Rozdział 2

17 lipca 2026
Zgodnie z ideą autora, książka „Uświęcona ekonomia” zostaje udostępniona na naszym blogu, w specjalnej kategorii, za darmo jako wyraz kultury daru – z przekonaniem, że wartościowe idee warto udostępniać szeroko, pozostawiając miejsce na dobrowolną wzajemność i wsparcie. Rozdziały będą pojawiać się co piątek.

Rozdział 2

Iluzja niedostatku

Z niewyczerpaną hojnością angielska ziemia kwitnie i rodzi, faluje złotymi łanami zbóż, gęsto usiana zakładami przemysłowymi z piętnastoma milionami robotników, uznawanych za najsilniejszych, najsprawniejszych i najbardziej pracowitych spośród wszystkich, którzy kiedykolwiek chodzili po tej ziemi. Ci ludzie są tutaj, ich praca i jej owoce są tutaj, bujne i dorodne, na wyciągnięcie ręki. I oto niczym za sprawą złowrogiego zaklęcia pojawia się dekret: „Nie dotykajcie tego, wy robotnicy, próżniacy, żaden z was nie może tego tknąć, nikt na to nie zasługuje, bo to zaczarowany owoc!”.

Thomas Carlyle, Past and present

Powszechnie uważa się, że pieniądz, a przynajmniej miłość do niego, jest źródłem wszelkiego zła. Dlaczego jednak miałoby tak być? Przecież podstawowym jego zadaniem jest usprawnienie wymiany, innymi słowy – łączenie ludzkich umiejętności z potrzebami. Jaka siła, jakie potworne wypaczenie przekształciło pieniądz w coś zupełnie przeciwnego: w narzędzie tworzenia niedostatku?
W rzeczywistości żyjemy w świecie powszechnej obfitości. Paradoksalnie jest to również świat, w którym marnują się ogromne ilości jedzenia, energii i wszelkiego rodzaju dóbr. Podczas gdy połowa ludzkości cierpi na niedostatki żywności, druga połowa marnotrawi jej tyle, ile wystarczyłoby do wykarmienia wszystkich głodujących. W krajach Trzeciego Świata (a także w naszych własnych enklawach biedy) ludzie nie mają dostępu do podstawowych produktów, nie posiadają dachu nad głową. Nie stać ich na zakup najpotrzebniejszych rzeczy. Jednocześnie ludzkość przeznacza gigantyczne środki na prowadzenie wojen, produkcję gór plastikowych odpadów i niezliczonych przedmiotów, które nie przyczyniają się do poczucia szczęścia. Wszystko wskazuje na to, że bieda nie wynika z braku możliwości produkcyjnych ani z niechęci do pomocy. Wielu ludzi chciałoby nakarmić potrzebujących, przywrócić naturze jej pierwotny stan i zająć się wieloma innymi wartościowymi zadaniami, ale nie może tego zrobić, ponieważ nie da się na tym zarobić. Pieniądz zawodzi całkowicie w swojej podstawowej funkcji łączenia możliwości z potrzebami. Dlaczego tak się dzieje?
Przez długi czas, pod wpływem powszechnej opinii, sądziłem, że przyczyną jest chciwość. Dlaczego korporacje wykorzystują swoją dominującą pozycję, by ograniczać płace pracowników do absolutnego minimum? Chciwość. Dlaczego ludzie kupują paliwożerne SUV-y? Chciwość. Dlaczego koncerny farmaceutyczne fałszują wyniki badań, by sprzedawać leki, które nie są bezpieczne? Chciwość. Dlaczego handlarze tropikalnymi rybami wysadzają rafy koralowe? Dlaczego fabryki odprowadzają toksyczne ścieki do rzek? Dlaczego finansowi rabusie sięgają po fundusze emerytalne pracowników? Chciwość, chciwość i jeszcze raz chciwość.
