Rozdział 12
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.

Rozdział 12
Ekonomia ujemnych odsetek
Dług może trwać wiecznie, bogactwo nie, ponieważ jego fizyczny wymiar podlega niszczycielskiej sile entropii.
Frederick Soddy
Wyobraźmy sobie taką sytuację: mam 12 bochenków chleba, a wy jesteście głodni. Chleb niebawem będzie czerstwy, więc nie zdążę go sam zjeść i chętnie się nim podzielę. „Weźcie sześć bochenków – proponuję – a kiedy będziecie mieli świeże pieczywo, oddacie mi tyle samo”. To prosta zasada: ja dziś daję ci sześć bochenków, ty w przyszłości oddasz mi taką samą liczbę.
W świecie, w którym rzeczy codziennego użytku ulegają zniszczeniu, dzielenie się przychodzi naturalnie. Ten, kto tego nie robi, zostaje z czerstwym chlebem, zardzewiałymi narzędziami i zepsutymi owocami (nikt też nie chce mu pomóc, bo on sam nigdy nie pomagał innym). Współczesne pieniądze nie przypominają jednak ani chleba, ani owoców, ani żadnego innego przedmiotu z natury. Stanowią wyjątek od naturalnego cyklu życia i przemijania, w którym wszystko ostatecznie wraca do swojego źródła. Pieniądze nie ulegają naturalnemu rozkładowi; pomijając ich fizyczną formę, pozostają niezmienne, a nawet mają tendencję do wykładniczego wzrostu dzięki mechanizmowi odesetek.
Są one głęboko związane z naszą tożsamością. Jak sugeruje określenie „moje”, pieniądze traktujemy niemal jak przedłużenie własnego „ja”, dlatego czujemy się oszukani, gdy są nam zabierane. One łamią nie tylko naturalne prawo powrotu do źródła, ale także duchowe prawo przemijania. Łączenie czegoś trwałego i rosnącego w czasie ze starzejącą się i przemijającą jaźnią podtrzymuje złudzenie, że bogactwo może wzmocnić nasze istnienie i przedłużyć jego trwałość. Gromadzimy oszczędności na starość, jakby mogły powstrzymać upływ czasu. Co by się stało, gdyby pieniądz, podobnie jak wszystko inne, podlegał rozkładowi i powracał do źródła?
Przypisaliśmy wykładniczo rosnącą ilość pieniędzy do świata i jednostki „ja”, które nie są ani wykładnicze, ani nawet liniowe, lecz cykliczne. Skutkiem tego, jak już wspomniałem, jest wszechobecna konkurencja, niedobór i koncentracja bogactwa. Odpowiedź na wcześniejsze pytanie: „Co poszło nie tak z tą piękną ideą pieniądza, która miała łączyć ludzkie dary i potrzeby?” sprowadza się głównie do kwestii odsetek i do lichwy. Lichwa nie jest jednak przypadkowym zjawiskiem, które mogłoby wyglądać inaczej, gdybyśmy dokonali lepszego wyboru. Jest ona nierozerwalnie związana z naszym poczuciem własnego „ja”, z koncepcją odrębnej jednostki w obiektywnym wszechświecie, której rozwój postępuje równolegle z ewolucją pieniądza. Nieprzypadkowo pierwsze wysoko zmonetyzowane społeczeństwo – starożytna Grecja – było również kolebką nowoczesnej koncepcji jednostki.
Ta głęboka więź między pieniędzmi a istnieniem niesie ze sobą pozytywny przekaz, ponieważ ludzka tożsamość przechodzi obecnie głęboką przemianę. Jaki rodzaj pieniądza pasowałby do nowej, połączonej jaźni oraz świata, w którym coraz wyraźniej dostrzegamy prawdę o wzajemnych powiązaniach? O tym, że dobro dla ciebie oznacza dobro dla mnie? Biorąc pod uwagę kluczową rolę odsetek, pierwszym alternatywnym systemem walutowym wartym rozważenia byłby taki, który całkowicie je eliminuje lub nawet wprowadza ujemne oprocentowanie. Skoro odsetki prowadzą do konkurencji, niedoboru i polaryzacji, to czy ich odwrotność nie mogłaby sprzyjać współpracy, obfitości i wspólnocie? Jeśli odsetki reprezentują dochód pochodzący z rabunku dóbr wspólnych, czy ich przeciwieństwo mogłoby odwrócić ten proces?
W praktyce obcowalibyśmy z pieniądzem, który – podobnie jak czerstwiejący chleb – z czasem traciłby na wartości. Innymi słowy, byłaby to waluta, która poprzez ujemne oprocentowanie ulegałaby systematycznej deprecjacji (w tym kontekście często używa się terminu „opłata za przestój”, demurrage). Podlegający erozji pieniądz jest jedną z głównych koncepcji tej książki. Zanim jednak szczegółowo ją omówię, chciałbym zwrócić uwagę na samo pojęcie „rozkładu” waluty. Doradzono mi, żebym w książce unikał tego terminu ze względu na jego negatywne skojarzenia. Dlaczego jednak „rozkład” wydaje się czymś niewłaściwym, podczas gdy „trwanie” uznaje się za cnotę?
Podejście to wiąże się z opowieścią Postępu, według której przeznaczeniem ludzkości jest przekroczenie natury, triumf nad entropią, chaosem i rozpadem, stworzenie uporządkowanego królestwa: naukowego, racjonalnego, czystego i kontrolowanego. Komplementarna wobec tego jest duchowość rozłamu, w której niematerialna, wieczna, nieśmiertelna, boska dusza zamieszkuje przemijające ciało profanum. Dotychczas staraliśmy się podporządkować je sobie, okiełznać świat i powstrzymać procesy rozkładu, ale niestety, w ten sposób hamujemy również szersze zjawisko, którego częścią jest właśnie obumieranie: odnowę, odrodzenie, odzysk i ewolucję w kierunku bardziej zintegrowanej złożoności. Na szczęście opowieści o Rozłamie i Postępie dobiegają końca. Nadszedł czas, aby na nowo docenić piękno i nieuchronność rozpadu, zarówno w naszym myśleniu, jak i w gospodarce.
Tło historyczne i teoria
Pierwotne formy pieniądza towarowego, takie jak zboże czy bydło, podobnie jak chleb podlegały naturalnemu rozkładowi. Zboże gnije, bydło starzeje się i umiera. Nawet ziemia uprawna, jeśli nie jest pielęgnowana, powraca do dzikiego stanu. Zresztą istniały również systemy pieniądza metalicznego, które wprowadzały element rozkładu poprzez wbudowany prosty mechanizm odpowiadający ujemnej stopie procentowej. Przykładem był powszechnie stosowany w średniowiecznej Europie system brakteatów, w którym monety były okresowo wycofywane z obiegu, a następnie ponownie wybijane z niższą wartością. W Anglii królowie sascy co 6 lat wycofywali srebrne grosze, wydając trzy nowe monety za każde cztery przyjęte, stosując deprecjację na poziomie około 4% rocznie. System ten skutecznie zniechęcał do gromadzenia pieniędzy, zachęcając jednocześnie do ich obiegu i inwestowania w produktywny kapitał. Gdy ktoś posiadał więcej pieniędzy, niż mógł wykorzystać, chętnie pożyczał je nawet bez oprocentowania, ponieważ w przeciwnym razie by je stracił. Warto zauważyć, że podaż pieniądza niekoniecznie malała w wyniku tego systemu, ponieważ władca zazwyczaj wprowadzał różnicę z powrotem do gospodarki, aby pokryć własne wydatki. Te ujemne odsetki od pieniędzy stanowiły więc formę podatku.
Silvio Gesell, niemiecko-argentyński pionier teorii pieniądza o ujemnym oprocentowaniu, stworzył koncepcję nazwaną „wolnym pieniądzem” (Freigeld). W swoim dziele z 1916 roku Die natürliche Wirtschaftsordnung durch Freiland und Freigeld (Naturalny porządek ekonomiczny) zaproponował system oparty na papierowej walucie, do której trzeba było regularnie doklejać znaczki o niewielkiej wartości względem nominału banknotu. To powodowało, że utrzymywanie bogactwa w formie pieniężnej wiązało się z kosztami. Taka waluta traciła na wartości w tempie zależnym od wartości znaczków wymaganych, aby utrzymać ważność banknotu. Przykładowo: jeśli do banknotu jednodolarowego należało co miesiąc dokleić znaczek o wartości 1 centa, roczna stopa deprecjacji wynosiłaby 12%.
Do koncepcji psującej się waluty Gesell doszedł jednak inną drogą niż ja. Tworzył swoje prace w czasach, gdy praktycznie nikt nie kwestionował sensowności wzrostu gospodarczego. Sam ekonomista, mimo że był wizjonerem, prawdopodobnie nigdy nie wątpił w zdolność Ziemi do nieograniczonego dostosowywania się do zachodzących zmian. Najbardziej niepokoił go problem nierównomiernego i niesprawiedliwego podziału bogactwa – paradoks współistnienia ubóstwa i obfitości. Przyczynę tego zjawiska upatrywał w ogromnej i nieuzasadnionej przewadze, jaką mieli posiadacze pieniędzy, które były jednocześnie „towarem nadającym się do gromadzenia i środkiem płatniczym”. Pozostałe dobra (może z wyjątkiem ziemi) nie nadawały się do przechowywania w sposób podobny do złota czy innych form waluty. Ulegały zniszczeniu, rdzewiały, mogły zostać skradzione lub się zestarzeć, a ich magazynowanie i transport generowały znaczące koszty. Jak pisał ekonomista:
Złoto nie współgra z naturą naszych towarów. Złoto i słoma, złoto i benzyna, złoto i guano, złoto i cegły, złoto i żelazo, złoto i skóry! Tylko wybujała wyobraźnia, potworna halucynacja czy doktryna „wartości” mogłyby postawić między nimi znak równości. Towary można bezpiecznie wymieniać tylko wtedy, gdy każdemu jest obojętne, czy posiada gotówkę, czy dany towar, a taki stan jest możliwy wyłącznie wtedy, gdy pieniądze obarczone są tymi samymi wadami co produkty. To oczywiste. Towary gniją, niszczeją, łamią się, rdzewieją – tylko wtedy, gdy pieniądz ma równie nieprzyjemne, powodujące straty właściwości, może być traktowany jako ich odpowiednik. Wtedy waluta nigdy nie będzie miała uprzywilejowanej pozycji wobec towarów.
Tylko pieniądz, który dezaktualizuje się jak gazeta, gnije jak ziemniaki, rdzewieje jak żelazo, paruje jak eter, może sprawdzić się jako narzędzie wymiany. Taki pieniądz nie będzie bowiem preferowany względem innych towarów jako środek przechowywania wartości. Rozstajemy się z naszymi dobrami w zamian za pieniądze wyłącznie dlatego, że potrzebujemy ich jako środka wymiany, a nie dlatego, że oczekujemy korzyści z samego ich posiadania.
Zarówno dzisiaj, jak i w czasach Gesella pieniądze zajmują jednak uprzywilejowaną pozycję wobec towarów. Możliwość zatrzymania waluty pozwala na pobieranie odsetek, co daje jej właścicielom przewagę nad posiadaczami rzeczywistego kapitału. Jeszcze większa dysproporcja pojawia się w stosunku do osób, które sprzedają swój czas (świadczą usługi) – ten bowiem, jeśli nie zostanie spieniężony, bezpowrotnie przepada z końcem dnia. W rezultacie następuje coraz większe rozwarstwienie majątkowe, ponieważ w praktyce wszyscy płacą swoistą daninę posiadaczom pieniędzy.
Według Gesella płacenie za możliwość dokonywania wymiany jest niesprawiedliwe. Uważał, że wystarczającą korzyścią jest sama możliwość wymiany pieniędzy na pożądany towar. Jeśli mam coś, czego wy potrzebujecie, dlaczego mielibyśmy z tego tytułu ponosić koszty? Dlaczego mielibyście płacić za przywilej otrzymania daru? To jeden z powodów, dla których pieniądz Gesella zasługuje na miano „wolnego”. Jak się przekonamy, system kredytowy oparty na deprecjonującej się walucie umożliwia udzielanie nieoprocentowanych pożyczek. Choć pożyczony kapitał trzeba oczywiście zwrócić, nie ma konieczności oddawania czegokolwiek ponad to. W tym sensie pieniądze stają się faktycznie wolne od kosztów.
