Rozdział 3

Rozdział 3
Pieniądze i umysł
Kiedy wszyscy są odizolowani przez egoizm, nie ma nic oprócz kurzu, a gdy
nadciągnie burza, nie ma nic oprócz błota.
Benjamin Constant
Tworzenie wrażenia powszechnego niedostatku to tylko jeden ze sposobów, w jaki pieniądze kształtują nasze postrzeganie rzeczywistości. W tym rozdziale przyjrzymy się pozostałym psychologicznym i duchowym skutkom ich oddziaływania, a także zbadamy, jak wpływają na świat zewnętrzny, w tym na religię, filozofię, a nawet naukę. Pieniądze, będące konstruktem społecznym, są głęboko zakorzenione w naszych umysłach, tożsamości i sposobie postrzegania rzeczywistości. Dlatego właśnie gdy nadchodzi kryzys finansowy, mamy wrażenie, że rozpada się cały świat. Paradoksalnie jednak jest to również powód do wielkiego optymizmu. Takie wydarzenia uświadamiają nam bowiem, że pieniądze są czymś, co możemy przekształcać. Jakie nowe sposoby postrzegania i jakie wspólne działania będą towarzyszyć tworzeniu pieniędzy nowej generacji?
To już trzeci rozdział Uświęconej ekonomii, a jeszcze nie wyjaśniłem, czym właściwie jest pieniądz. Większość ekonomistów twierdzi, że początki pieniądza wiążą się z jego pierwszą funkcją, czyli byciem środkiem wymiany. Miał on przybierać formę standardowych towarów, takich jak: jęczmień, oliwa z oliwek, bydło czy złoto. W rzeczywistości jednak, jak przekonuje David Graeber, używano tego raczej jako jednostek rozrachunkowych do prowadzenia zapisów w księgach i zobowiązań, a rzadko jako pieniądza samego w sobie. Wbrew standardowej narracji to kredyt pojawił się w historii ludzkości wcześniej niż gotówka.
Zasadnicza różnica między gotówką a kredytem jest prosta. Wartość gotówki pozostaje oderwana od relacji między kupującym a sprzedającym, podczas gdy wartość kredytu zależy właśnie od niej. Mój banknot jednodolarowy ma dokładnie taką samą wartość jak twój, ale moje zobowiązanie dłużne może nie mieć takiej samej wartości jak twoje, ponieważ zależy to od naszego charakteru, posiadanego majątku i ogólnej wiarygodności w danej społeczności. Przybysz z zewnątrz lub miejscowy wałkoń najprawdopodobniej zostaną uznani za osoby o znikomym zaufaniu. Graeber opisuje, jak aż do czasów średniowiecza europejskie miasta funkcjonowały głównie dzięki kredytom. Kiedy królowie wycofywali monety z obiegu w celu ich przetopienia, handel toczył się normalnie, a ludzie po prostu prowadzili zapiski, kto i ile jest komu winien, używając do tego różnego rodzaju ksiąg czy specjalnych przedmiotów.
W czasach niepokojów społecznych kredyt przestawał jednak funkcjonować. Jak ujmuje to Graeber: ciężko uzbrojony wędrowny najemnik to po prostu fatalne ryzyko kredytowe. Gdy brakuje presji społecznej lub silnej władzy centralnej, znikają mechanizmy gwarantujące uregulowanie długów, a takie sytuacje sprzyjają posługiwaniu się gotówką, niezależnie od tego, czy będzie to konkretny towar czy moneta. Historyczny rozwój pieniądza to długotrwały proces oddzielania wartości od relacji międzyludzkich, który osiągnął swój punkt kulminacyjny wraz z wprowadzeniem bitych monet w Grecji w VII wieku p.n.e. Był to prawdopodobnie pierwszy moment w dziejach, kiedy pieniądz stał się całkowicie odrębną kategorią bytu. Od tego czasu zaczęliśmy mówić nie tylko o tym, co pieniądz robi, lecz także o tym, czym w ogóle jest.