Z czasem jednak takie wyjaśnienie przestało mnie przekonywać. Zrzucanie wszystkiego na chciwość wpisuje się bowiem w ideologię podziału, która leży u podstaw większości problemów naszej cywilizacji. Według niej świat jest areną zmagań dwóch przeciwstawnych sił: dobra i zła. Wystarczy wyeliminować to drugie, by uczynić naszą planetę lepszą. Innymi słowy, zgodnie z ideologią podziału zarówno w świecie, jak i w nas samych tkwi jakiś złowrogi pierwiastek, który musimy usunąć, by stworzyć warunki do rozkwitu dobra.
Wojna ze złem przenika każdą dziedzinę naszego życia społecznego. W rolnictwie przejawia się jako dążenie do wytępienia drapieżników, zniszczenia chwastów glifosatem, zwalczenia wszystkich szkodników. W medycynie toczy się nieustanna wojna z drobnoustrojami. W religii mamy walkę z grzechem, z własnym ja, z wątpliwościami, a także z zewnętrznymi przejawami tych zjawisk: szatanem i niewiernymi. To mentalność ciągłego ulepszania, oczyszczania, samodoskonalenia i podboju. To próby wzniesienia się ponad naturę i transcendentne pragnienie ofiarowania siebie, by być dobrym, a przede wszystkim – by sprawować władzę.
Ideologia podziału obiecuje, że po ostatecznym zwycięstwie nastanie raj. Gdy zdołamy wyeliminować wszystkich terrorystów lub gdy zbudujemy przed nimi nieprzekraczalne bariery, osiągniemy bezpieczeństwo. Gdy stworzymy antybiotyk, któremu nic się nie oprze, gdy opracujemy metody sztucznego regulowania pracy organizmu, będziemy doskonale zdrowi. Kiedy uczynimy zbrodnię niemożliwą, a wszędzie zapanuje prawo, stworzymy idealne społeczeństwo. A kiedy pokonamy swoje lenistwo, uwolnimy się od uzależnień i przezwyciężymy zachcianki, nasze życie stanie się doskonałe. Zanim to jednak nastąpi, musimy po prostu bardziej się starać.
Według tej samej logiki głównym problemem gospodarki jest chciwość. Cecha ta jako skłonność do zachłanności występuje zarówno w nas samych, jak i w innych, przejawiając się powszechną pazernością. Jako ludzie lubimy sobie wyobrażać, że jesteśmy wolni od tych słabości. Może czasem ulegamy takim impulsom, ale w przeciwieństwie do pozostałych potrafimy nad nimi zapanować. Sądzimy też, że większość ludzi nie umie kontrolować swojej chciwości. Uważamy, że brakuje im czegoś fundamentalnego, czegoś, co posiadamy ty i ja: elementarnej przyzwoitości, krzty dobroci. Innymi słowy – oni są ŹLI! Patrząc na nich, dochodzimy do wniosku, że jeśli sami nie nauczą się hamować swoich zapędów, będziemy zmuszeni zrobić to za nich.
Wyraźnie widać, że paradygmat chciwości jest pełen osądzania innych, ale też samego siebie. Nasz uzasadniony gniew i niechęć wobec takiej postawy skrywają lęk przed tym, że sami nie jesteśmy lepsi. Najbardziej zagorzałymi prześladowcami hipokrytów okazują się… hipokryci. Zewnętrzne uosobienie wroga pozwala wyrazić złość, z którą nie potrafimy poradzić sobie inaczej. Jest to do pewnego stopnia konieczne: tłumienie tego uczucia lub kierowanie go do wewnątrz przyniosłoby katastrofalne skutki. W pewnym momencie mojego życia nadszedł jednak czas, gdy skończyłem z nienawiścią, z walką przeciwko sobie, z obsesyjnym dążeniem do bycia dobrym za wszelką cenę. Przestałem też udawać, że jestem choćby odrobinę lepszy od kogokolwiek innego. Wierzę, że ludzkość jako całość również zbliża się do takiego momentu. Ostatecznie chciwość okazuje się fałszywym tropem. Jest jedynie objawem, nie przyczyną problemu. Obwinianie chciwości i walka z nią poprzez wzmożoną samokontrolę to jedynie nasilanie wojny z własnym ja, co z kolei stanowi przejaw wojny z przyrodą i innymi ludźmi.