Gesell postulował odebranie pieniądzom funkcji środka przechowywania wartości i pozostawienie im wyłącznie roli narzędzia usprawniającego handel. Dzięki temu waluta przestałaby być preferowana względem kapitału rzeczowego. W konsekwencji zniknąłby sztuczny niedobór i związana z nim depresja gospodarcza, która występuje w sytuacji, gdy jest wiele towarów do wymiany, ale brakuje pieniędzy do przeprowadzenia transakcji. Jego propozycja wymusiłaby ciągły obieg pieniądza. Posiadacze waluty nie mieliby już motywacji do jej przytrzymywania w oczekiwaniu na moment, gdy z powodu niedoboru zyski z jej gromadzenia przewyższą poziom stopy procentowej. To drugi powód, dla którego Gesell użył określenia Freigeld. Pieniądz uwolniony spod kontroli bogaczy krążyłby swobodnie, zamiast – jak dziś – kumulować się w zastałych zasobach.
Gesell postrzegał oprocentowanie jako barierę dla dobrobytu. Gdy tylko na rynku pojawia się na tyle duża podaż towarów, że zyski z inwestycji spadają poniżej akceptowalnego poziomu, posiadacze kapitału natychmiast wstrzymują przepływ pieniędzy. W efekcie waluta znika z obiegu, co prowadzi do paradoksalnej sytuacji – pojawia się kryzys nadwyżki mocy produkcyjnych przy jednoczesnym niedoborze dóbr dla zdecydowanej większości społeczeństwa.
System pieniężny w 1916 roku znacząco różnił się od obecnego. Większość walut wciąż była, przynajmniej teoretycznie, zabezpieczona metalami szlachetnymi. Nie istniało też nic podobnego do dzisiejszej ogromnej ekspansji kredytu w stosunku do bazy monetarnej. W praktyce Gesell traktował kredyt jako alternatywę dla pieniądza – narzędzie umożliwiające przeprowadzenie transakcji w przypadku braku waluty. Obecnie jednak kredyt i pieniądz stały się niemal tożsame. Współczesna teoria ekonomiczna postrzega wykorzystanie kredytu jako zjawisko pozytywne, częściowo dlatego, że pozwala on na naturalne rozszerzanie się lub kurczenie podaży pieniądza w odpowiedzi na zapotrzebowanie na środki wymiany. Oprocentowany kredyt jednak nie tylko reaguje na wzrost gospodarki pieniężnej, lecz także go wymusza. Co więcej, w swojej obecnej formie jest on równie podatny na niedobory, jak pieniądz w czasach Gesella.
Choć obecnie mało znane idee niemieckiego ekonomisty cieszyły się szerokim zainteresowaniem w latach 20. i 30. XX wieku, wpływając na takie wybitne umysły, jak Irving Fisher czy John Maynard Keynes. Fisher energicznie promował koncepcje Gesella w Stanach Zjednoczonych, a Keynes określił go mianem „niesłusznie zapomnianego proroka”, uznając jego pracę za „głęboko oryginalną”. W burzliwym okresie po I wojnie światowej Gesell został nawet mianowany ministrem finansów krótkotrwałej Republiki Bawarskiej, która przetrwała niespełna rok. W latach 20. w Niemczech pojawiła się waluta znaczkowa, zwana wara, wprowadzona przez przyjaciela ekonomisty. Początkowo nie zyskała ona popularności jako środek płatniczy. Dopiero poważne załamanie gospodarcze sprawiło, że zaczęto się nią szerzej posługiwać. Jest to zresztą prawidłowość często obserwowana zarówno w życiu osobistym, jak i w skali całych narodów – dopiero kryzys prowadzi do prawdziwych przemian.
W 1931 roku niemiecki właściciel kopalni zdecydował się wypłacać pracownikom wynagrodzenie właśnie w walucie wara. Ponieważ umożliwił jednocześnie jej wymianę na węgiel, lokalni przedsiębiorcy szybko przekonali się do jej stosowania. Miasto górnicze rozkwitło, a w ciągu roku ponad tysiąc sklepów w całych Niemczech zaczęło akceptować tę walutę. Także banki otworzyły się na przyjmowanie w niej depozytów. To sprawiło, że „pieniądz znaczkowy” znalazł się w centrum zainteresowania. Zaniepokojony tym faktem rząd niemiecki próbował uznać go za nielegalny. Gdy sądy odrzuciły ten zarzut jako bezpodstawny, władze po prostu zakazały jego stosowania na mocy nadzwyczajnego dekretu.
W następnym roku austriackie miasto Wörgl, zmagające się z kryzysem, wyemitowało własny pieniądz znaczkowy, czerpiąc inspirację zarówno z idei Gesella, jak i z powodzenia waluty wara. Ten lokalny środek pieniężny okazał się również niezwykłym sukcesem. Dzięki niemu utwardzono drogi, wybudowano mosty i uregulowano zaległe podatki. Bezrobocie gwałtownie spadło, a gospodarka zaczęła się prężnie rozwijać, co przyciągnęło uwagę okolicznych miejscowości. Burmistrzowie i urzędnicy z całego świata zaczęli odwiedzać Wörgl, aż do momentu, gdy podobnie jak w Niemczech rząd centralny zakazał korzystania z lokalnej waluty, co nieuchronnie doprowadziło miasto z powrotem do kryzysu.
Zarówno wara, jak i waluta Wörgl były obciążone miesięczną opłatą przestojową (demurrage) w wysokości 1%. Współczesne analizy wskazują, że tak niska stawka wynikała z bardzo szybkiego obiegu tych walut. Zamiast przynosić odsetki i się powiększać, bogactwo stało się obciążeniem, podobnie jak majątek dla wędrownego łowcy-zbieracza. Zgodnie z teorią Gesella pieniądz przynoszący straty przestał być preferowany względem innych dóbr jako nośnik wartości. Nie można jednak jednoznacznie udowodnić, że pozytywne skutki stosowania tych walut wynikały z pobierania opłaty przestojowej, a nie np. z ogólnego wzrostu podaży pieniądza lub innych czynników ekonomicznych.
Inną walutą, która pojawiła się w podobnym okresie i funkcjonuje do dziś, jest szwajcarski WIR. Jest on emitowany przez bank spółdzielczy i opiera się wyłącznie na wzajemnym zobowiązaniu jego członków do akceptowania go jako środka płatniczego. Ta waluta, stworzona przez zwolenników teorii Gesella, początkowo również zawierała opłatę przestojową, którą jednak zniesiono w okresie dynamicznego wzrostu gospodarczego po II wojnie światowej. Jak wyjaśnię to później, ujemne oprocentowanie nie jest konieczne w warunkach szybkiego rozwoju gospodarczego. Obecnie jednak, gdy zbliżamy się do fazy gospodarki stabilnej i jednocześnie wkraczamy w nowy etap rozwoju, rozwiązanie to może ponownie zyskać na atrakcyjności.
Na początku lat 30. w Stanach Zjednoczonych pojawiło się wiele tzw. walut awaryjnych. Kiedy pieniądz państwowy zniknął z obiegu wskutek masowych upadłości banków, obywatele i samorządy zaczęły tworzyć własne środki płatnicze. Niewiele z nich opierało się jednak na koncepcji Gesella. Zamiast stałej opłaty tygodniowej lub miesięcznej posiadaczy obciążano jedynie w momencie dokonywania transakcji. Taki model przyniósł jednak skutki dokładnie przeciwne do systemu opartego na opłacie przestojowej – zamiast zniechęcać do gromadzenia bogactwa, karał za jego wydawanie.
Już jednak w 1933 roku co najmniej 100 miast przygotowywało się do wprowadzenia własnych walut znaczkowych, w tym wielu bazujących na ideach Gesella. Przy wsparciu Irvinga Fishera zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie przedstawiono projekt ustawy zakładającej emisję 1 miliarda dolarów znaczkowego pieniądza obiegowego i ich dystrybucję w całym kraju. Waluta ta miała być obciążona opłatą przestojową w wysokości aż 2% tygodniowo, co oznaczałoby jej całkowitą dewaluację po zaledwie roku. Było to podejście znacząco różne od waluty Wörgl oraz większości współczesnych propozycji. Świadczy to jednak o tym, że podstawowa koncepcja Silvio Gesella była w Stanach Zjednoczonych traktowana z najwyższą powagą. Oto fragment poprawki do ustawy o pomocy dla bezrobotnych Costigan–LaFollette z 1933 roku:
Sekretarz Skarbu zarządzi wygrawerowanie i wydrukowanie waluty Stanów Zjednoczonych w formie certyfikatów znaczkowych. Nominał każdego z nich wyniesie 1 USD, a całkowita emisja nie przekroczy 1 mld USD. Certyfikaty będą miały odpowiedni rozmiar, aby zapewnić miejsce na umieszczenie opłat znaczkowych. Na każdym znajdzie się następująca informacja: „niniejszy certyfikat jest prawnym środkiem płatniczym […] pod warunkiem, że w dniu wykorzystania go do transakcji będzie posiadał opłaty znaczkowe o wartości 2 centów naklejone na wszystkie wymagane pola, zgodnie z harmonogramem znajdującym się na rewersie”.
Senacki projekt ustawy nr 5125 nigdy nie został jednak przegłosowany, a miesiąc później prezydent Roosevelt zakazał wszystkich walut awaryjnych, wprowadzając program New Deal. Według Bernarda Lietaera głównym powodem tej decyzji była obawa, że waluty lokalne okażą się skutecznym narzędziem w walce z kryzysem, co mogłoby doprowadzić do utraty zaufania do rządu centralnego.
Współcześnie stajemy przed dylematem podobnym do historycznego: czy w obliczu kryzysu powinniśmy wzmocnić obecny system poprzez centralizację kontroli nad gospodarką, czy może całkowicie z niej zrezygnować i wkroczyć w nową rzeczywistość? Nie możemy popełnić błędu w tym wyborze! System oparty na wolnym pieniądzu przyniósłby głębokie konsekwencje, dotykające nie tylko sfery ekonomicznej, lecz także społecznej, psychologicznej i duchowej. Waluty mają ogromny wpływ na rozwój ludzkiej cywilizacji, dlatego naiwnym byłoby sądzić, że bez gruntownej reformy systemu pieniężnego możliwa jest rzeczywista poprawa świata.
Współczesne zastosowanie i teoria
Sama idea ujemnego oprocentowania pieniądza była szalenie popularna w debatach na początku XX wieku, ale ostatecznie zapadła w długi sen na ponad 60 lat. Dzisiaj znów odżywa, gdyż uporczywie niski wzrost gospodarczy nieodwracalnie burzy ugruntowane aksjomaty, założenia, dogmaty z minionych siedmiu dekad. Mimowolnie przywołuje to paradygmat myślenia uformowany na gruzach Wielkiego Kryzysu. Przez wiele lat dynamiczne i sztuczne narastanie długu maskowało realne spowolnienie wzrostu gospodarczego. Kiedy jednak nadszedł miażdżący kryzys 2008 roku, powszechnie stosowane narzędzia zarządzania makroekonomią zawiodły po raz pierwszy od lat 30. Banki centralne na całym świecie posłusznie i miarowo obniżały stopy procentowe, aż do tzw. dolnej granicy zera, skupując przy tym rządowe papiery wartościowe, co jednak przyniosło mizerne efekty. Następnie gremia decyzyjne zmuszone były powrócić do standardowego, wręcz keynesowskiego lekarstwa. Przyjęło ono postać interwencyjnych bodźców fiskalnych, które polegały na zastąpieniu słabnących, naturalnych wydatków konsumpcyjnych obywateli potężnymi wydatkami rządowymi, wpompowywanymi wprost w rynek.