Tradycyjna myśl ekonomiczna głosi, że monety wynaleziono, aby zagwarantować wagę i czystość zawartego w nich metalu. Według tej teorii ich wartość była bezpośrednio związana z wartością złota lub srebra, z którego były wykonane. W rzeczywistości jednak, podobnie jak opowieść o barterowym pochodzeniu pieniądza, ta historia jest jedynie wymysłem ekonomistów – choć trzeba przyznać, że wymysłem o znakomitym rodowodzie. Już Arystoteles pisał:
Przyjęto zatem, aby przy wymianie dawać i przyjmować przedmioty, które same przez siebie zaliczane są do kategorii użytecznych, a które mają tę zaletę, że łatwo je transportować, np. żelazo, srebro itp. Pierwotnie wartość ustalano po prostu według wielkości i wagi, ale ostatecznie zaczęto wyciskać odpowiednie znaki, aby uniknąć ciągłego mierzenia i ważenia. Znak ten wskazywał określoną ilość.
Choć powyższy opis brzmi przekonująco, dowody historyczne zdają się mu przeczyć. Pierwsze monety, wybijane w Lidii, wykonane były z elektrum (stopu srebra i złota), którego skład w poszczególnych seriach potrafił znacząco się różnić. Po rozprzestrzenieniu się systemu monetarnego na całą Grecję nierzadko okazywało się, że znaczna część środków płatniczych miała wartość nominalną wyższą niż wartość tworzących je metali. Z kolei niektóre miasta-państwa (w tym Sparta) biły monety z metali nieszlachet- nych, takich jak: żelazo, brąz, ołów czy cyna, a mimo to funkcjonowały one na podobnych zasadach jak te wykonane z cenniejszych kruszców (złota, srebra). Dlaczego ludzie godzili się na taki stan rzeczy? Jaka tajemnicza moc kryła się za zwykłym znakiem wybitym na monecie? Przecież nie był on gwarancją ani wagi, ani czystości kruszcu, nie stanowił też przedłużenia osobistej władzy przywódcy danego polis ani symbolem autorytetu reli- gijnego. Historyk Richard Seaford opisuje to zjawisko terminem „wartość fiducjarna”.
O ile znaki na pieczęciach wydają się ucieleśniać władzę ich wystawcy, o tyle symbole na monetach nie mają bezpośredniego związku ze źródłem ich pochodzenia. […] Zamiast tego poświadczają, że dany środek płatniczy posiada określoną wartość nominalną, ale nie dzieje się to poprzez nadanie kawałkowi metalu formy władzy, lecz przez umowne przypisanie go do odrębnej kategorii – kategorii autentycznych monet.
Symbole na monetach nie posiadają zatem wewnętrznej mocy – czerpią ją z ludzkiej interpretacji. W takim zakresie, w jakim społeczeństwo respektuje określone ustalenia, zachowują one swoją siłę. Ta właśnie umowa społeczna stanowi istotę pieniądza. Tak było zarówno w przypadku środków płatniczych, które pojawiły się w starożytnej Grecji, jak i jest obecnie. Warto mieć świadomość tej zależności, szczególnie gdy większość pieniędzy przybrała formę elektroniczną, a te, które zachowały fizyczną postać, mają realną wartość odpowiadającą mniej więcej kawałkowi papieru toaletowego. Osoby nawołujące do powrotu do „prawdziwego pieniądza” w formie złotych monet (lub ich kryptograficznych imitacji, takich jak bitcoin) w praktyce próbują więc przywrócić coś, co – z wyjątkiem krótkich okresów historycznych – nigdy nie istniało. Jestem przekonany, że kolejnym krokiem w ewolucji pieniądza nie będzie powrót do wcześniejszych form waluty, lecz jej przekształcenie z nieświadomego w celowy obiekt naszych międzyludzkich porozumień.