Chciwość nabiera sensu jedynie w kontekście niedostatku. Obecna ideologia zatwierdza jej istnienie: wbudowuje ją w Opowieść Własnego Ja. Samodzielna jaźń w świecie rządzonym przez wrogie lub obojętne siły zawsze balansuje na granicy zagłady i jest bezpieczna tylko w takim stopniu, w jakim potrafi nad tymi siłami panować, a zatem rzuceni w obiektywny wszechświat musimy konkurować z innymi o ograniczone zasoby. Na fundamencie koncepcji odrębnej jaźni zarówno biologia, jak i ekonomia uczyniły z chciwości jeden ze swoich podstawowych aksjomatów. W biologii przejawia się ona w postaci genu dążącego do maksymalizacji własnych korzyści rozrodczych, w ekonomii zaś – w pogoni do jak największych zysków finansowych. Co jeśli założenie o niedostatku jest jednak błędne? Co jeśli stanowi ono jedynie projekcję ludzkiej ideologii, a nie obiektywną rzeczywistość? Jeśli tak jest, to chciwość okaże się nie tyle wpisana w naszą biologię, ile będzie wyłącznie objawem subiektywnego postrzegania niedostatku.
O tym, że chciwość jest bardziej kwestią postrzegania rzeczywistości niż jej realnego stanu, świadczy fakt, że zamożni ludzie są zazwyczaj mniej szczodrzy niż ubodzy. Z moich obserwacji wynika, że osoby mniej zamożne chętniej pożyczają, a nawet ofiarowują innym pieniądze. Choć nominalnie są to niewielkie kwoty, to w stosunku do dochodów tych osób stanowią znacznie większy procent niż darowizny bogatych. Szeroko zakrojone badania potwierdzają te spostrzeżenia. Badanie przeprowadzone w 2002 roku przez Independent Sector, organizację badawczą non profit, wykazało, że Amerykanie o rocznych dochodach poniżej 25 tysięcy dolarów przeznaczali na cele charytatywne średnio 4,2% swoich zarobków. Natomiast osoby zarabiające powyżej 100 tysięcy dolarów przekazywały jedynie 2,7%. W późniejszych latach Paul Piff, psycholog społeczny z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, stwierdził, że „osoby o niższych dochodach okazują się bardziej hojne, życzliwsze, ufniejsze i chętniejsze do pomocy niż te zamożniejsze”. Doszedł do tego wniosku podczas eksperymentu, w którym uczestnicy mieli rozdzielić pewną kwotę między siebie a anonimowego partnera. Okazało się, że szczodrość badanych była odwrotnie proporcjonalna do ich statusu materialnego.
Mogłoby się wydawać, że chciwość pomaga w zdobyciu majątku, jednak równie prawdopodobne jest, że to właśnie bogactwo zmienia ludzi. Dlaczego? W warunkach dobrobytu chciwość traci sens – jest racjonalna jedynie w obliczu niedostatku. Co ciekawe, ludzie zamożni dostrzegają braki nawet tam, gdzie ich nie ma. Mimo większego majątku martwią się o swoje finanse bardziej niż ubodzy. Czy to możliwe, że samo posiadanie pieniędzy wywołuje poczucie ich braku? Czy paradoksalnie pieniądze, które powinny dawać poczucie bezpieczeństwa, przynoszą efekt przeciwny? Na oba pytania odpowiedź jest twierdząca. W wymiarze jednostkowym bogaci są silniej „przywiązani” do swoich pieniędzy, przez co trudniej im się z nimi rozstać (choć według logiki powinno być odwrotnie – łatwiej rezygnujemy z tego, czego mamy pod dostatkiem). W wymiarze systemowym niedobór jest wręcz wbudowany w system finansowy, co wynika ze sposobu tworzenia i wprowadzania pieniądza do obiegu.