Głośny pakiet stymulacyjny prezydenta Baracka Obamy stanowił wręcz podręcznikowy przykład z kategorii keynesowskich interwencji (chociaż z perspektywy czasu uważa się go za niewystarczająco zdecydowany nawet w ramach tamtego podejścia). Od tamtej pory wydatki rządowe na niemal całym świecie muszą utrzymywać się na permanentnie wysokim pułapie, a mimo to realne stopy wzrostu PKB wciąż oscylują daleko poniżej historycznych maksimów notowanych w „złotej epoce” tuż po zakończeniu II wojny światowej.
To właśnie w ponurym następstwie kryzysu z 2008 roku problem ujemnych stóp procentowych z wielkim hukiem wkroczył na salony polityczno-finansowego mainstreamu. Trzeba dodać, że we wczesnych fazach tego okresu toczące się wokół tematu dyskusje były niezmiernie rzadkie i hermetyczne. Moje własne dziennikarskie kwerendy z okolic 2010 roku skutkowały zaledwie garstką wyników. Odnalazłem wtedy dokument przygotowany przez ekonomistę Rezerwy Federalnej prasowy felieton w „New York Times” skreślony piórem zasłużonego profesora z Harvardu oraz pojedynczy, branżowy artykuł na łamach szanowanego magazynu „The Economist”. Zresztą, ilekroć tylko ośmieliłem się w tamtym czasie rzucić hasło ujemnych stóp procentowych w gronie konserwatywnych finansistów z Wall Street, niezmiennie spotykałem się jedynie z pobłażliwym i ironicznym przewracaniem oczami. A jednak jakże te czasy zdołały się odmienić! Dzisiejsza mainstreamowa prasa ekonomiczna dosłownie pęka w szwach od gęstych analiz opartych na modelach ujemnego oprocentowania. Kluczowe banki centralne (ze szczególnym wskazaniem na potężny Bank Japonii czy wiodący prym w Europie EBC) faktycznie wdrożyły i zatwierdziły system z ujemnymi stopami. Jak mówią dane z początku 2019 roku, astronomiczna góra kapitału opiewająca na blisko 19 bln USD została realnie zainwestowana w papiery wartościowe opatrzone rygorem nominalnej stopy obniżonej do poziomu poniżej zera. Poza tym z kręgów czołowych decydentów polityki pieniężnej coraz rzadziej przebija nadzieja na to, że rynkom kiedykolwiek jeszcze uda się gładko i trwale powrócić do tzw. normalnych stóp procentowych w okolicach upragnionych 5% Opisany mechanizm uwidacznia się najdobitniej w tym, że za każdym razem, gdy szefowie Fed czy EBC podejmują chociażby nieśmiałe starania zmierzające do podniesienia stóp, potężne globalne rynki akcji błyskawicznie wpadają w paraliżujący szał. Wtedy przestraszony widmem krachu Fed jest bezlitośnie zmuszany do wycofania się na z góry ustalone pozycje. Wiele wskazuje na to, że właśnie staliśmy się świadkami zupełnie nowej ery.
Biorąc za punkt odniesienia początek 2020 roku, stopy procentowe znajdują się zaledwie o mały ułamek punktu procentowego poniżej zera. Nawet w państwach i na rynkach, na których decydenci nie odważyli się jeszcze zejść pod lód ujemnych wartości, stopy i tak zatrzymały się na nienaturalnie niskim w ujęciu historycznym poziomie. Książkowo i wedle klasycznych teorii ekonomicznych w szczycie silnego ożywienia koniunktury powinny one wynosić co najmniej 5–7%. Dałoby to bankom centralnym cenny i niezbędny bufor bezpieczeństwa w postaci możliwości zaordynowania płynnej obniżki o 5% w momencie gwałtownego uderzenia fali kolejnej recesji. Skoro jednak w obecnych realiach nasza wyjściowa baza wynosi 2%, zero, a gdzieniegdzie jeszcze mniej, to pomysł na akcja ratunkową musi ulec aktualizacji. Wobec zbliżającego się uderzenia kolejnego krachu gospodarczego system będzie musiał w pełni świadomie i otwarcie wejść w strefę głęboko ujemnych stóp procentowych.
Gdy stymulacja keynesowska ostatecznie zawiedzie (jak już wspominałem – z powodu wyczerpania dóbr wspólnych), na horyzoncie może pojawić się znacznie bardziej radykalne rozwiązanie pod postacią waluty z ujemnym oprocentowaniem. Obecnie gospodarka przechodzi okres łagodnego ożywienia, a my wciąż możemy karmić się złudną nadzieją na powrót do normalności. Ponieważ jednak różne formy kapitału wspólnego zostały niemal w pełni wyeksploatowane, owo ożywienie będzie zapewne anemiczne. „Normalność” stanie się tym samym coraz odleglejszą perspektywą. (Dwa ostatnie zdania, spisane w 2010 roku podczas pracy nad książką, okazały się prorocze. Od 2012 roku globalny wzrost PKB waha się w przedziale 2,5–3%, co stanowi zaledwie połowę tempa z lat 60.)
Pierwsze wyraźne niepowodzenie keynesowskiej stymulacji zauważono w Japonii, gdzie rozpoczęte w latach 90. ogromne nakłady na infrastrukturę nie zdołały pobudzić wzrostu gospodarczego. W każdej wysoko rozwiniętej gospodarce pozostaje niewiele przestrzeni na dalszy rozwój. Od co najmniej dwóch dekad rozwiązaniem stało się importowanie wzrostu z krajów rozwijających się poprzez monetyzację ich zasobów społecznych i naturalnych, co tym samym wspiera naszą piramidę zadłużenia. Proces ten może przyjąć formę niewolnictwa kredytowego, w którym kraj jest zmuszony do przestawienia się z produkcji na własne potrzeby na produkcję eksportową w celu spłaty zagranicznych zobowiązań. Możemy również obserwować hegemonię dolara, w której kraje o wysokiej produktywności, np. Chiny, są zmuszone do finansowania prywatnego i publicznego amerykańskiego zadłużenia (bo co innego miałyby zrobić z tymi dolarami nadwyżki handlowej?). Ostatecznie jednak takie rozwiązanie musi zawieść, ponieważ kraje rozwijające się coraz częściej napotykają te same ograniczenia, co gospodarki rozwinięte.
Oficjalne statystyki maskują fakt, że zachodnie gospodarki od co najmniej 20 lat znajdują się w stagnacji. Jakikolwiek odnotowany wzrost wynikał głównie z takich zjawisk, jak: bańka na rynku nieruchomości, rozwój przemysłu więziennego, wzrost kosztów opieki zdrowotnej, zwiększone wydatki na ubezpieczenia i usługi finansowe, a także rosnące nakłady na edukację oraz przemysł zbrojeniowy. Im wyższe są wydatki w tych obszarach, tym wrażenie wzrostu gospodarczego staje się mocniejsze. Natomiast tam, gdzie faktycznie nastąpił rozwój, np. w obszarze internetu, znaczna jego cześć stanowi ukryty import zasobów. Przykładowo: źródłem przychodów z internetu są głównie reklamy i sprzedaż produktów, a nie produkcja. Jego istnienie pozwala jedynie efektywniej zarządzać przepływem towarów z Chin na Zachód. W każdym razie kraje rozwijające się nie mogą wiecznie podtrzymywać machiny wzrostu. Im bardziej będzie ona zwalniać, tym pilniejsza stanie się potrzeba obejścia problemu „granicy zerowej”.
Chociaż pomysł przyklejania znaczków do banknotów z podobizną Jerzego Waszyngtona może wydawać się osobliwy, ostatnio kilku wybitnych ekonomistów zaczęło proponować nowoczesne opcje. Ponieważ większość pieniędzy ma obecnie formę elektroniczną, kluczową rolę odgrywa tutaj swoisty podatek od płynności (zaproponowany przez Irvinga Fishera już w 1935 roku) lub alternatywnie – ujemne oprocentowanie depozytów. To drugie rozwiązanie zostało zaproponowane przez Willema Buitera, wówczas profesora ekonomii, a obecnie głównego ekonomistę Citibanku. Temat ten podjęli również profesor ekonomii z Harvardu Greg Mankiw, prezes Amerykańskiego Stowarzyszenia Ekonomicznego Robert Hall, a także niektórzy ekonomiści z Rezerwy Federalnej. Te nazwiska jasno wskazują, że nie jest to jedynie ekstrawagancka propozycja.
Oczywiście, fizyczna waluta musiałaby podlegać takiej samej stopie deprecjacji jak rezerwy. Cel ten można by osiągnąć metodą Gesella m.in. poprzez:
- wprowadzenie konkretnych terminów wygaśnięcia fizycznej waluty,
- zastąpienie fizycznej waluty obligacjami na okaziciela z ujemną stopą procentową,
- zastosowanie fizycznej waluty, odrębnej od oficjalnej waluty rezerwowej,
- umożliwienie wahań relacji między rezerwami bankowymi a walutą fizyczną.
Innym rozwiązaniem byłby całkowity zakaz posługiwania się fizyczną walutą (gotówką), co znacząco zwiększyłoby rządową kontrolę, gdyż każda transakcja musiałaby być rejestrowana. Choć ta ostatnia możliwość może brzmieć niepokojąco dla osób obawiających się nadmiernej inwigilacji ze strony państwa (do których sam się zaliczam), uważam, że jest już za późno na łagodniejsze środki. Obecnie prawie wszystkie istotne transakcje są przeprowadzane elektronicznie, z wyjątkiem tych związanych np. z handlem narkotykami. Ponadto gotówka w dużej mierze służy obsłudze szarej strefy, ułatwiając unikanie podatków. Ten drugi motyw straciłby na znaczeniu, gdyby – zgodnie z moją propozycją – opodatkowanie zostało przeniesione z dochodów na zasoby.
Co więcej, nie ma przeszkód, by nieformalne waluty funkcjonowały równolegle do oficjalnego, elektronicznego pieniądza z ujemnym oprocentowaniem. Ich wprowadzenie (a także forma) zależałoby od konkretnych potrzeb. Komercyjne systemy barterowe i spółdzielnie kredytowe prawdopodobnie korzystałyby z pieniądza elektronicznego, podczas gdy lokalne waluty oparte na wspólnocie mogłyby preferować formę papierową. Tak czy inaczej transakcje przy ich użyciu pozostawałyby poza kontrolą rządu centralnego. To wspólnota użytkowników decydowałaby o sposobie ewidencjonowania transakcji. Osoby funkcjonujące wyłącznie w lokalnej gospodarce, takie jak hipisi czy zwolennicy funkcjonowania blisko natury, mogłyby prowadzić życie niewidoczne dla centralnych władz.
Istnieją jednak inne powody, dla których wszystkie transakcje i rejestry finansowe powinny być dostępne nie tylko dla rządu, lecz także dla ogółu społeczeństwa. Takie rozwiązanie proponuje się jako antidotum dla państwowej inwigilacji – poprzez uczynienie technologii nadzoru publicznej i powszechnej, co już obserwujemy wraz z rozpowszechnieniem kamer w telefonach komórkowych, konsolach do gier i innych urządzeniach. Kiedy działania rządu staną się równie przejrzyste dla obywateli, jak działania obywateli są przejrzyste dla rządu, osiągniemy prawdziwie otwarte społeczeństwo.
W rzeczywistości jest to rozwinięcie kierunku, w którym już zmierza polityka pieniężna. Rezerwa Federalna, banki centralne czy podstawowy system bankowy mogłyby pozostać niezmienione. Oczywiście nastąpiłyby głębokie modyfikacje, ale miałyby one charakter ewolucyjny, co pozwoliłoby uniknąć społecznych niepokojów związanych z likwidacją systemu finansowego i rozpoczynaniem wszystkiego od nowa. Jak napisałem w rozdziale 5: uświęcona ekonomia jest częścią zupełnie innego rodzaju rewolucji i transformacji, a nie czystki.