Na przestrzeni 5 tysięcy lat pieniądz stopniowo ewoluował od czystego towaru, poprzez symbol mający pokrycie w dobrach materialnych, aż po wyłącznie symbol. Uświęcona ekonomia nie dąży do odwrócenia tych zmian, lecz do ich kontynuacji. Umowa społeczna nadająca walutom wartość jest nierozerwalnie związana z innymi systemami znaków i symboli, poprzez które funkcjonuje nasza cywilizacja. W pieniądzach możemy zawrzeć umowy dotyczące planety, poszczególnych gatunków, a także tego, co uznajemy za święte. Przez długi czas do tej ostatniej kategorii zaliczany był „postęp”, rozumiany jako rozwój nauki, techniki i podporządkowanie sobie przyrody. Obecnie jednak cele te ulegają przeobrażeniu, a wraz z nimi zmieniają się wielkie „metaopowieści”, których częścią jest umowa zwana pieniędzmi: Opowieść Własnego Ja, Opowieść Ludzkości oraz Opowieść Świata.
Celem tej książki jest przedstawienie nowej Opowieści Pieniądza, a także wyjaśnienie, jakie umowy możemy zawrzeć, by stał się on sprzymierzeńcem, a nie wrogiem piękniejszego świata, który – jak podpowiadają nam serca – jest bez wątpienia możliwy do osiągnięcia.
Nie jest przypadkiem, że starożytna Grecja, miejsce narodzin pieniądza fiducjarnego, dała również początek współczesnej koncepcji jednostki, pojęciom logiki i rozumu, a także filozoficznym podstawom nowożytnego umysłu. Profesor Richard Seaford w swoim naukowym arcydziele Money and the early Greek Mind: Homer, Tragedy, and Philosophy analizuje wpływ pieniędzy na tamtejsze społeczeństwo. Do cech czyniących z nich coś wyjątkowego zalicza: konkretność przy jednoczesnej abstrakcyjności, jednolitość, bezosobowość, uniwersalność oraz brak ograniczeń. Pojawienie się tej nowej, unikalnej siły zwanej pieniądzem miało naprawdę głębokie konsekwencje. Wiele z nich jest obecnie tak mocno wplecionych w nasze przekonania, kulturę, psychikę i społeczeństwo, że ledwie potrafimy je dostrzec, nie mówiąc już o ich kwestionowaniu.
Homogeniczność (jednorodność) pieniądza polega na tym, że niezależnie od fizycznego stanu monet o tym samym nominale wszystkie zachowują identyczną wartość. Nie ma znaczenia, czy moneta jest nowa czy stara, porysowana czy błyszcząca – w starożytnej Grecji wszystkie były sobie równe. Dzisiaj wydaje się to oczywiste, ale w VI wieku p.n.e. było to rewolucyjne odkrycie. Jak zauważa Seaford, o ile w czasach archaicznych władza wynikała z posiadania unikalnych przedmiotów (takich jak berło), o tyle pieniądz działał na odwrotnej zasadzie – jego wartość wynikała ze standardowego oznaczenia, które niwelowało wszelkie różnice w czystości i wadze poszczególnych monet. Przestała liczyć się jakość, a zaczęła ilość. Ponieważ pieniądz jest wymienialny na wszystkie inne dobra, przenosi on na nie tę samą cechę, zamieniając wszystko w towary. Jeśli tylko dobra te spełniają określone kryteria, zaczynamy postrzegać je jako jednakowe. Liczy się wyłącznie ich ilość. Seaford trafnie zauważa, że „pieniądze kształtują w nas poczucie jednorodności rzeczy”. Wszystkie produkty stają się równoważne, bo można je wymienić na pieniądze, a te z kolei zamienić na
dowolny inny przedmiot.
W świecie towarów każde dobro jest warte tyle, ile można za nie dostać.
Jego podstawowym wyznacznikiem staje się abstrakcyjne pojęcie „wartości”. Za każdym razem, gdy słyszę: „Zawsze możesz kupić sobie nowe”, czuję rozczarowanie. Czy dostrzegacie, jak bardzo takie myślenie napędza materializm? Jak daleko odbiega od świata, w którym każda osoba i miejsce są wyjątkowe i niepowtarzalne? Nic dziwnego, że już starożytni filozofowie greccy zaczęli przedkładać abstrakcję nad rzeczywistość, co znalazło swój szczyt w platońskiej koncepcji świata idei – doskonalszego od świata zmysłów. Nic dziwnego, że do dziś tak lekceważąco odnosimy się do świata fizycznego. Nic dziwnego, że po dwóch tysiącleciach zanurzenia w mentalności pieniądza tak bardzo przywykliśmy do wymienialności wszystkiego, że zachowujemy się, jakbyśmy po zniszczeniu Ziemi mogli po prostu kupić sobie nową.