Koncepcja niedoboru (a dokładniej – ograniczonych zasobów) stanowi, obok przekonania o intuicyjnym dążeniu ludzi do maksymalizacji korzyści, jeden z dwóch głównych aksjomatów ekonomii. Oba te założenia są jednak błędne, a ściślej mówiąc – prawdziwe tylko w takim stopniu, w jakim my, niczym żaby na dnie studni, mylimy własne ograniczone pole widzenia z całym światem. Często się zdarza, że to, co uznajemy za obiektywną prawdę, jest faktycznie jedynie rzutowaniem naszych osobistych przekonań na „obiektywną” rzeczywistość. Jesteśmy tak głęboko zanurzeni w pojęciu niedostatku, że uznajemy je za podstawową cechę otaczającego nas świata. Tymczasem prawda jest taka, że to świat obfitości. Wszechobecny niedostatek, którego doświadczamy, jest jedynie sztucznym wytworem systemu pieniężnego, polityki i naszego własnego sposobu postrzegania rzeczy.
Współczesny system finansowy, system praw własności czy ogólnie system ekonomiczny są odzwierciedleniem naszego wewnętrznego „ja”, które każe nam postrzegać niedobór w określony sposób. To właśnie ta „odrębna i samodzielna istota”, ta kartezjańska jaźń, ta bańka świadomości zagubiona w obojętnym wszechświecie, dążąca do posiadania i kontrolowania jak największej ilości dóbr, która poprzez oderwanie się od naturalnego bogactwa pierwotnego świata skazana jest jednak na nieustanne poczucie braku.
Stwierdzenie, że żyjemy w świecie obfitości, często wywołuje nerwowe, graniczące z wrogością reakcje u tych moich czytelników, którzy są przekonani, że harmonijne współistnienie człowieka z resztą świata wymaga drastycznego zmniejszenia populacji. Osoby te powołują się na teorie o wyczerpywaniu się zasobów naturalnych, zmianach klimatycznych, degradacji gleb oraz śladzie węglowym, twierdząc, że przy obecnej liczbie mieszkańców Ziemia nie zdoła dłużej utrzymać naszej cywilizacji.
Ta książka, będąca wyrazem uświęconej ekonomii, odpowiada na wymienione obawy. Co ważne, odnosi się również do praktycznych aspektów – np. jak przejść od obecnego stanu do pożądanego. Na razie przedstawię częściową odpowiedź, która daje powody do nadziei.
Rzeczywiście, działalność człowieka znacząco obciąża naszą planetę. Zasoby paliw kopalnych, warstwy wodonośne, gleby, zdolność środowiska do pochłaniania zanieczyszczeń, a także ekosystemy podtrzymujące życie w biosferze – wszystko to jest eksploatowane w zatrważającym tempie. Jednocześnie nasze działania naprawcze są dalece niewystarczające – wobec istniejących potrzeb to zaledwie kropla w morzu.
Ogromna część ludzkiej aktywności jest jednak zbędna dla naszego szczęścia, a czasem wręcz szkodliwa. Weźmy pod uwagę przemysł zbrojeniowy i koszty wojen – około 2 biliony dolarów rocznie, nie licząc życia i energii młodych ludzi – a wszystko to ma służyć zaspokojeniu „potrzeby”, którą sami stworzyliśmy. Przyjrzyjmy się branży budowlanej w Stanach Zjednoczonych, gdzie w ciągu ostatnich 20 lat powstały ogromne „McRezydencje”, które w niewielkim stopniu odpowiadają rzeczywistym pragnieniom człowieka. W niektórych krajach budynki o takiej powierzchni mogłyby pomieścić 50 osób. Tymczasem przestronne salony w tych betonowych kolosach często stoją puste, bo ich mieszkańcy czują się w nich nieswojo. Materiały, energia i utrzymanie tych monstrualnych budowli to oczywiste marnotrawstwo zasobów. Być może jeszcze większym marnotrawstwem jest układ przedmieść, który uniemożliwia korzystanie z transportu publicznego i wymusza nadmierne użytkowanie prywatnych samochodów.
Warto też spojrzeć na przemysł spożywczy, który na każdym etapie generuje ogromne ilości odpadów. Według rządowych badań w łańcuchu dostaw między producentem a sprzedawcą marnuje się około 4% towarów. Na linii sprzedawca–konsument wskaźnik ten wzrasta do 12%, a w gospodarstwach domowych osiąga aż 29%! Co więcej, rozległe obszary gruntów rolnych, zamiast służyć produkcji żywności, są przeznaczane pod uprawę roślin na biopaliwa. Nie można też zapomnieć o największej „uprawie” w Ameryce Północnej, czyli o przydomowych trawnikach. Znaczna ich część rośnie na najżyźniejszych glebach tego kontynentu. Niedobór żywności jest więc ewidentnie wytworem kultury i ekonomii.
