczywistym sposobem obejścia tego technicznego problemu byłoby przeniesienie ciężaru operacji poza główny łańcuch. Polegałoby to na rejestrowaniu znakomitej większości codziennych transakcji w bitcoinach poza głównym łańcuchem bloków (off-ledger). Następnie rozliczano by je zbiorczo, poprzez cykliczne wpisywanie salda netto wszystkich tych operacji bezpośrednio do blockchaina. W takim modelu użytkownik mógłby po prostu posiadać wygodne konto w internetowym banku z saldem denominowanym w bitcoinach. W rzeczywistości byłby to jednak jedynie techniczny, wewnętrzny zapis. Informowałby on po prostu, ile fizycznych bitcoinów dana instytucja faktycznie przechowuje w jego imieniu w swoich wirtualnych skarbcach. Podczas dokonywania bieżących zakupów wirtualne konto kupującego byłoby natychmiast obciążane, a konto odbiorcy (w tym samym lub w innym powiązanym banku) zasilane odpowiednią kwotą. Żaden faktyczny, kryptograficzny bitcoin nie zmieniałby swojego prawnego właściciela aż do momentu, w którym owe banki dokonałyby globalnych wzajemnych rozliczeń. Opcją byłaby tu też naturalnie sytuacja, w której sam deponent zdecydowałby się ostatecznie wypłacić swoje realne środki. Brzmi dziwnie znajomo? Oczywiście – przecież dokładnie w ten sam sposób od dziesięcioleci funkcjonuje konwencjonalny system bankowy.
Tyle tylko, że na co dzień operuje on po prostu państwowymi dolarami, a nie nowatorskimi kryptowalutami. Zastosowanie tego rozwiązania do bitcoina wywołałoby błyskawicznie dokładnie te same, patologiczne problemy systemowe. Przecież nic nie powstrzymałoby wirtualnych kryptobanków przed sprytnym stosowaniem ryzykownego systemu rezerwy cząstkowej przy udzielaniu codziennych pożyczek. Byłaby to prosta i krótka droga do cyklicznych baniek spekulacyjnych i potężnych krachów rynkowych. Bylibyśmy świadkami powracających panik na rynkach, widowiskowych upadków banków i całego spektrum kryzysów gospodarczych. Tych samych kryzysów, które od początku stanowiły przecież bezpośrednią przyczynę powołania samej Rezerwy Federalnej.
Gdy tradycyjne władze centralne raz za razem bezwstydnie zawodzą zaufanie publiczne, systemy zdecentralizowane naturalnie zyskują na atrakcyjności. Nasuwa się jednak tu fundamentalne, trudne pytanie. Czy zamiast dostosowywać się po cichu do świata, któremu nie można już ufać, nie lepiej odbudować samo zaufanie? Stworzyć prężne wspólnoty i zupełnie nowy system społeczny, które wyrosną na tym żyznym gruncie? Taki jest właśnie pożądany obraz docelowo uzdrowionego społeczeństwa. Jest on zupełnym, niemal skrajnym przeciwieństwem dzisiejszego świata, w którym normą stała się powszechna paraliżująca nieufność. Świata, w którym nieustannie i na każdym kroku musimy mieć się na baczności przed potencjalnym oszustwem. Toksyczne nawyki i cyniczne instytucje bazujące na braku zaufania zdążyły się w nas na przestrzeni lat bardzo głęboko zakorzenić. Nietrudno jednak przecież wyobrazić sobie zupełnie inne, uczciwe instytucje polityczne. Takie, które mogą cieszyć się realną akceptacją i szczerym poparciem zdecydowanej większości obywateli danego państwa.