Ten rozdział zatytułowałem Pieniądze i umysł. Podobnie jak fiducjarna wartość pieniądza umysł jest abstrakcją zawartą w fizycznej „powłoce”. Koncepcja umysłu jako bytu odrębnego od świata materialnego kształtowała się przez tysiąclecia, prowadząc do współczesnego pojmowania świadomości jako niematerialnego ducha. Co znaczące, zarówno w myśli świeckiej, jak i religijnej ten abstrakcyjny byt zyskał większe znaczenie niż jego fizyczny nośnik – podobnie jak „wartość” przedmiotów stała się ważniejsza od ich fizycznych właściwości.
We wstępie wspomniałem, że stworzyliśmy boga na podobieństwo pieniędzy – wyobrażamy go sobie jako niewidzialną siłę, która mimo swojej niematerialności ożywia świat, wprawia wszystko w ruch i kieruje ludzkimi działaniami. Wiele z tych wyobrażeń wywodzi się od filozofów przedsokratejskich, którzy rozwijali swoje koncepcje właśnie wtedy, gdy pieniądz zaczynał dominować w ich społeczeństwie. Według Seaforda to oni pierwsi zaczęli rozróżniać istotę od powierzchowności, konkret od abstraktu. Od apeironu Anaksymandra, przez logos Heraklita, aż po pitagorejską zasadę „wszystko jest liczbą” starożytni Grecy podkreślali wyższość abstrakcji – niewidocznej zasady porządkującej świat. Ta ideologia wrosła w DNA naszej cywilizacji, w której sektor finansowy przytłacza realną gospodarkę. Gospodarkę, w której łączna wartość finansowych instrumentów pochodnych dziesięciokrotnie przewyższa światowy produkt brutto i w której największe nagrody trafiają do „magików” z Wall Street, zajmujących się wyłącznie żonglowaniem symbolami. Dla maklera przed komputerem świat wygląda dokładnie jak dla Pitagorasa – wszystko sprowadza się do liczb. Jednym z przejawów podziału na ducha i materię jest przekonanie: „Reformy gospodarcze to szlachetny cel, ale ważniejsza jest przemiana ludzkiej świadomości”. Uważam to za błędne założenie, gdyż opiera się na fałszywym przeciwstawieniu świadomości i działania, a w konsekwencji – ducha i materii. W istocie pieniądze i świadomość są ze sobą głęboko powiązane i żadne nie powinno mieć pierwszeństwa, bo każde nierozerwalnie łączy się z drugim.
Rozwój pieniądza fiducjarnego wpisuje się w szerszy kontekst metaopowieści. Pieniądz nie mógłby ewoluować bez abstrakcji wyrażonej w słowach i liczbach. Liczba i nazwa tworzą dystans wobec rzeczywistego świata, skłaniając umysł do abstrakcyjnego myślenia. Samo użycie rzeczownika sugeruje tożsamość wielu różnych rzeczy, a stwierdzenie, że czegoś jest np. pięć, zamienia je w jednostki. Zaczynamy wtedy myśleć o przedmiotach jak o przedstawicielach określonej kategorii, a nie jak o bytach wyjątkowych w swojej istocie. Choć więc kategoryzacja nie zaczęła się od pieniędzy, to one znacząco przyspieszyły jej pojęciową dominację. Co więcej, jednorodność pieniądza towarzyszyła gwałtownemu rozwojowi standaryzacji towarów na potrzeby handlu. O ile w czasach przedprzemysłowych standaryzacja była jeszcze prymitywna, o tyle dziś masowo produkowane przedmioty są niemal identyczne, sprawiając, że iluzja pieniądza stała się rzeczywistością.