Nasz świat ma potencjał, by zapewnić dobrobyt nawet wielomiliardowej populacji. Jest jednak jeden warunek – ludzkość musi poświęcić znacznie więcej czasu na uprawę żywności, niż czyniła to w ostatnich dwóch stuleciach. Mało kto zdaje sobie sprawę, że rolnictwo ekologiczne może przynosić nawet dwu- lub trzykrotnie wyższe plony niż konwencjonalne (w przeliczeniu na hektar, nie na roboczogodzinę). Jeszcze wydajniejsza, choć bardziej pracochłonna, może być intensywna uprawa ogródka. Dla miłośników ogrodnictwa to świetna wiadomość – typowy podmiejski ogródek o powierzchni około 100 metrów kwadratowych przy kilku godzinach pracy tygodniowo może zaspokoić większość zapotrzebowania na warzywa dla całej rodziny, a podwojenie tej powierzchni pozwoliłoby na wyprodukowanie znacznej nadwyżki. Czy naprawdę niezbędny jest rozbudowany, transkontynentalny system transportu samochodowego, który dostarcza kalifornijską sałatę i marchew do pozostałych części kraju? Czy faktycznie podnosi on jakość życia Amerykanów?
Innym przykładem marnotrawstwa jest niska jakość budownictwa oraz celowo projektowana krótka żywotność wielu produktów przemysłowych. Obecnie praktycznie nie istnieją zachęty do wytwarzania towarów trwałych i łatwych w naprawie (za to jest wiele czynników zniechęcających). W rezultacie często bardziej opłaca się kupić nowe urządzenie, niż naprawić stare.
Na mojej ulicy każda rodzina posiada kosiarkę, która pracuje może 10 godzin w roku. W dowolnym momencie dnia około połowa samochodów stoi bezczynnie na parkingach. Spora część gospodarstw domowych ma własne nożyce do żywopłotu, własne elektronarzędzia i sprzęt do ćwiczeń. Ponieważ te wszystkie przedmioty przez większość czasu stoją nieużywane, można by je uznać za zbędne. Nasz standard życia byłby równie wysoki przy połowie liczby samochodów, 1/10 kosiarek i dwóch–trzech stepperach na ulicę. Prawdę mówiąc, byłby nawet wyższy, gdyż mielibyśmy więcej okazji do spotkań i dzielenia się posiadanymi dobrami.

Nawet przy obecnym, niepotrzebnie wysokim poziomie konsumpcji około 40% mocy produkcyjnych globalnego systemu przemysłowego pozostaje niewykorzystanych. Przy odpowiednim planowaniu można by tę wartość zwiększyć do 80%, nie obniżając przy tym społecznego dobrostanu.
Stracilibyśmy jedynie zanieczyszczenia i monotonię masowej produkcji. Owszem,zniknęłobyteżwiele„miejscpracy”,aleponieważwielezawodów i tak nie przyczynia się do zwiększenia dobrobytu i szczęścia, moglibyśmy zatrudnić tych ludzi np. w permakulturze, opiece nad chorymi i starszymi, przy regeneracji ekosystemów oraz w innych pożytecznych pracach, których dziś nikt nie wykonuje z braku środków.
Świat bez broni, bez wielkich rezydencji na rozległych przedmieściach, bez góry zbędnych opakowań, bez ogromnych zmechanizowanych monokultur rolnych, bez energochłonnych hipermarketów, bez elektronicznych billboardów, bez niekończących się stosów jednorazowych produktów, bez nadmiernej konsumpcji rzeczy, których nikt naprawdę nie potrzebuje – taki świat wcale nie musi być ubogi. Nie zgadzam się z ekologami twierdzącymi, że powinniśmy zadowolić się mniejszą ilością dóbr. W praktyce po wprowadzeniu uświęconej ekonomii będziemy mieli więcej – więcej piękna, muzyki, sztuki i poczucia wspólnoty. Będziemy też posiadać przedmioty, które choć mniej liczne, staną się bardziej dostępne i lepsze pod względem użyteczności i estetyki. Tanie rzeczy wypełniające dziś nasze życie, niezależnie od ich ilości, jedynie je zubożają.