Niektóre banki centralne przeprowadzały już eksperymenty z ujemnym oprocentowaniem. W lipcu 2009 roku szwedzki Riksbank wprowadził opłatę w wysokości 0,25% od depozytów rezerwowych i utrzymał ją do lutego 2010 roku. Mimo że jest to stawka nieznacznie niższa od zera, argumenty przemawiające za dalszym obniżaniem stóp procentowych pozostają aktualne. Riksbank, Buiter, Mankiw i inni zwolennicy ujemnych stóp z głównego nurtu ekonomii postrzegają je jako tymczasowy środek, który ma zmusić banki do wznowienia akcji kredytowej i udostępnienia taniego kredytu do czasu, aż gospodarka ponownie zacznie rosnąć (wówczas stopy procentowe prawdopodobnie miałyby pójść powyżej zera). W obliczu jednak potencjalnie trwałej gospodarki o zerowym wzroście lub ze świadomym ograniczaniem wzrostu (degrowth) ujemne stopy procentowe mogą stać się stałym elementem krajobrazu ekonomicznego.
W tradycyjnym podejściu polityka pieniężna miała na celu pobudzanie wzrostu gospodarczego lub utrzymywanie go na zrównoważonym poziomie. W nowym paradygmacie dąży się do dostosowania podstawowej stopy procentowej do rzeczywistego wzrostu gospodarczego (lub jego braku).
Keynes uważał, że powinna być ona mniej więcej równa różnicy między oprocentowaniem pieniądza a opłacalnością nowych inwestycji przy pełnym zatrudnieniu w gospodarce. Ta formuła wymaga jednak modyfikacji, ponieważ nie powinniśmy już – i nie możemy – dążyć za wszelką cenę do osiągnięcia pełnego zatrudnienia jako dobra społecznego (jest to konieczna konsekwencja ekonomii stanu ustalonego i nie jest tak przerażająca w obecności dywidendy społecznej). W istocie Keynes sugeruje, że podatek od płynności powinien być ustalony na poziomie rekompensującym nadwyżkę odsetek ponad średni zwrot z inwestycji w kapitał produkcyjny. Innymi słowy, musi być wyznaczony na takim poziomie, aby korzyści z samego posiadania bogactwa nie przewyższały korzyści z jego produktywnego wykorzystania.
Buiter i Mankiw, mimo że nie są liberałami, prezentują poglądy stojące w sprzeczności z interesami klasy wierzycieli, zazwyczaj reprezentowanej przez konserwatystów. Niektórzy ekonomiści o poglądach liberalnych w różnych okresach skłaniali się ku rozwiązaniom zbliżonym do demurrage (opłaty za przechowywanie pieniądza), takim jak inflacja. Inflacja wywołuje skutki podobne do deprecjacji waluty, ponieważ zachęca do obiegu pieniądza, zniechęca do jego gromadzenia oraz ułatwia spłatę długów. Wydaje się jednak, że wolny pieniądz ma istotne zalety. Poza wyeliminowaniem klasycznych kosztów inflacji, takich jak koszty dostosowania cen czy transportu, nie obciąża osób o stałych dochodach.
Oto typowy argument za inflacją przedstawiony przez Deana Bakera z Center for Economic and Policy Research:
Jeśli zwiększenie deficytu jest politycznie niemożliwe, wówczas polityka monetarna staje się drugim potencjalnym narzędziem stymulowania popytu. Rada Rezerwy Federalnej może wyjść poza program luzowania ilościowego i wprowadzić politykę wyraźnie ukierunkowaną na umiarkowaną stopę inflacji (np. 3–4%), co spowodowałoby, że realna stopa procentowa stałaby się ujemna. Przyniosłoby to korzyści w postaci zmniejszenia ogromnego ciężaru zadłużenia hipotecznego, z jakim borykają się dziesiątki milionów właścicieli domów, szczególnie po pęknięciu bańki mieszkaniowej.
W środowisku deflacyjnym, w którym banki niechętnie udzielają pożyczek, pojawia się pytanie: jak Fed może wywołać inflację? To główny problem związany z inflacyjnym rozwiązaniem w obliczu nadmiernego wzrostu i nadwyżki mocy produkcyjnych. Luzowanie ilościowe polega na zamianie płynnych aktywów, takich jak pieniądz bazowy i rezerwy, na mniej płynne instrumenty. Jednakże działanie to nie wywoła inflacji cenowej ani płacowej, jeśli nowo powstałe pieniądze nie trafią do konsumentów, którzy je wydadzą. Nawet przy pełnej monetyzacji długu publicznego i prywatnego głównym wyzwaniem w warunkach deflacji pozostaje niemożność udzielania pożyczek przez banki. W rezultacie Fed nie jest w stanie wywołać inflacji, co było problemem przez wiele lat. Z powodu granicy zerowych stóp procentowych Fed nie był w stanie wyciągnąć gospodarki z pułapki zadłużenia w latach 2008–2009. Następnie wdrożono proces luzowania ilościowego, ale on również nie przyniósł istotnego ożywienia. Działania te jedynie podtrzymały niestabilny i anemiczny wzrost gospodarczy, doprowadzając do obniżenia kosztów pieniądza dla instytucji finansowych niemal do zera. Instytucje te mogły wprawdzie inwestować tanio pozyskane środki, ale wolały z tego zrezygnować. Wybierały utrzymanie lepszych wskaźników bilansowych, zamiast zadowalania się niskim zyskiem z ryzykownych inwestycji. W tym kontekście wracamy do koncepcji pieniądza o ujemnym oprocentowaniu, której celem jest pobudzanie kapitału do cyrkulacji.
System ujemnie oprocentowanych rezerw zniechęcałby banki do ich utrzymywania. Gdyby stopy procentowe wynosiły od −5% do −8%, jak sugerowali Gesell czy Fisher, banki byłyby skłonne udzielać pożyczek oprocentowanych na poziomie zerowym lub nawet ujemnym. Ale w jaki sposób instytucje te mogłyby na tym zarabiać? Ich działalność nadal byłaby podobna do dzisiejszej. Depozyty również podlegałyby ujemnemu oprocentowaniu, choć w mniejszym stopniu niż rezerwy obowiązkowe. Banki mogłyby zatem przyjmować depozyty na żądanie np. z oprocentowaniem wynoszącym −7%, udzielając jednocześnie pożyczek na poziomie 1% lub 0%. (To wyjaśnia, dlaczego gotówka również musiałaby tracić na wartości; w przeciwnym razie nikt nie zdecydowałby się na jej deponowanie przy ujemnym oprocentowaniu).
Jednym z częstych zarzutów wobec ujemnych stóp procentowych jest to, że szkodzą one zyskom banków. Taka sytuacja wynika ze zmniejszenia marży odsetkowej, czyli tzw. spreadu (różnicy między oprocentowaniem kredytów a depozytów klientów). Jest to jednak wyłącznie efekt uboczny sposobu obniżania stóp: poprzez rozszerzanie bilansu banku centralnego. Określa się to mianem luźnej polityki monetarnej. Sytuacja mogłaby wyglądać inaczej, gdyby banki centralne pobierały opłaty od banków komercyjnych od trzymanych rezerw. Wtedy ujemnych stopom procentowym mogłoby towarzyszyć zacieśnianie ilościowe (quantitative tightening), co z kolei pozwoliłoby bankom na utrzymanie odpowiedniej rentowności. Restrykcyjna polityka monetarna oparta na ujemnej stopie procentowej oznaczałaby wyższy koszt kapitału dla bardziej ryzykownych inwestycji, umożliwiając bankom centralnym pełnienie ich właściwej roli — zapobiegania przegrzewaniu się gospodarki w okresach ożywienia.
Ujemne oprocentowanie rezerw współgra z istniejącą infrastrukturą finansową: nadal funkcjonowałyby te same rynki papierów komercyjnych, międzybankowe rynki pieniężne, a nawet mechanizmy sekurytyzacji i instrumentów pochodnych. Jedyną zmianą byłaby stopa procentowa. Każda z tych instytucji ma głębszy cel, ukryty niczym gen recesywny, czekający na właściwy moment. Dotyczy to nawet najbardziej kontrowersyjnej instytucji – serca systemu finansowego, czyli Rezerwy Federalnej (oraz innych banków centralnych).
Wbrew powszechnym przekonaniom serce nie tylko pompuje krew, lecz także odbiera, analizuje i przekazuje informacje. Funkcjonuje jako narząd zmysłów, wytwarzając różnorodne hormony na podstawie składu krwi i jednocześnie reagując na obecność innych hormonów w organizmie. Ta zdolność wyczuwania sugeruje nowe spojrzenie na rolę głównego organu monetarnego, który powinien nie tylko „pompować” pieniądze, ale przede wszystkim reagować na potrzeby systemu gospodarczego. Rezerwa Federalna powinna wyczuwać tętno gospodarki, aby odpowiednio dostosowywać podaż pieniądza i poziom stóp procentowych. Wprowadzanie nowych środków pieniężnych do gospodarki może odbywać się poprzez operacje na otwartym rynku lub emisję pieniądza fiducjarnego przez rząd, w zależności od przyjętych reguł. Zasadniczo pieniądze tracone w wyniku demurrage muszą być uzupełniane w obiegu, aby zapobiec niedoborom i nadmiernej koncentracji bogactwa, które stanowią obecnie poważne zagrożenie. Dlatego wciąż potrzebujemy finansowego serca, które nasłuchuje i reguluje przepływ pieniądza w gospodarce.
Uważny czytelnik mógłby stwierdzić, że jeśli waluta i depozyty bankowe zostałyby obciążone ujemnym oprocentowaniem, ludzie mogliby szukać innych środków wymiany. Takimi przechowywaczami wartości byłyby przede wszystkim złoto oraz papiery wartościowe. Jeśli dostrzegliście ten problem, znajdujecie się w znakomitym towarzystwie. John Maynard Keynes, doceniając koncepcje Gesella, wyraził podobną wątpliwość: „Jeżeli banknoty utracą premię za płynność przez system znaczkowania, zastąpi je długa lista substytutów, takich jak: bankowe środki płatnicze, zobowiązania na żądanie, waluty zagraniczne, biżuteria czy metale szlachetne”. Ten zarzut można jednak stosunkowo łatwo odeprzeć (zresztą sam Keynes nie uważał tego za przeszkodę nie do pokonania, lecz za trudność, której Gesell nie zbadał dostatecznie). Bankowe środki płatnicze, jak wspomniałem wcześniej, również podlegałyby deprecjacji, podobnie jak fizyczna waluta. Zobowiązania na żądanie wymagałyby premii za ryzyko, która równoważyłaby premię za płynność. Z kolei dobra takie jak biżuteria wiążą się ze znacznymi kosztami przechowywania. Ostatecznie najistotniejsza jest natura pieniądza jako umowy społecznej, która poprzez regulacje prawnego środka płatniczego oraz zgodę społeczną może być świadomie akceptowana i stosowana. Keynes przyznał, że „idea stojąca za znaczkowanym pieniądzem jest słuszna”.
W rzeczywistości wszystko w świecie materialnym i społecznym generuje koszty, co Gesell obrazowo przedstawił na przykładzie gazet czy ziemniaków. Maszyny i urządzenia ulegają zużyciu, wymagają konserwacji i stają się przestarzałe. Nawet substancje odporne na utlenianie, takie jak złoto i platyna, muszą być transportowane, chronione i zabezpieczane przed kradzieżą. Monety z metali szlachetnych również ulegają ścieraniu lub mogą być celowo uszkadzane. To, że pieniądze stanowią wyjątek od tej uniwersalnej zasady przemijania, jest częścią szerszej ideologii ludzkiej wyjątkowości wobec natury. Rozkładająca się waluta nie jest więc sztucznym wymysłem, lecz potwierdzeniem naturalnego porządku rzeczy.
Starożytni Grecy, nieświadomie czerpiąc inspirację z właściwości nowego wynalazku, jakim był pieniądz, stworzyli koncepcję ducha, który w podobny sposób miał być ponad prawami natury: wieczny, abstrakcyjny, niematerialny. Ten podział na sferę duchową i materialną, skutkujący traktowaniem świata jako pozbawionego świętości, dobiega końca. Wraz z nim przemija rodzaj pieniądza, który ten podział utrwalał. Pieniądze nie będą już dłużej stanowić wyjątku od uniwersalnego prawa nietrwałości.