W rozważaniach nad przyszłą formą pieniądza należy pamiętać o jego zdolności do ujednolicania wszystkiego, czego dotknie. Być może powinniśmy ograniczyć jego zastosowanie wyłącznie do sytuacji, gdy przedmiotem wymiany są rzeczy typowe, wymierne i powszechne. Natomiast tam, gdzie mowa o dobrach osobistych lub unikatowych, należałoby zastosować inną formę pieniądza lub całkowicie zrezygnować z takiego sposobu rozliczenia. Ceny możemy porównywać tylko na podstawie standardowych ilości. Kiedy więc otrzymujemy coś ponad to, dostajemy w istocie dodatkową wartość – dar. Możemy np. kupić dzieło sztuki, ale jeśli potraktujemy je wyłącznie jako surowiec, jego cena prawdopodobnie wyda nam się zbyt wysoka. Podobnie możemy kupić seks, ale nie miłość, kalorie, ale nie zdrowie.
Współcześnie cierpimy na niedobór rzeczy unikatowych i bezcennych – tego, czego nie można kupić za pieniądze. Jednocześnie mamy nadmiar rzeczy, które da się za nie nabyć (przy czym nadmiar ten rozkłada się nierównomiernie, ponieważ wielu cierpi na niedostatek również w tym obszarze).
Pieniądz ujednolica nie tylko przedmioty, z którymi się styka, lecz także ludzi, którzy się nim posługują. Jak twierdzi Seaford: „pieniądz umożliwia taki rodzaj handlowej wymiany, która jest całkowicie oderwana od wszelkich innych relacji międzyludzkich”. W tak zorganizowanym systemie ludzie stają się wyłącznie uczestnikami transakcji. W przeciwieństwie do różnorodnych motywacji towarzyszących wręczaniu i przyjmowaniu podarunków, to w czystej wymianie finansowej wszyscy jesteśmy tacy sami. Zarówno kupując, jak i sprzedając, kierujemy się jednym celem – chcemy osiągnąć jak największą korzyść. Cała historia rozwoju pieniądza, począwszy od handlu wymiennego, zakłada, że podstawową cechą człowieka jest dążenie do maksymalizacji własnych zysków. Według klasycznej ekonomii wszyscy ludzie są pod tym względem identyczni. Kiedy brakuje jednolitego miernika wartości, różni ludzie pragną różnych rzeczy, ale gdy za pieniądze można kupić wszystko, wszyscy zaczynają pragnąć tego samego – pieniędzy.
Seaford zauważa: „pieniądze, pozbawione jakichkolwiek osobistych powiązań, stały się rozwiązłe – można je wymienić z każdym na wszystko, są obojętne wobec wszelkich pozafinansowych relacji międzyludzkich”. W odróżnieniu od innych przedmiotów pieniądz nie zachowuje żadnych śladów swojego pochodzenia ani historii osób, które go posiadały. O ile podarunek zawiera w sobie cząstkę darczyńcy, o tyle pieniądze są takie same w rękach każdego człowieka. Jeśli mam w banku 2 tysiące dolarów, z czego tysiąc pochodzi od przyjaciela, a tysiąc od wroga, nie mogę zdecydować, że najpierw wydam pieniądze od tego drugiego. Każdy dolar jest taki sam.
Być może to rozsądne, że wiele osób unika łączenia interesów z przyjaźnią, obawiając się podstawowego konfliktu między pieniędzmi a relacjami osobistymi. Banknot, moneta czy zapis elektroniczny na koncie depersonalizują relacje, ponieważ zamieniają dwoje ludzi w zwykłe strony transakcji, które dążą do maksymalizacji własnych korzyści. Skoro moim nadrzędnym celem jest zarobienie jak najwięcej (być może nawet twoim kosztem), to jak moglibyśmy pozostać przyjaciółmi? A skoro w naszym mocno skomercjalizowanym świecie prawie wszystkie potrzeby zaspokajamy za pomocą pieniędzy, to jakie osobiste podarunki pozostają nam do budowania przyjaźni?