Częścią procesu uzdrawiania świata jest zniesienie podziału między sferą ducha i sferą materii. Zgodnie z zasadą świętości wszystkich rzeczy opowiadam się za świadomym materializmem, nie za wyrzeczeniem się go. Wierzę, że w przyszłości będziemy darzyć posiadane przedmioty większą miłością niż obecnie. Będziemy bardziej cenić materialny dobytek, szanując jego pochodzenie i przeznaczenie. Jeśli macie ukochaną rękawicę baseballową lub wędkę, która jest dla was bezcenna, to rozumiecie, o czym mówię. A może wasz dziadek miał ulubiony zestaw narzędzi stolarskich, który przez 50 lat utrzymywał w idealnym stanie? Właśnie tak okazujemy szacunek przedmiotom.
Czy potraficie sobie wyobrazić, co by się stało, gdybyśmy z taką samą troską traktowali wszystko, co produkujemy? Obecnie takie podejście jest nieopłacalne. Rzadko kiedy ktoś widzi finansowy sens w traktowaniu rzeczy jak świętości. Znacznie łatwiej kupić nową rękawicę czy wędkę, a zamiast dbać o narzędzia – po prostu zamówić nowy zestaw. Niska wartość posiadanych rzeczy przyczynia się do ich dewaluacji i przenosi nas do tandetnego świata, w którym wszystko jest pospolite i z góry skazane na wyrzucenie.
Pośród całej tej obfitości nawet my z bogatych krajów żyjemy w ciągłym niepokoju, dążąc do „finansowego bezpieczeństwa” i próbując za wszelką cenę poradzić sobie z niedostatkiem. Podejmujemy decyzje (nawet te niezwiązane z finansami) stosownie do tego, na co nas stać, powszechnie utożsamiając bogactwo z wolnością. W pogoni za pieniędzmi odkrywamy jednak, że raj finansowej wolności jest tylko złudzeniem. Gdy się do niego zbliżamy, oddala się, wyczerpując nasze siły i czyniąc nas niewolnikami. Nieustannie towarzyszy nam lęk, że jeśli się zatrzymamy, bieda pochwyci nas w swoje sidła. Tę pogoń nazywamy chciwością, choć w rzeczywistości jest to jedynie reakcja na subiektywnie odczuwany niedostatek.
Pozwólcie, że przedstawię jeszcze jeden argument (bardziej sugerujący niż rozstrzygający), który wskazuje na iluzoryczność i sztuczność niedostatku, jakiego doświadczamy. Z podręczników dowiadujemy się, że ekonomia jest nauką o ludzkich zachowaniach w warunkach niedoboru, a więc rozwój tej dziedziny oznacza tak naprawdę rozszerzanie się sfery niedostatku i wkraczanie w obszary, które niegdyś charakteryzowała obfitość. Tym samym zachowania ekonomiczne, szczególnie wymiana pieniężna, zaczynają dziś obejmować dziedziny życia, które nigdy wcześniej nie podlegały handlowi. Weźmy za przykład wodę butelkowaną, której sprzedaż w ostatniej dekadzie odnotowała ogromny wzrost. Wydawałoby się, że jeśli czegokolwiek na Ziemi mielibyśmy mieć pod dostatkiem, to właśnie wody, a mimo to obecnie stała się ona towarem deficytowym, za który musimy płacić.
Innym przykładem gwałtownego wzrostu ekonomicznego w ostatnich latach jest sektor opieki nad dziećmi. W czasach mojej młodości czymś zupełnie naturalnym było, że sąsiedzi czy przyjaciele rodziny po godzinach wzajemnie opiekowali się swoim potomstwem. Było to swoistą pozostałością czasów wiejskich czy plemiennych, gdy dzieci swobodnie przemieszczały się między domostwami. Moja była żona Patsy z rozrzewnieniem wspominała swoje dzieciństwo na tajwańskiej wsi, gdzie dzieci mogły zajrzeć do dowolnego sąsiada w porze obiadu i poprosić o miseczkę ryżu, którą zawsze otrzymywały. Całą społeczność cechowała wspólna troska o najmłodsze pokolenie. Innymi słowy, bezpłatna opieka społeczna była czymś powszechnym, a prowadzenie komercyjnej świetlicy czy ośrodka opieki nad dziećmi nie miałoby tam najmniejszego sensu.