Trudność wskazana przez Keynesa podkreśla znaczenie unikania tworzenia sztucznych zasobów bogactwa, które podobnie jak obecny system pieniężny naruszają prawa natury. Doskonałym przykładem są prawa własności ziemi, które historycznie prowadziły do podobnej koncentracji bogactwa, jaką obecnie obserwujemy w przypadku pieniądza. Ujemne oprocentowanie waluty powinno iść w parze z opłatami za użytkowanie ziemi (zgodnie z koncepcjami George’a i Gesella), jak również z opłatami od wszelkich innych źródeł renty ekonomicznej.
Zarówno fizyczne dobra wspólne: ziemia, materiał genetyczny, ekosystem czy widmo fal elektromagnetycznych, jak i dobra niematerialne: idee, wynalazki, muzyka czy dziedzictwo historyczne, powinny podlegać takim samym kosztom, jak pieniądz. W przeciwnym razie obawy Keynesa mogą się ziścić. Na szczęście istnieje naturalna zbieżność między zasadnością społecznych zobowiązań wynikających z korzystania z dóbr wspólnych a koncepcją podatku od płynności, dotyczącego wszelkich alternatywnych nośników wartości. Ogólna reguła pozostaje ta sama, niezależnie, czy mówimy o pieniądzach, czy o towarach, możemy je zachować tylko wtedy, gdy wykorzystamy je w sposób przynoszący korzyść społeczną. Jeśli będziemy je jedynie przechowywać, ostatecznie je utracimy.
Nie każdy skorzysta na koncepcji wolnego pieniądza, przynajmniej w krótkiej perspektywie. Podobnie jak w przypadku inflacji spadek wartości waluty przynosi korzyści osobom zadłużonym, ale działa na niekorzyść wierzycieli. Jeden z internautów [komentujących artykuł na stronie „Financial Times”] celnie ujął to w następujący sposób:
Głównym powodem dążenia do utrzymania niskiej inflacji jest życzenie posiadaczy obligacji i bezpiecznych depozytów, by uzyskać realny zwrot z inwestycji. Mówiąc wprost: oczekują oni zysku z pożyczenia bankowi centralnemu pieniędzy, które sam wcześniej wyemitował. Tymczasem gospodarka potrzebuje zamożnych osób gotowych podejmować ryzyko, by napędzać inwestycje i wzrost. Jeśli część swojego majątku chcą trzymać w bezpiecznych depozytach, nie powinni zakładać, że jego realna wartość pozostanie niezmieniona.
Pogląd ten nawiązuje do myśli George’a i Gesella, według której samo posiadanie majątku nie powinno być źródłem korzyści. Właściciele bogactwa powinni być raczej jego opiekunami i zarządcami. Jeżeli nie wykorzystują go z pożytkiem dla społeczeństwa, majątek ten powinien trafić do osób, które zrobią to efektywnie.
Dawni rewolucjoniści podważali legalność większości zgromadzonego bogactwa, dążąc do jego zniesienia poprzez konfiskatę i redystrybucję. Proponuję jednak łagodniejsze, stopniowe rozwiązanie. Jedną z możliwości jest opodatkowanie zasobów pieniężnych. W takich warunkach zachowanie majątku byłoby możliwe wyłącznie poprzez podejmowanie ryzyka inwestycji lub mądre zarządzanie przepływem ludzkiej kreatywności. Uważam, że takie umiejętności zasługują na nagrodę – to właśnie ten aspekt często pomijały teorie marksistowskie, nie doceniając przedsiębiorczego wymiaru alokacji kapitału.
Podczas gdy ekonomiści wspomniani w tym rozdziale postrzegają ujemne stopy procentowe jako tymczasowy środek pobudzający akcję kredytową i zapobiegający deflacyjnej pułapce płynności, ich rzeczywiste znaczenie sięga znacznie głębiej. Niedobór płynności nie jest chwilową anomalią wywołaną pęknięciem bańki spekulacyjnej. To naturalny stan wynikający ze spadającej krańcowej efektywności kapitału, będącej skutkiem postępu technologicznego i konkurencji. Jak zauważył Keynes: „W miarę przyrostu aktywów ich krańcowa efektywność wykazuje tendencję spadkową. Jeśli stopa procentowa nie zostanie odpowiednio obniżona, w końcu nadejdzie moment, gdy dalsza ich produkcja stanie się nieopłacalna”.
Jak wcześniej argumentowałem, osiągnięcie takiego stanu było przez długi czas odsuwane dzięki rozwojowi technologii i imperializmowi, które przenosiły dobra i usługi z puli dóbr wspólnych do gospodarki pieniężnej. Jednak w miarę wyczerpywania się tych zasobów coraz pilniejsza staje się potrzeba przekroczenia przez stopy procentowe „granicy” zera. Jak podkreśla Keynes: „reformatorzy, którzy dążą do wprowadzenia sztucznych kosztów przechowywania pieniądza poprzez mechanizmy wymagające okresowego znaczkowania waluty dla zachowania jej wartości, są na właściwej drodze, a praktyczna wartość ich propozycji zasługuje na rozważenie”. Takie rozwiązanie (jak również jego współczesny odpowiednik, który omówiłem) umożliwiłoby dokonywanie inwestycji kapitałowych o ujemnej efektywności krańcowej. Innymi słowy – banki chętniej udzielałyby pożyczek na przedsięwzięcia przynoszące zerowy lub nawet lekko ujemny zwrot.
Biorąc pod uwagę, że główną przyczyną obecnego kryzysu jest nieuchronne spowolnienie wzrostu, a także uwzględniając ewolucję ludzkości w kierunku ekologicznie zrównoważonej gospodarki o stabilnym charakterze, koncepcje samolikwidującej się waluty oferują więcej niż tylko doraźne rozwiązanie gospodarczej stagnacji. Wskazują one solidne, długofalowe podstawy dla gospodarki nieuzależnionej od ciągłego wzrostu. W przeszłości kurczenie się PKB lub zastój gospodarczy pogłębiały przepaść między bogatymi a biednymi. Wolny pieniądz zapobiega takim sytuacjom, umożliwiając obieg pieniądza bez konieczności wspierania się wzrostem gospodarczym.
W połączeniu z innymi zmianami opisanymi w tej książce wolny pieniądz może głęboko wpłynąć na ludzką gospodarkę i psychologię. Tak bardzo przywykliśmy do świata pieniądza opartego na lichwie, że błędnie uznajemy wiele jego skutków za fundamentalne prawa ekonomii czy natury ludzkiej. System pieniężny odzwierciedlający nowe poczucie tożsamości oraz nową opowieść ludzkości – współzależnego „ja” działającego harmonijnie z Ziemią –przyniesie zupełnie inne rezultaty. Wiele intuicji kształtowanych przez stulecia straci na aktualności. Chciwość, niedobór, kwantyfikacja i utowarowienie wszystkiego, „preferencja czasowa” faworyzująca natychmiastową konsumpcję, deprecjacja przyszłości względem teraźniejszości, sprzeczność między interesem finansowym a dobrem wspólnym czy utożsamianie bezpieczeństwa z gromadzeniem dóbr – wszystko to przestanie być oczywiste.
Kryzys zadłużenia: szansa na przemianę
Obecny kryzys zadłużenia może stać się wyjątkową okazją do wprowadzenia ujemnie oprocentowanego pieniądza, szczególnie w kontekście „bomby zadłużeniowej”, która w 2008 roku niemal doprowadziła do upadku światowej gospodarki. Mamy do czynienia z ogromnymi poziomami zadłużenia: państwowego, hipotecznego, z kart kredytowych, pożyczek studenckich i innych zobowiązań, które najprawdopodobniej nigdy nie zostaną spłacone. Zamiast rozbroić tę bombę, odsunięto jedynie problem w czasie. Nowe pożyczki pozwalają dłużnikom regulować stare zobowiązania, ale bez wzrostu dochodów, który jest możliwy wyłącznie w obliczu wzrostu gospodarczego, ogólnie zadłużenie będzie tylko rosło. Prędzej czy później niewypłacalność okaże się nieunikniona. Czy istnieje jakieś wyjście z tej sytuacji?
Tak – jest nim współczesna wersja reformy gospodarczej Solona sprzed 2600 lat: umorzenie długów połączone z reformą zasad dotyczących pieniądza i własności. Wcześniej czy później nieunikniona stanie się konfrontacja z faktem, że długi nigdy nie zostaną spłacone. Albo będą nadal obowiązywać, skazując zadłużone jednostki i narody na wieczną niewolę, albo zostaną umorzone, a konta wyczyszczone. Problem drugiego rozwiązania polega na tym, że dług i oszczędności są ze sobą nierozerwalnie związane. Anulowanie długów uderzyłoby w niewinnych oszczędzających i inwestorów, co mogłoby doprowadzić do załamania całego systemu finansowego. Nagły krach wywołałby masowe niepokoje społeczne, wojny, rewolucje i głód. Aby temu zapobiec, rozwiązaniem pośrednim jest stopniowe zmniejszanie zadłużenia.
Kryzys finansowy z 2008 roku pokazał możliwości wdrożenia nowych rozwiązań w ramach przejścia na gospodarkę o ujemnym oprocentowaniu. Kiedy załamanie gospodarcze zagroziło niewypłacalnością kluczowych instytucji finansowych, Rezerwa Federalna zareagowała monetyzacją złych długów, zamieniając toksyczne aktywa na gotówkę oraz prowadząc podobne działania w stosunku do długu publicznego poprzez program luzowania ilościowego. Aby zapobiec przyszłym kryzysom, podobne działania będą musiały zostać podjęte na znacznie większą skalę.
Główny problem polega na tym, że ogromne ilości nowych pieniędzy trafiają do wierzycieli, a nie do dłużników. W rezultacie ci pierwsi nie są bardziej zmotywowani do udzielania nowych pożyczek, podczas gdy sytuacja finansowa tych drugich nie ulega poprawie. Działania Rezerwy Federalnej spotkały się z ostrą krytyką, ponieważ w efekcie zasiliły drapieżne instytucje finansowe żywą gotówką w zamian za toksyczne inwestycje, których rzeczywista wartość rynkowa wynosiła zaledwie kilka centów za dolara. Instytucje te otrzymały pełną wartość nominalną, a następnie zainwestowały otrzymaną gotówkę w bezpieczne obligacje, wypłaciły premie kadrze zarządzającej lub przejęły mniejsze podmioty.
Tymczasem dłużnicy nie doczekali się umorzenia długów, co tylko pogłębiło rozwarstwienie majątkowe.
Co by się stało, gdyby przekształcić ten dług w pieniądze o ujemnym oprocentowaniu? Wierzyciele, zamiast zyskać, otrzymaliby samolikwidujące się aktywa, co jednak zapewniłoby im ochronę przed nagłym załamaniem finansowym. Jeśli chodzi o dłużników, władze monetarne mogłyby zmniejszyć lub umorzyć ich zobowiązania o dowolną kwotę, którą uznałyby za odpowiednią (co najprawdopodobniej zostałoby ustalone w procesie politycznym). Na przykład odsetki od kredytów studenckich mogłyby zostać obniżone do zera, koszty kredytów hipotecznych zredukowane do poziomu sprzed bańki internetowej, a zadłużenie państw trzeciego świata całkowicie anulowane.
Monetyzacja długu wprawdzie zwiększałaby bazę monetarną, ale dzięki opłacie przestojowej naturalnie kurczyłaby się z czasem. Władze mogłyby również przyspieszyć ten proces poprzez sprzedaż zrestrukturyzowanych długów na wolnym rynku.
Bez ujemnych stóp procentowych i rozsądnie przeprowadzonego umorzenia części długów działania Rezerwy Federalnej oznaczałyby jedynie darmowe pieniądze dla osób, które już są najbogatsze. Jeśli banki i inwestorzy chcą zachować swoje majątki, powinni zaakceptować system ograniczający ich dalszą akumulację. Owszem, finansowi potentaci mogą stopniowo tracić na tej propozycji, ale jaką mamy alternatywę? Rosnące rozwarstwienie majątkowe jest nie do utrzymania.