Powszechnie uznaje się niemal za pewnik, że dążenie do zysku stoi w sprzeczności z jakimikolwiek altruistycznymi pobudkami. Stąd właśnie wzięło się powiedzenie: „nie bierz tego do siebie, to tylko biznes”. Współczesne ruchy promujące etykę w biznesie i inwestowaniu próbują zmniejszyć przepaść między miłością bliźniego a zyskiem. Niestety, mimo początkowo szczerych intencji często przekształcają się one w zwykły PR, greenwashing czy inne formy usprawiedliwiania własnego postępowania. To nie jest przypadek. W kolejnych rozdziałach opiszę ogromną sprzeczność tkwiącą w próbach etycznego inwestowania. Na razie wystarczy zauważyć, że wszelkie takie działania budzą naturalną nieufność. Podobnie podejrzliwie brzmią hasła o „zarabianiu poprzez realizację dobrych uczynków”.
Za każdym razem, gdy spotykamy się z pozornie bezinteresownym przedsięwzięciem, zastanawiamy się: „Gdzie tkwi haczyk?” albo „Jak oni na tym zarobią?”. Podejrzenie, że „ktoś robi to tylko dla pieniędzy” jest w naszym społeczeństwie niemal powszechne. Chętnie dopatrujemy się finansowych motywów we wszystkim, co robią inni, a gdy okazuje się, że ktoś działa wyłącznie z dobroci serca, jesteśmy tym głęboko poruszeni. Wydaje się irracjonalne (a jednocześnie wspaniałe), że ktoś mógłby naprawdę dawać, nie kalkulując, czy mu się to w jakikolwiek sposób opłaci. Jak ujmuje to Lewis Hyde: „w świecie rządzonym przez lichwę wzruszająca postawa człowieka o miękkim sercu robi na nas wrażenie, ponieważ przypomina o tym, co zostało utracone”.
Powszechne szukanie w każdej sytuacji drugiego dna pokazuje, jak wielu z nas postrzega pieniądze jako cel nadrzędny. Wyobraźcie sobie, że znów jesteście w szkole i rozmawiacie z doradcą zawodowym o waszych zdolnościach i o tym, jak możecie je wykorzystać, żeby zarobić na życie (czyli zamienić je na pieniądze). Takie podejście jest w nas głęboko zakorzenione. Gdy mój nastoletni syn Jimi pokazuje mi tworzone przez siebie gry komputerowe, czasami przyłapuję się na tym, że zastanawiam się, jak mógłby je skomercjalizować. Prawie zawsze, gdy ktoś wpada na jakiś twórczy pomysł, następną myślą jest: „Jak można na tym zarobić?”. Problem polega na tym, że kiedy zysk staje się celem samym w sobie, efekt naszych działań przestaje być darem, a staje się zwykłym towarem, jakich wiele. Odnosząc tę zasadę do całego życia, Robert Graves przestrzega: „wybraliście swoją pracę, by zapewnić sobie stały dochód i wolny czas, ale by również oddawać swojej wybranej Boginii część swojego czasu. Kim jestem, by ostrzegać was, że wymaga ona od was całkowitej służby – albo żadnej?”.
Postrzeganie pieniędzy jako celu nadrzędnego jest mocno zakorzenione w naszym języku. Mówimy np. o kapitalizowaniu pomysłów, a słowa „bezpłatny” (ang. gratuitous), które dosłownie oznacza ‘otrzymany z wdzięcznością’ (a nie za zapłatą), używamy jako synonimu czegoś niepotrzebnego. Podobne wpływy znajdziemy w ekonomii (dążenie do maksymalizacji zysku), biologii (interes reprodukcyjny), a także w filozofii. W tej ostatniej już Sokrates pisał, że „istnieje tylko jedna właściwa waluta, na którą powinniśmy wymieniać wszelkie inne rzeczy – tą walutą jest wiedza”. Z kolei w religii mowa jest o dążeniu do ostatecznego celu, jakim jest zbawienie lub oświecenie. Czyż nie brzmi to podobnie do nieskończonego celu, jakim są pieniądze? Ciekawe, co stałoby się z duchowością, gdybyśmy zrezygnowali z pogoni za uniwersalnym, abstrakcyjnym celem, który uważamy za nadrzędny wobec wszystkiego innego? Jak byśmy się czuli, porzucając nieustanną pogoń za nim? Jak by to było, gdybyśmy zamiast próby jego osiągnięcia po prostu cieszyli się życiem? Uważam, że zarówno bogactwo, jak i zbawienie są celami bez określonych granic, a pogoń za nimi może zniewolić. Jestem też zdania, że w obu przypadkach są to jedynie wymyślone substytuty dla różnorodnych potrzeb, których ludzie naprawdę pragną.