By coś mogło się stać przedmiotem handlu, najpierw musi zostać uznane za dobro rzadkie. W miarę rozwoju gospodarki coraz więcej działań nieuchronnie wkracza w sferę pieniądza, w świat towarów, dóbr i usług. Zwykle utożsamiamy wzrost gospodarczy ze wzrostem zamożności, ale można go również postrzegać jako formę zubożenia czy narastania niedostatku. Za rzeczy, które kiedyś były całkowicie darmowe, teraz musimy słono płacić. A czym płacimy? Oczywiście pieniędzmi! Tymi samymi, o które każdego dnia tak zaciekle walczymy. Jeśli coś jest naprawdę rzadkie, to na pewno nie są to pieniądze. Większość znanych mi osób żyje w ciągłym niepokoju (czasami przybierającym znaczne rozmiary) o to, czy będzie miała ich wystarczająco dużo. Problem w tym, że żadna ilość pieniędzy nie jest „wystarczająca”, co widać choćby po tym, że nawet bogaci ulegają lękom z nimi związanymi.
Powinniśmy zachować szczególną ostrożność, gdy oburzamy się na fakt, że „ponad 2 miliardy ludzi żyje za mniej niż 2 dolary dziennie”. Niski dochód może dobrze oznaczać, że czyjeś potrzeby są zaspokajane bez użycia pieniędzy, np. poprzez tradycyjne sieci wzajemnej pomocy i wymiany darów. W takiej sytuacji „rozwój” może paradoksalnie pogorszyć położenie tych osób, gdyż wpycha niemonetarną gospodarkę do oficjalnego obiegu towarów i usług, czego skutkiem jest przyjęcie mentalności niedostatku, powszechna rywalizacja i niepokój – zjawiska tak dobrze znane w krajach zachodnich, a zupełnie obce społecznościom funkcjonującym bez pieniędzy.
W kolejnych rozdziałach zostaną wyjaśnione mechanizmy trwającego od stuleci procesu przekształcania rzeczywistości w świat pieniądza oraz postępującej komodyfikacji (utowarowienia) wszystkiego, co tylko możliwe. Gdy życie zostaje podporządkowane pieniądzom, wszędzie pojawia się niedobór, włączając w to szczęście i inne podstawowe aspekty człowieczeństwa. Tak właśnie wygląda byt niewolnika – człowieka, którego egzystencja jest nieustanną walką o przetrwanie.
Być może najbardziej widocznym przejawem naszego zniewolenia jest powszechna monetyzacja czasu. Jest to zjawisko, którego korzenie sięgają znacznie głębiej niż ludzki system pieniężny, ponieważ jego wprowadzenie wymagało wcześniejszego skwantyfikowania czasu. Zwierzę lub dziecko dysponuje „całym czasem świata”. Podobnie było w przypadku ludzi epoki kamienia łupanego, którzy zazwyczaj mieli dość swobodne pojęcie czasu i rzadko się gdziekolwiek spieszyli. W językach pierwotnych często nie występuje odmiana czasowników przez czasy. Bywa też, że brakuje w nich określeń takich jak „wczoraj” czy „jutro”. Ta względna swoboda, z jaką pierwotne społeczności odnosiły się do czasu, jest do dziś wyczuwalna w wiejskich, bardziej tradycyjnych częściach świata. Z kolei w wielkich miastach życie płynie szybciej – tu zawsze gdzieś się spieszymy, bo mamy za mało czasu.