Potencjał zmian, który ujawnił się w 2008 roku, z pewnością pojawi się ponownie. Bez cudu w postaci wysokiego wzrostu gospodarczego kryzys zadłużenia nie zniknie samoistnie. Każde dotychczasowe rozwiązanie prowadziło do większego zadłużenia, przenosząc je jedynie z osób fizycznych i korporacji na całe narody (a potem z powrotem). Przykład Irlandii z 2010 roku pokazuje, jak pomoc bankom komercyjnym przeniosła problem na państwo, wywołując kryzys długu publicznego. Aby uniknąć katastrofy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny zaoferowały później rządowi pożyczkę oprocentowaną na 6%, aby spłacić zobowiązania, ale dopóki gospodarka Irlandii nie będzie rosnąć w tempie większym niż to 6% (co jest niemożliwe w świetle surowych cięć oszczędnościowych, które były warunkiem pożyczek), problem pojawi się ponownie za kilka lat i będzie jeszcze poważniejszy. W praktyce jedynie odsunęliśmy kłopoty w przyszłość.
Posiadacze obligacji nie chcą ponosić strat, pragną rosnących zysków, ale w dłuższej perspektywie spełnienie tych oczekiwań jest matematycznie niemożliwe. Zadłużenie można utrzymywać tylko tak długo, jak długo reszta społeczeństwa będzie skłonna akceptować pogarszające się warunki: więcej oszczędności, więcej ubóstwa, więcej dochodów przeznaczanych na obsługę długów. W końcu jednak ludzie powiedzą: „Dość!”. Ratunek finansowy będzie nadal niezbędny, ponieważ nagła niewypłacalność całego systemu mogłaby przynieść katastrofalne skutki, ale w momencie, gdy to nastąpi – co może zdarzyć się jednocześnie w wielu miejscach – musimy stawić czoła rzeczywistości. Koncentracja bogactwa i dominacja lichwy, które stoją za rosnącym zadłużeniem muszą się zakończyć. Zapewne nie będziemy mieli innego wyboru, jak ratować najbogatszych, ponieważ wszystkie części globalnej gospodarki są ze sobą powiązane, ale taka pomoc musi mieć swoją cenę: stopniowe uwolnienie społeczeństwa z pęt zadłużenia.
Myślenie o przyszłości
Refleksja nad przyszłością nie powinna koncentrować się wyłącznie na technicznych aspektach finansów. Należy pamiętać o istocie całego przedsięwzięcia: przywróceniu pieniądzom ich prawdziwej roli jako narzędzia łączącego zasoby z potrzebami oraz jako katalizatora, który harmonizuje ludzką kreatywność w dążeniu do wspólnego celu. Choć twierdzenie, że mogą być one kluczowym elementem piękniejszego świata może wydawać się osobliwe, powinniśmy dostrzegać w nich potencjał, zamiast widzieć jedynie źródło problemów i niesprawiedliwości.
Nasza niechęć wydaje się zakorzeniona w obecnej formie pieniądza. Pieniądze z ujemnym oprocentowaniem, wspierane przez zasady ekonomii ekologicznej, odwróciłyby jednak do góry nogami wszelkie idee epoki lichwy. To podejście niesie ze sobą rewolucyjne zmiany, które mogą głęboko wpłynąć na naszą egzystencję, zarówno w wymiarze zewnętrznym, jak i wewnętrznym.
W rozdziale 9 Opowieść wartości wyjaśniłem, jak obecna umowa społeczna związana z kreacją pieniądza sprzyja podejściu, w którym kapitał trafia jedynie do tych będących w stanie pomnożyć go jeszcze bardziej (co jedynie napędza ekspansję sfery przemysłowej i handlowej). W takim systemie energia społeczeństwa jest ukierunkowana na to, co rozszerza sferę własności, sferę człowieka, sferę posiadania. Innymi słowy – jest to część dążenia ludzkości do dominacji nad naturą.
Obniżenie stóp procentowych poniżej „granicy zerowej” umożliwia inwestycje, które przynoszą zerowy lub nawet ujemny zwrot. Choć takie podejście może wydawać się sprzeczne z tradycyjnym rozumieniem inwestycji, warto zastanowić się nad jego potencjalnymi korzyściami. Nasz sposób myślenia jest bowiem silnie uwarunkowany przez kulturę ciągłego wzrostu, co utrudnia wyobrażenie sobie modeli biznesowych, które nie byłyby oparte na zysku (oczywiście istnieją organizacje non profit, ale zasadniczo różnią się one od firm nastawionych na zysk – to rozróżnienie może jednak wkrótce zacząć się zacierać).
Oto przykład, który pokazuje, jak nietypowe jest to podejście. Wyobraźcie sobie, że idziecie do banku i mówicie: „Chcielibyśmy pożyczyć pieniądze na własny biznes. Oto nasz biznesplan. Jeśli pożyczycie nam milion dolarów, w ciągu czterech lat zarobimy dziewięćset tysięcy dolarów i tyle chcielibyśmy wam oddać po tym okresie”. „Podoba nam się wasz biznesplan” – odpowiada bank. „Oto wasze pieniądze”. Dlaczego bank się zgadza? Ponieważ ten milion, gdyby pozostał gotówką, straciłby na wartości jeszcze szybciej. Przy opłacie przestojowej wynoszącej np. 7% rocznie po 4 latach zostałoby tylko 740 tysięcy dolarów, a zatem udzielenie takiego kredytu byłoby dla instytucji w pełni uzasadnione ekonomicznie.
Aby lepiej zrozumieć dynamikę upadającej waluty, warto spojrzeć na nią przez pryzmat inflacji i jej wpływu na sposób, w jaki postrzegamy przyszłe przepływy pieniężne. W mojej książce Ascent of Humanity opisałem to zjawisko następująco:
Podczas gdy oprocentowanie zachęca do dyskontowania przyszłych przepływów pieniężnych, opłaty postojowe skłaniają do myślenia długofalowego. Weźmy przykład: według dzisiejszych zasad księgowości las przynoszący 1 milion dolarów rocznie zawsze będzie mniej wartościowy niż jego natychmiastowa wycinka za 50 milionów dolarów (przy stopie dyskontowej 5% „wartość bieżąca netto” niewyciętego lasu wynosi zaledwie 20 milionów dolarów). Takie dyskontowanie przyszłości prowadzi do powszechnie znanej krótkowzroczności korporacji, które poświęcają długoterminowy dobrobyt – nawet własny – na rzecz szybkich zysków. W gospodarce opartej na odsetkach takie zachowanie jest całkowicie racjonalne, ale w systemie z opłatą postojową zdrowy rozsądek skłaniałby do zachowania lasu. Chciwość nie motywowałaby już do okradania przyszłości na rzecz teraźniejszości, ponieważ natychmiastowe spieniężanie inwestycji straciłoby swoją atrakcyjność.
Wyobraźmy sobie następujący scenariusz: jako prezydent świata otrzymujecie propozycję od przybyszów z kosmosu: „Wielki Przywódco, światowy produkt brutto wynosi obecnie 10 bilionów dolarów rocznie. Oferujemy 600 bilionów dolarów za całą Ziemię. Owszem, planujemy wydobyć wszystkie zasoby, zniszczyć glebę, zatruć oceany, zamienić lasy w pustynie i wykorzystać planetę jako składowisko odpadów radioaktywnych, ale pomyśl – 600 bilionów dolarów! Wszyscy staną się bogaci!”. Naturalnie odpowiedź brzmiałaby: „Nie”. Paradoksalnie realizujemy dziś dokładnie taki scenariusz, generując w ciągu dekady około 600 bilionów dolarów (obecny światowy produkt brutto to około 60 bilionów dolarów rocznie). Każdego dnia podejmujemy miliardy decyzji prowadzących do wyprzedaży bogactw Ziemi.
W gospodarce lichwiarskiej takie rozumowanie ma swoją logikę. Przy obecnych stopach procentowych 600 bilionów dolarów światowego PKB powinno generować roczny dochód rzędu 20 bilionów. Wcześniej w książce The Ascent of Humanity cytowałem ekonomistów twierdzących, że skoro rolnictwo stanowi jedynie 3% PKB, nawet 50-proc. spadek produkcji rolnej nie miałby większego znaczenia. PKB (czyli rzekomy wskaźnik ogólnego dobrostanu) spadłby zaledwie o 1,5%. W artykule opublikowanym w 1997 roku w czasopiśmie „Nature” ekonomista Robert Costanza oszacował wartość globalnego ekosystemu na 33 biliony dolarów – zaledwie 20% więcej niż ówczesny światowy produkt brutto. Jego intencje były dobre: chciał dostarczyć ekonomicznych (nie tylko moralnych) argumentów za ochroną planety. Jednak zgodnie z tą samą logiką, logiką wartości, powinniśmy sprzedać planetę, gdyby pojawiła się odpowiednio atrakcyjna oferta.
Co więcej, czy nie jest przygnębiające uciekanie się do argumentu, że powinniśmy chronić ekosystem ze względu na oszczędności finansowe? Takie podejście przyjmuje podstawowe założenie, które jest źródłem wielu problemów: że pieniądze są właściwą miarą wartości, że wszystko można i należy mierzyć oraz kwantyfikować, że najlepsze decyzje podejmuje się przez dodawanie liczb.
„Zrównoważony rozwój” stał się pustym hasłem, przegrywającym walkę z zyskiem. Mimo czterech dekad wysiłków ekologów lasy wymierają, jeziora wysychają, pustynie się rozrastają, a lasy deszczowe nadal są wycinane – tempo tych procesów zwolniło tylko nieznacznie. Na każdym kroku musimy mierzyć się z potężną siłą pieniądza, która koncentruje się wyłącznie na krótkoterminowych zyskach, często kosztem długofalowego przetrwania. Lenin trafnie zauważył, że „kapitaliści sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”. Ta krótkowzroczność kapitału wynika w znacznej mierze z mechanizmu oprocentowania, który wymusza dyskontowanie przyszłych przepływów pieniężnych.
Gdy stopy procentowe spadają poniżej zera, sposób myślenia ulega zmianie. Wróćmy do scenariusza, w którym jesteście prezydentem świata – teraz złożona przez kosmitów oferta zniszczenia Ziemi za określoną sumę przestaje być kusząca. Przy ujemnym oprocentowaniu żadna kwota nie byłaby wystarczająca, by spieniężyć Ziemię, ponieważ wartość pieniądza w przyszłości przewyższałaby tę samą wartość obecnie. Odpowiedź skierowana do kosmitów brzmiałaby: „Nie sprzedamy Ziemi za żadne skarby”.
Czy nie tak właśnie powinniśmy reagować, gdy ekonomia próbuje wyceniać naturalne podstawy naszej cywilizacji i życia jako takiego? Czy nie powinniśmy już dziś odmawiać handlowania tym, co bezcenne, niezależnie od proponowanej kwoty? Musimy przestać spieniężać piękno, życie, zdrowie i przyszłość naszych dzieci.
Zdaję sobie sprawę, że mój przykład ze sprzedażą Ziemi jest prowokacyjny i można by go podważyć na gruncie ekonomicznym. Chcę jednak podkreślić, że ujemne oprocentowanie fundamentalnie zmienia nasze pojmowanie wartości. Działania przynoszące korzyści dla świata w przyszłości – czy to za 30, 50, czy 100 lat – staną się uzasadnione finansowo (w przeciwieństwie do obecnej sytuacji, w której podejmują je wyłącznie idealiści). W systemie, w którym wartość pieniądza maleje z czasem, nasze ideały przestaną stać w sprzeczności z interesami ekonomicznymi.
Rozważmy praktyczny przykład: zastanawiacie się nad instalacją paneli słonecznych w swojej firmie. Koszt początkowy wynosi 100 tysięcy dolarów, a roczne oszczędności to 1 tysiąc dolarów. Obecnie taka inwestycja wydaje się nieopłacalna, ponieważ skumulowana wartość bieżąca oszczędności, jakie wygeneruje ona w przyszłości, jest znacznie niższa niż początkowy wydatek. Jednak przy zerowym lub ujemnym oprocentowaniu inwestycja staje się finansowo uzasadniona. Niektórzy już dziś podejmują takie decyzje, działając wbrew logice ekonomicznej, ponieważ czują, że obecny system jest wadliwy. Musimy doprowadzić do harmonii między pieniądzem a dobrem społecznym.