Pierwszym, absolutnie niezbędnym i bezdyskusyjnym warunkiem powrotu do takiej upragnionej normalności jest oczywiście pełna przejrzystość. Wymóg ten obejmuje bez wyjątku rząd, którego bieżące działania mają być krystalicznie przejrzyste dla jego obywateli. Obejmuje też wszystkie instytucje finansowe, które muszą stać się w pełni transparentne dla każdego zainteresowanego uczestnika rynku. Kryptowaluty z samego swojego technicznego założenia projektuje się przecież z myślą o gwarantowaniu uczestnikom anonimowości, a przynajmniej tzw. pseudonimowości. W oczywisty i naturalny sposób kłóci się to z radykalnym postulatem pełnej przejrzystości systemu. Mimo to zza tej zasłony kryptograficznego cienia wyłania się fascynująca perspektywa i alternatywa. W radykalnym przeciwieństwie do zakulisowych operacji w tradycyjnym, scentralizowanym systemie bankowym wszystkie transakcje zapisane na publicznym blockchainie są z założenia w pełni widoczne dla każdego pojedynczego użytkownika tej sieci. Owszem, same strony fizycznej transakcji mogą nadal pozostawać bezpiecznie ukryte pod kryptograficznymi pseudonimami, ale cyfrowy obieg środków finansowych jest w 100% jawny i weryfikowalny. Ustanowienie na tym fundamencie unikalnych, potwierdzonych i faktycznych tożsamości dla wszystkich aktywnych portfeli kryptowalutowych nie byłoby wcale jakimś niewyobrażalnie dużym i trudnym technicznie krokiem. Zresztą z wielu względów i tak jest to konieczny warunek do ewentualnego i masowego wdrożenia obiecywanego, cyfrowego, bezwarunkowego dochodu podstawowego. W jaki jednak sposób tego typu innowacja stanowiłaby rzeczywiste ulepszenie względem naszej dzisiejszej, niezbyt optymistycznej sytuacji? Sytuacji, w której potężne rządy i tak mają pełne prawo i techniczne możliwości do tego, by legalnie inwigilować niemalże wszystkie nasze codzienne transakcje finansowe (z oczywistym wyjątkiem fizycznej gotówki i kryptowalut)? Różnica ta polegałaby na całkowitym i rewolucyjnym odwróceniu wektorów systemowej kontroli finansowej. Zamiast orwellowskiego jednego, wielkiego i centralnego oka instytucji, które nieustannie obserwuje każdego obywatela i weryfikuje wszystkie pozostałe podmioty na rynku, każdy użytkownik byłby po prostu na równych prawach krystalicznie przejrzysty dla pozostałych, wliczając w to bez absolutnie żadnych wyjątków również sam panujący na danym terytorium rząd i całą jego rozbudowaną administrację.
Ostatecznie, gdy prowadzimy zażartą dyskusję o zjawisku tak głęboko fundamentalnym dla niemal wszystkich ludzkich zachowań społecznych jak powszechny pieniądz, niezwykle trudne – wręcz polityczne – pytania o nasze uniwersalne wartości i międzyludzkie, wielopokoleniowe porozumienia są zwyczajnie nieuniknione. Systemowy pieniądz w całej swojej długiej historii nigdy nie zdołał uciec od wielkiej polityki i prawdę mówiąc, w ogóle nie powinien dzisiaj w desperacji podejmować takich prób.
Dynamiczny, wręcz spektakularny rozwój nowoczesnych kryptowalut nieoczekiwanie wyniósł wszystkie te niewygodne kwestie na sam szczyt globalnej debaty ekonomicznej. Dzieje się tak z jednego, bardzo konkretnego powodu. Kryptowaluty niezwykle skutecznie i widowiskowo niszczą dogmatyczną i szkodliwą iluzję braku jakiejkolwiek realnej alternatywy rynkowej. Udowadniają dobitnie i ponad wszelką wątpliwość, że zinstytucjonalizowany i zmonopolizowany pieniądz w znanej nam, zastałej formie nie jest żadną uświęconą zasadą, daną raz na zawsze i nieodwołalnie. Jest wręcz przeciwnie – stanowi on jedynie wspólną opowieść, w pełni umowny, społeczny konstrukt i ciągły akt ludzkiej kreacji i wyobraźni.
Rozrastający się żywiołowo i zdobywający serca buntowników ruch krypto, z całą swoją barwną otoczką i wizjonerskim ładunkiem, wydatnie pomaga nam dzisiaj odzyskać zachwianą polityczną i ekonomiczną podmiotowość. Przywraca odebrane, naturalne i wręcz święte prawo rynkowego wyboru. Swoim niebywałym rozmachem dosłownie wyważa drzwi, z impetem otwierając przed nami nową, dotąd całkowicie nieznaną i niezmierzoną przestrzeń intelektualną i rynkową. Przestrzeń idealną i gotową do twórczego, nieskrępowanego projektowania, testowania i ostatecznego wdrażania radykalnie rewolucyjnych i innowacyjnych rozwiązań społeczno-finansowych w naszym błyskawicznie zmieniającym się świecie.

Zgodnie z ideą autora, książka „Uświęcona ekonomia” zostaje udostępniona na naszym blogu, w specjalnej kategorii, za darmo jako wyraz kultury daru – z przekonaniem, że warto się dzielić, pozostawiając miejsce na wdzięczność i wzajemność. Rozdziały będą pojawiać się co piątek.
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.