Im bardziej zmonetyzowane społeczeństwo, tym większy niepokój i pośpiech odczuwają jego członkowie. W tych rejonach świata, które nie zostały jeszcze całkowicie zdominowane przez gospodarkę pieniężną, gdzie nadal praktykuje się uprawę roli na własne potrzeby i gdzie sąsiedzi wspierają się wzajemnie, tempo życia jest wolniejsze, spokojniejsze. Na wiejskich terenach Meksyku wszystko robi się według zasady mañana (jutro). Mieszkanka nepalskiego Ladakhu, z którą przeprowadzono wywiad w filmie Heleny Norberg-Hodge Ancient Futures (Dawne przyszłości), celnie podsumowuje to wszystko, opisując życie swojej siostry mieszkającej w mieście: „Ona ma urządzenie do gotowania ryżu, samochód, telefon i różne inne sprzęty oszczędzające czas, ale za każdym razem, gdy ją odwiedzam, jest jednak tak zajęta, że ledwie udaje mi się z nią porozmawiać”.
Dla zwierzęcia, dziecka czy łowcy-zbieracza czas jest w zasadzie nieskończony, ale współczesna monetyzacja, podobnie jak wszystko inne, uczyniła go dobrem ograniczonym. Czas to życie. Kiedy doświadczamy jego niedoboru, staje się ono krótkie i ubogie.
Jeżeli urodziliście się, zanim kalendarze dorosłych zawładnęły dzieciństwem najmłodszych, zanim zaczęto przepędzać dzieci z jednych zajęć na drugie, być może pamiętacie subiektywną wieczność swojej młodości. Te ciągnące się w nieskończoność popołudnia, ponadczasową wolność życia wyłączonego spod tyranii kalendarza i zegarów. „Zegary – jak pisze John Zerzan – sprawiają, że czasu jest mało, a życie krótkie”. Po odpowiednim skwantyfikowaniu także i czas staje się towarem, który można kupić i sprzedać, a niedobór – charakterystyczny dla wszystkich innych artykułów – staje się również jego domeną. „Czas to pieniądz” i „nie mam na to czasu” to popularne powiedzenia.
O ile świat materialny jest z natury miejscem obfitym, o tyle świat duchowy jest jeszcze bardziej zasobny: piosenki, opowiadania, filmy, idee oraz wszystko to, co zaliczamy do tzw. własności intelektualnej. Ponieważ w epoce cyfryzacji możemy kopiować i rozpowszechniać większość tych rzeczy za darmo, w zmonetyzowanej gospodarce trzeba było w jakiś sztuczny sposób uczynić je dobrami rzadkimi. Zarówno przemysł, jak i rządy tworzą ten niedobór poprzez prawa autorskie, patenty czy standardy szyfrowania, umożliwiając posiadaczom takiej własności czerpanie z tego tytułu korzyści.
Niedostatek w tym obszarze jest więc w większości iluzją, wytworem naszej cywilizacji. Ponieważ jednak żyjemy w świecie niemal całkowicie zbudowanym na kulturze, postrzeganie niedostatku potrafi stać się całkiem realne – na tyle, że prawie miliard ludzi jest dziś niedożywionych, a około 5 tysięcy dzieci każdego dnia umiera z powodu braku jedzenia. Nasze reakcje na ten niedostatek – niepokój i chciwość – są więc całkowicie zrozumiałe. Kiedy czegoś jest pod dostatkiem, nikt nie ma oporów, aby się tym dzielić. Żyjemy w obfitym świecie, który został przekształcony przez percepcję, kulturę i głęboko zakorzenione, niemal niewidoczne przekonania. Ludzkie postrzeganie niedostatku jest formą samospełniającej się przepowiedni – przepowiedni, w której pieniądze odgrywają pierwszoplanową rolę.
Warto dodać, że pieniądz jako taki nie stanowi źródła niedoborów i chciwości. Jest nim TEN konkretny ich rodzaj, którym posługujemy się obecnie. To on ucieleśnia nasze kulturowe poczucie własnego ja, nasze nieuświadomione mity oraz antagonistyczne relacje z przyrodą, kształtowane od tysięcy lat. Dzisiaj to wszystko jednak ulega zmianie. Przyjrzyjmy się zatem, jak pieniądze wpłynęły na nasze umysły i sposoby działania, abyśmy mogli sobie wyobrazić, jak system finansowy może zmienić się wraz z nami.

Zmień zgody

Napisz do nas