W skomercjalizowanym społeczeństwie, w którym prawie wszystko jest towarem lub usługą, pieniądz przekształca różnorodność świata w jednorodność, stając się „pojedynczym dobrem wymienialnym na niemal wszystko inne”. Apeiron, logos i podobne koncepcje były odmianami ukrytej jedności, będącej początkiem wszystkiego. To właśnie z niej miały pochodzić rzeczy, ale również być tym, do czego wszystko powraca. Jedność ta jest niemal identyczna ze starochińską koncepcją Tao, zasadą istnienia wszystkiego, która rodzi yin i yang (a także 10 tysięcy innych rzeczy). Co ciekawe, Laozi, półlegendarny nauczyciel taoizmu, żył mniej więcej w tym samym czasie co przedsokratejscy filozofowie – a jest to w przybliżeniu okres, w którym pojawiły się pierwsze chińskie monety. W każdym razie dziś pieniądze są tym, co potrafi zrodzić 10 tysięcy innych rzeczy. Cokolwiek chcesz na tym świecie stworzyć, zaczynasz od pieniędzy, a gdy już ukończysz projekt, przychodzi czas sprzedaży. Wszystko pochodzi od pieniądza i wszystko do niego powraca.
Pieniądze są nie tylko uniwersalnym celem, lecz także uniwersalnym środkiem – i właśnie dlatego powszechnie uważa się, że nigdy nie ma się ich zbyt wiele. Wielokrotnie uczestniczyłem w dyskusjach o innowacyjnych projektach, kończących się przygnębiającym wnioskiem: bez pieniędzy nigdy nie zostaną zrealizowane. To zrozumiałe, że postrzegamy pieniądz jako kluczowy czynnik wyznaczający granicę między tym, co osiągalne, a tym, co niemożliwe. W końcu mając odpowiednią sumę, możemy kupić praktycznie każdy towar i nakłonić ludzi do wykonania niemal każdej usługi. Jak mówi znane powiedzenie: „wszystko ma swoją cenę”. Wydaje się nawet, że za pieniądze możemy kupić rzeczy niematerialne: status społeczny, władzę polityczną czy przychylność kościelnych hierarchów. Przyzwyczailiśmy się do postrzegania pieniądza jako klucza do spełnienia wszystkich marzeń. Ile rzeczy mogłoby się ziścić, gdybyśmy tylko dysponowali odpowiednią kwotą? W ten sposób nasze pragnienia trafiają pod zastaw pieniędzy, które nie są już środkiem, ale celem samym w sobie.
Nie postuluję za likwidacją pieniądza jako takiego. Ten już dawno przekroczył swoje pierwotne granice, stając się środkiem do osiągania rzeczy, które nigdy nie powinny podlegać idei jednorodności i depersonalizacji. Paradoksalnie w wyniku tego rozwoju wiele rzeczy stało się nieosiągalnych, niezależnie od tego, jak jesteśmy zamożni. Rozwiązaniem wydaje się przywrócenie pieniądzu jego właściwej roli, ponieważ istnieją rzeczy, które ludzie mogą tworzyć wyłącznie przy jego użyciu (lub przy pomocy innego środka koordynującego działania na masową skalę). W swojej pierwotnej formie pieniądz jest narzędziem opowieści, formą porozumienia wyznaczającą role i skupiającą intencje.