Jeszcze jeden przykład: załóżmy, że posiadacie las. Możecie go wyciąć dla natychmiastowego zysku 1 miliona dolarów albo gospodarować nim w sposób zrównoważony, uzyskując bezterminowo 10 tysięcy dolarów rocznie. Obecnie odsetki od miliona dolarów wynoszą co najmniej dwukrotność tego dochodu, więc bardziej opłaca się zamienić las na gotówkę, ale gdyby stopy procentowe były ujemne, ta logika straciłaby sens.
Uwzględnienie kosztów zewnętrznych działa w synergii z walutą o ujemnym oprocentowaniu, sprawiając, że pieniądz staje się siłą napędową dobra społecznego. Pierwszy mechanizm łączy interes prywatny z interesem publicznym, podczas gdy drugi sprzyja myśleniu długoterminowemu. Choć każde z tych rozwiązań osobno poprawia obecny system, żadne samo w sobie nie gwarantuje zrównoważonego świata. Razem jednak mogą dostosować decyzje gospodarcze do długofalowych potrzeb społeczeństwa i planety.
Oczywiście istnieją sytuacje, w których myślenie zorientowane na przyszłość nie jest właściwe. Są potrzeby, które wolimy zaspokoić natychmiast. Głodny człowiek wybierze jeden posiłek teraz zamiast 100 posiłków za rok. Szkoła austriacka, a szerzej ekonomia neoklasyczna, wywodzi z takich przykładów tezę, że ludzką naturą jest dążenie do natychmiastowej konsumpcji. Patrząc na zagadnienie odsetek, można je uznać za swoistą rekompensatę za odroczenie konsumpcji – nagrodę za to, że rezygnujemy z natychmiastowej przyjemności wydawania pieniędzy. Choć naturalnym odruchem byłoby szybkie wykorzystanie dostępnych środków, decydujemy się poczekać, wiedząc, że dzięki odsetkom zyskamy więcej w przyszłości. W ekonomii zjawisko to określa się mianem preferencji czasowej. Pojęcie to stanowi fundament modelu zdyskontowanej użyteczności w czasie, stworzonego przez Paula Samuelsona w latach 30. XX wieku, który do dziś pozostaje kluczowym elementem głównego nurtu teorii ekonomicznych. Co ciekawe w jednym ze znalezionych przeze mnie artykułów z zakresu ekonomii matematycznej, który odnosił się do walut tracących w czasie, znaczenie preferencji czasowej ujawniło się podczas konstruowania (ostatecznie błędnego) dowodu szkodliwości takiej waluty dobru społecznemu.
Keynes przedstawił odmienne spojrzenie na preferencję czasową. Nie odrzucił jej całkowicie, ale zauważył istotną prawidłowość – im większe stają się nasze dochody, tym mniejszą ich część jesteśmy skłonni wydawać. Jest to dość intuicyjne: gdy cierpimy głód, priorytetem będzie zdobycie pożywienia, ale gdy nasze podstawowe potrzeby są zaspokojone, możemy przeznaczyć nadwyżki na książki, rozrywkę czy nawet luksusowy samochód. Zasadniczo wraz ze wzrostem dochodów maleje pilność ich wydawania. Keynes twierdził ponadto, że ludzie mają naturalną skłonność do oszczędzania i nie potrzebują do tego dodatkowej zachęty w postaci odsetek. Uważał wręcz, że wysokie odsetki są szkodliwe, gdyż prowadzą do nadmiernej koncentracji bogactwa, dlatego opowiadał się za utrzymywaniem niskich lub nawet ujemnych stóp procentowych.
Podczas studiowania publikacji ekonomicznych z końca lat 30. i z lat 40. uderzyła mnie niezwykła zawziętość i emocjonalny ton krytyki, z jaką spotykały się teorie Keynesa ze strony ekonomistów głównego nurtu. Taka pogarda pojawia się zawsze, gdy ortodoksyjne środowisko dostrzega, że nowa teoria podważa fundamenty jego dziedziny. Koncepcje Keynesa stanowiły co najmniej dwa poważne wyzwania dla dotychczasowego myślenia. Po pierwsze, jego teoria naturalnej skłonności do oszczędzania sugerowała, że pieniądz podlega prawu malejącej użyteczności krańcowej – każda kolejna jednostka pieniężna ma dla nas coraz mniejszą wartość. Choć wydaje się to oczywiste, klasyczni ekonomiści, przyzwyczajeni do tworzenia liniowych zależności między pieniądzem a użytecznością, mieli problem z przyjęciem tej koncepcji. W ich rozumieniu człowiek dąży do maksymalizacji własnego interesu poprzez gromadzenie jak największej ilości pieniędzy.
Odrzucenie tej zależności między pieniądzem a użytecznością prowadzi do podważenia przekonania, że maksymalizacja wzrostu gospodarczego automatycznie przekłada się na dobro wspólne. Jednocześnie kwestionuje utylitarystyczne uzasadnienie kapitalizmu skupionego na bogactwie, otwierając przestrzeń dla koncepcji sprawiedliwej redystrybucji majątku. Z matematycznego punktu widzenia jeśli przyjmiemy założenie o malejącej użyteczności krańcowej pieniądza, optymalne staje się jego równomierne rozdzielenie w społeczeństwie. Nie dziwi zatem, że tego typu keynesowskie rozumowanie spotyka się z ostrą krytyką, szczególnie ze strony najzamożniejszych warstw społeczeństwa, które postrzegają je jako zagrożenie dla swoich interesów.
Spojrzenie Keynesa na preferencję płynności niesie ze sobą jeszcze głębsze implikacje. Warto przeanalizować pogląd ekonomistów klasycznych i przedstawicieli szkoły austriackiej, według których ludzie są z natury rozrzutni. Jak stwierdził XIX-wieczny ekonomista N.W. Senior: „powstrzymanie się od natychmiastowej przyjemności na rzecz przyszłych korzyści to jedno z najtrudniejszych wyzwań dla ludzkiej woli”. Podobne stanowisko prezentuje współczesny zwolennik von Misesa:
Kredyty nie mogłyby istnieć bez wcześniejszych oszczędności, czyli bez świadomego ograniczenia bieżącej konsumpcji dostępnych dóbr (co właśnie tworzy nadwyżkę produkcji nad konsumpcją). Nie byłoby ani odsetek, ani preferencji czasowych, a stopa procentowa osiągnęłaby wartość nieskończenie wysoką, co – poza rajskim ogrodem – oznaczałoby życie na poziomie zwierzęcym. Innymi słowy – ludzie musieliby mierzyć się z rzeczywistością, dysponując wyłącznie własnymi rękami i pragnieniem natychmiastowej gratyfikacji.
W tym ujęciu odsetki stają się nagrodą za oszczędność i powściągliwość. Takie podejście odzwierciedla głęboko zakorzenione przekonanie, że postęp duchowy i materialny wymaga przezwyciężenia natury, zarówno sił zewnętrznych, jak i wewnętrznych instynktów. Wstrzemięźliwość jest postrzegana jako najwyższa cnota, odróżniająca człowieka od zwierząt i umożliwiająca osiągnięcie wyższego poziomu egzystencji. Karol Marks celnie ujął to zjawisko: „Kult pieniądza zawiera w sobie ascezę, samozaparcie i poświęcenie – gospodarność i wstrzemięźliwość, pogardę dla przyziemnych, doczesnych i ulotnych przyjemności; to nieustanna pogoń za wiecznym skarbem. Stąd wynika ścisły związek między angielskim purytanizmem, lub holenderskim protestantyzmem, a dążeniem do bogacenia się”.
Ta filozofia głęboko przeniknęła do naszej kultury, ucząc nas odkładania natychmiastowej gratyfikacji na później. Zachęca do samodyscypliny, obiecując przyszłe nagrody. Współczesne życie pełne jest takich przykładów: ból dzisiaj oznacza zysk jutro. Odrabiamy prace domowe dla dobrych ocen. Chodzimy do pracy dla wynagrodzenia. Ćwiczymy dla zdrowia. Przestrzegamy diety, by zachować szczupłą sylwetkę. Poświęcamy życie dobrze płatnej, choć może niesatysfakcjonującej pracy, by zapewnić sobie komfortową emeryturę. We wszystkich tych działaniach stosujemy system kar i nagród, by przezwyciężyć własne lenistwo i egoizm. Odsetki stają się w tym systemie narzędziem motywującym do walki z własnymi słabościami.
Ale czy rzeczywiście taka jest ludzka natura? Czy jesteśmy zaprogramowani na nieustanną, nieograniczoną konsumpcję, ignorując przy tym innych ludzi i własną przyszłość? Niekoniecznie. Starożytni Grecy, mimo że nie grzeszyli nadmiernym optymizmem w ocenie ludzkich instynktów, mieli w tej kwestii rację. Jak zauważył Arystofanes, we wszystkim – czy to w chlebie, winie, przyjemnościach cielesnych – istnieje punkt nasycenia. Nasze potrzeby są ograniczone, a gdy je zaspokoimy, stajemy się otwarci na inne aspekty życia, w tym na dzielenie się z innymi. „Ale pieniędzmi nie można się nasycić” – zapewne usłyszymy. A zatem nie sama konsumpcja jest nieograniczona, lecz pragnienie posiadania pieniędzy. Gdy ludzie mają nadmiar dóbr materialnych, zaczynają pożądać samych pieniędzy i niezależnie od zgromadzonej kwoty zawsze będą chcieli więcej. To zjawisko umyka uwadze szkół neoklasycznej i austriackiej. Gesell i Keynes próbowali jednak pozbawić pieniądz przynajmniej niektórych cech, które sprawiają, że ludzie pragną go bez ograniczeń. Keynes był świadomy tego fenomenu i wyraźnie podkreślał, że dominacja preferencji płynności nad preferencją czasową stanowi fundamentalne założenie jego teorii – nazywał to „prawem psychologicznym”.
Oczywiście dla niektórych ludzi – uzależnionych od jedzenia, seksu czy alkoholu – rzeczy wymienione przez Arystofanesa nigdy nie będą wystarczające. Czy jednak dowodzi to tego, że ludzie są z natury chciwi? Przykład uzależnienia pokazuje istotę problemu z pieniędzmi. Nałóg pojawia się, gdy używamy czegoś jako substytutu tego, czego naprawdę pragniemy lub potrzebujemy: np. traktujemy jedzenie jako rekompensatę braku więzi międzyludzkich, a seks jako substytut bliskości emocjonalnej. Pieniądz, będąc uniwersalnym środkiem wymiany, staje się substytutem wielu rzeczy, w tym tych, które system gospodarczy zdążył już zniszczyć.
Mówiąc o „płynności” pieniądza, mamy na myśli jego zdolność do łatwej wymiany na inne dobra. We współczesnej gospodarce możemy zamienić praktycznie każdy towar na inny, ale nie tak łatwo. Dlaczego mielibyśmy preferować pieniądze jako środek wymiany, zamiast innych dóbr? Poza sytuacjami, gdy potrzebujemy szybko zaspokoić konkretne potrzeby, wybieramy gotówkę, ponieważ nie traci ona na wartości podczas przechowywania.
Ta niezniszczalność pieniądza czyni go nie tylko uniwersalnym środkiem wymiany, lecz także wszechobecnym celem samym w sobie. Gdyby uczynić go nietrwałym, zachowałby funkcję środka wymiany, tracąc jednocześnie status uniwersalnego celu. Taka zmiana mogłaby fundamentalnie wpłynąć na ludzkie rozumienie bogactwa i otworzyć drogę do zupełnie nowej koncepcji, radykalnie odmiennej od wszystkiego, co znamy.
Więcej dla mnie to więcej dla ciebie
Wprowadzenie wolnego pieniądza zmieni jego rolę – zacznie on przypominać parasol. Przyjaciele i znajomi zaczną pomagać sobie nawzajem, pożyczając potrzebne środki. Nikt nie będzie utrzymywał dużych zapasów gotówki, ponieważ system zmusi pieniądz do ciągłego obiegu, a dzięki temu rezerwy finansowe stracą na znaczeniu – przepływ waluty stanie się regularny i niezakłócony.
Silvio Gesell
We współczesnej ekonomii pieniądz pełni dwie podstawowe funkcje: jest środkiem wymiany oraz magazynem wartości. Aby dobrze zrozumieć skutki ujemnego oprocentowania, należy przyjrzeć się obu zastosowaniom oddzielnie. Jest to istotne, ponieważ tradycyjnie postrzega się je jako cechy nierozłączne, mimo że połączenie obu tych ról w jednym narzędziu tworzy pewien paradoks – środek wymiany musi znajdować się w obiegu, aby spełniać swoją funkcję, podczas gdy magazyn wartości należy trzymać poza nim. Ta sprzeczność od dziesięcioleci (a może i dłużej) powoduje napięcie między bogactwem indywidualnym a dobrobytem całego społeczeństwa.
Gdyby udało się wyeliminować tę sprzeczność z systemu pieniężnego, mogłoby to znacząco wpłynąć na naszą zbiorową świadomość. Jak wspomniałem wcześniej, obecnie pieniądze symbolizują zasadę „im więcej dla mnie, tym mniej dla ciebie”, natomiast w gospodarce opartej na darach zasada jest odwrotna: „więcej dla ciebie oznacza również więcej dla mnie”, ponieważ ci, którzy posiadają, dzielą się z potrzebującymi. Wymiana darów wzmacnia poczucie przynależności do większej całości. Czy zatem możliwe jest nadanie pieniądzom cech charakterystycznych dla darów?
W gospodarce wykorzystującej wolny pieniądz pojęcie bogactwa nabiera nowego znaczenia, przypominającego to znane ze społeczności opartych na wymianie darów. W społecznościach łowiecko-zbierackich posiadanie dóbr mogło stanowić dosłowne obciążenie. „Koszt przechowywania”, który współcześnie dotyczy wszystkiego poza pieniędzmi, był tam oczywistą rzeczywistością. Podobnie w osiadłych społecznościach rolniczych majątek w postaci bydła czy zapasów zboża, choć pożądany, nie dawał takiego poczucia bezpieczeństwa jak silne więzi społeczne oparte na wzajemnym dawaniu i otrzymywaniu. Zboże mogło się zepsuć, bydło mogło paść, ale jeśli było się szczodrym wobec swojej społeczności, nie trzeba było się tym nadmiernie przejmować.
Wolny pieniądz przywraca sposób myślenia charakterystyczny dla łowców-zbieraczy. W obecnym systemie korzystniej jest posiadać 1 tysiąc dolarów, niż mieć 10 dłużników winnych po 100 dolarów. W systemie z ujemnym oprocentowaniem sytuacja byłaby odwrotna – o ile nie musielibyśmy wydać pieniędzy od razu. Ponieważ wartość waluty malałaby z czasem, lepiej byłoby ją komuś pożyczyć. Przypomina to sytuację z chlebem, którego mamy więcej, niż jesteśmy w stanie zjeść. Jeśli w przyszłości będę potrzebował pieniędzy, zawsze mogę pożyczyć je od kogoś z mojej sieci wzajemnych przysług, kto akurat będzie miał ich nadmiar. Podobnie pierwotny myśliwy, który upolował dużą zwierzynę, rozdawał większość mięsa według więzów rodzinnych, osobistych zobowiązań czy aktualnych potrzeb wspólnoty.
W takim układzie lepiej jest mieć wielu „dłużników” niż górę psującego się mięsa (nawet suszonego, które trzeba transportować i chronić). Po co gromadzić zapasy, skoro społeczność jest tak hojna, jak jest się dla niej? Bezpieczeństwo wynika z dzielenia się. Pomyślność sąsiada jest częścią dobrostanu poszczególnych jednostek. Gdy znajdzie się nieoczekiwane źródło bogactwa, organizuje się ucztę, dzieląc się z innymi. Jak powiedział członek plemienia Pirahã, zapytany o przechowywanie żywności: „Moje zapasy znajdują się w brzuchu mojego brata”. Podobne podejście obrazuje koncepcja bogactwa u !Kungów, którą antropolog Richard Lee poznał w rozmowie z !Xomą, członkiem tego plemienia:
Zapytałem !Xomę: „Co sprawia, że człowiek jest kaiha [bogaty] – czy to posiadanie wielu worków kai [koralików i innych kosztowności] w chacie?”. „Samo posiadanie kai nie czyni cię kaiha” – odpowiedział !Xoma. „Dopiero gdy ktoś sprawia, że dobra krążą wokół niego, możemy nazwać go kaiha”.
!Xoma zdawał się mówić, że bogactwa nie mierzy się ilością posiadanych dóbr, lecz liczbą przyjaciół. O zamożności świadczyła częstotliwość wymiany dóbr, a nie posiadana ich ilość.
Bogactwo w systemie wolnego pieniądza ewoluuje w kierunku modelu znanego z regionu północno-zachodniego Pacyfiku czy Melanezji, gdzie przywódcy odgrywali rolę „węzłów dystrybucyjnych” dla dóbr krążących między grupami społecznymi, gromadząc nie tyle dobra materialne, co zobowiązania do szczodrości. Czy potrafimy wyobrazić sobie społeczeństwo, w którym największy prestiż i władzę zdobywają ci dzielący się najchętniej?
Tak właśnie było w społecznościach archaicznych, w których status wynikał z hojności, ta zaś rodziła wdzięczność i zobowiązania. Aby zostać władcą lub królem, trzeba było organizować wystawne uczty i szczodrze obdarowywać tak równych sobie, jak i podwładnych. Doskonałym przykładem jest Pieśń o Nibelungach, w której hojność Krymhildy, wdowy po Zygfrydzie, zagroziła autorytetowi króla, co doprowadziło do jej zabójstwa i wrzucenia skarbu do Renu (gdzie swoją drogą znajduje się do dziś!). Autorytet władcy opierał się na rozdawnictwie, a gdy ktoś zaczynał przewyższać go w szczodrości, zagrażał jego pozycji.
W gospodarce opartej na wolnym pieniądzu bezodsetkowe kredyty przypominają dawne dary. Mimo że takie pożyczki mogą wydawać się sprzeczne z tradycyjną ideą daru (w której nie określa się z góry odwzajemnienia), nadal możemy mówić o darze – nie samych pieniędzy, ale możliwości ich wykorzystania. Dawniej społeczne zobowiązania dotyczące obdarowywania były społecznie określone, podobnie jak dzisiejsze umowy i kontrakty. U podstaw tych zachowań leży jedna myśl: osoby posiadające nadwyżki dzielą się nimi z innymi. Wystarczy zatem stworzyć system finansowy, który będzie wspierał taką hojność, zamiast do niej zniechęcać. Nie ma potrzeby zmieniać ludzkiej natury. Jak wykazałem w książce The Ascent of Humanity, ludzie mają naturalną skłonność do szczodrości:
W systemie opartym na odsetkach bezpieczeństwo wynika z gromadzenia waluty, podczas gdy w gospodarce opartej na zasadzie demurrage bierze się ono z istnienia kanałów jej przepływu. Taki system kładzie nacisk na relacje międzyludzkie zamiast na posiadanie, czym wzmacnia więzi społeczne. Wspiera to koncepcję tożsamości opartej nie na gromadzeniu coraz większej części świata w sferze „moje”, lecz na wzajemności i sprawnym obiegu dóbr. Innymi słowy – człowiek przestaje być punktem gromadzenia bogactwa, a staje się węzłem w sieci jego przepływu.
Niektórzy zastanawiają się, czy waluta z ujemnym oprocentowaniem, podobnie jak inflacja, nie zachęcałaby do jeszcze większej konsumpcji.
Z ekonomicznego punktu widzenia mogłoby tak być jedynie wtedy, gdyby stopę przestojową ustalono zbyt wysoko – wówczas towary stałyby się preferowanym sposobem przechowywania wartości, a tak nie powinno być – pieniądz i towary powinny być sobie równe. Warto jednak przyjrzeć się tej kwestii dokładniej. Gdy mówię o walucie obfitości, niektórzy protestują: „Przecież już teraz żyjemy w świecie niedoboru. Zasoby naturalne są na wyczerpaniu, a my zachowujemy się tak, jakby były nieskończone”. W tym kontekście słychać argumenty, że postawa związana z walutą obfitości jest ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy.
Odpowiadając na te obawy, należy najpierw się zastanowić, czy obecna waluta niedoboru rzeczywiście ogranicza zużycie rzadkich zasobów. Otóż nie – niedostatek pieniędzy tylko przyspiesza ich wykorzystanie. To właśnie mentalność niedoboru doprowadziła do wyczerpywania naturalnych dóbr wspólnych. Konkurencja i gromadzenie nadmiernych zapasów są naturalną reakcją na postrzegany deficyt. Obserwowana w społeczeństwie nadmierna konsumpcja i marnotrawstwo to skutek różnorodnych form ubóstwa: egzystencjalnej pustki, niedoboru pieniędzy w systemie opartym na odsetkach oraz biedy wynikającej z zerwania więzi z naturą i ciągłej presji zarabiania. Natomiast naturalną odpowiedzią na atmosferę obfitości jest hojność i dzielenie się, zarówno w relacjach międzyludzkich, jak i poza nimi.
Zastanówmy się: czy ktoś, kto kupuje 50 par butów, robi to z poczucia niedoboru czy obfitości? Czy osoba czująca się bezpiecznie potrzebuje trzeciego samochodu sportowego i ogromnego domu? Pragnienie posiadania, dominacji i kontroli wynika z poczucia osamotnienia i braku środków do życia w nieprzyjaznym, pozbawionym miłości świecie.
Wolny pieniądz ucieleśnia duchowe zasady obfitości, wzajemnych powiązań i przemijania. Reguły te ukazują prawdę sprzeczną ze światem, który stworzyliśmy z naszych obecnych przekonań, szczególnie tych dotyczących pieniędzy. Nadszedł czas, by dostosować się do rzeczywistości, w której bogactwo wyraża się poprzez dawanie, a nie gromadzenie. Propagatorzy New Age, których krytykowałem w rozdziale 6, w rzeczywistości wskazują na istotną prawdę: musimy przyjąć postawę obfitości i zbudować świat, który ją odzwierciedla.
Drodzy czytelnicy, zastanówcie się: czy naprawdę jesteście w zgodzie ze sobą, gdy mówicie: „Pożyczę ci pieniądze, ale tylko wtedy, gdy oddasz mi więcej”? Jeśli nasze przetrwanie zależy od pieniędzy, czy nie staje się to formą zniewolenia? Sądzę, że słynne umorzenie długów przez Solona wynikało częściowo z zadłużenia coraz większej części społeczeństwa. Obecnie młodym ciążą kredyty studenckie, właścicielom domów – kredyty hipoteczne, a krajom Trzeciego Świata – zadłużenia zagraniczne. Odsetki są formą niewoli, a gdy jedna strona trzyma drugą w zobowiązaniu, cierpią obie. W głębi duszy wcale nie pragniemy takich relacji.
Zastanówcie się: czy pożyczając komuś pieniądze, naprawdę chcecie, by to zobowiązanie wisiało nad nim bez końca? Odsetki wywierają presję na spłatę długu, grożąc jego wzrostem w przypadku zwłoki. Kredyty z zerowym lub ujemnym oprocentowaniem oferują wolność – życie bez widma finansowej niewoli. Oprocentowanie poniżej zera wydaje się naturalne. Gdy pożyczacie pieniądze przyjacielowi, a on ich nie może oddać, z czasem macie ochotę powiedzieć: „Zapomnijmy o tym. Nie chcę, żeby to tkwiło między nami”. Wcale nie chcemy rozpamiętywać starych spraw i rozliczać długów. System pieniężny z ujemnym oprocentowaniem wzmacnia naturalną skłonność do odpuszczania, uwalniania się od przeszłości i rozwija umiejętność patrzenia w przyszłość.

Zgodnie z ideą autora, książka „Uświęcona ekonomia” zostaje udostępniona na naszym blogu, w specjalnej kategorii, za darmo jako wyraz kultury daru – z przekonaniem, że warto się dzielić, pozostawiając miejsce na wdzięczność i wzajemność. Rozdziały będą pojawiać się co piątek.
Jeśli wspierasz te inicjatywę i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu drukowanego wydania książki „Uświęcona ekonomia”.