Ponieważ nie widać granic tego, co można kupić za pieniądze, pragnienie ich posiadania również staje się nieograniczone. Tę prawdę dostrzegali już starożytni Grecy. Na początku ery pieniądza wielki poeta i reformator Solon zauważył: „bogactwo nie ma dla ludzi żadnych granic, bowiem ci z nas, którzy mają go najwięcej, robią wszystko, aby je podwoić”. Arystofanes zaś twierdził, że wyjątkowość pieniądza polega na tym, że jest jedyną rzeczą, którą nie da się nasycić.
„Ile ci wystarczy?” – zapytał kiedyś pewien człowiek miliardera. Ten zmieszał się, uświadomiwszy sobie, że nie istnieje suma, która byłaby dla niego wystarczająca. Przyczyną tego stanu rzeczy wydaje się fakt, że używamy pieniędzy do zaspokajania potrzeb, których te nie są w stanie zaspokoić. W rezultacie ich rola często sprowadza się do działania podobnego jak każda uzależniająca substancja – uśmierza ból wynikający z niemożności zdobycia tego, czego tak naprawdę pragniemy. Z czasem do stłumienia bólu potrzeba coraz większych dawek, ale zawsze okazują się one niewystarczające. Współcześnie ludzie traktują pieniądze jako substytut więzi, ekscytacji, szacunku do siebie, wolności czy wielu innych wartości. „Gdybym tylko miał milion dolarów, byłbym wolny!” Ilu utalentowanych ludzi poświęca młodość w nadziei na szybkie osiągnięcie wolności, by w połowie życia zorientować się, że wpadli w finansową pułapkę.
Kiedy pieniądz redukuje się do bycia środkiem wymiany, podlega tym samym ograniczeniom co inne dobra, a wtedy pragnienie jego posiadania w pewnym momencie zamienia się w przesyt. Gdy jednak nadamy mu dodatkowe znaczenie – nośnika wartości – pragnienie jego posiadania staje się nieograniczone. Dlatego warto rozważyć oddzielenie funkcji pieniądza jako środka wymiany od jego roli tezauryzacyjnej (polegającej na gromadzeniu). Źródła tego pomysłu sięgają czasów Arystotelesa, który rozróżniał dwa rodzaje zdobywania bogactwa: pierwszy polegający na akumulacji majątku jako celu samego w sobie, drugi – na zdobywaniu środków do zaspokojenia różnorakich potrzeb. Pierwszy rodzaj filozof uważał za całkowicie nienaturalny i pozbawiony granic.
W przeciwieństwie do dóbr fizycznych abstrakcyjność pieniędzy pozwala na posiadanie ich w praktycznie nieograniczonej ilości. Z tego powodu ekonomistom łatwo jest wierzyć w nieskończony wzrost, w którym zwykła liczba staje się miarą wielkości gospodarki. Zagubieni w abstrakcji pieniądza ignorujemy ograniczenia narzucane przez kulturę i przyrodę. Za Platonem czynimy tę abstrakcję bardziej realną niż rzeczywistość. Skupiamy się na „naprawianiu” Wall Street, podczas gdy prawdziwa gospodarka ubożeje. Wszystko sprowadzamy do „wartości”, redukując tym samym całą różnorodność świata do jednego pojęcia. To z kolei tworzy złudzenie, że nasza planeta jest równie nieograniczona jak liczby. Za odpowiednią cenę możemy kupić wszystko – nawet futro zwierzęcia zagrożonego wyginięciem.
Podobnie jak pieniądz funkcjonuje domena człowieka – ta część świata, która należy do istot ludzkich. Handlujemy własnością, rzeczami, które posiadamy lub uważamy za swoje. Rozwój technologii nieustannie poszerza tę sferę, sprawiając, że własnością stały się rzeczy wcześniej nieosiągalne czy nawet niewyobrażalne: ukryte w ziemi minerały, częstotliwości elektromagnetyczne, sekwencje genów. Wraz z postępem rozwinęła się kultura posiadania. Rzeczy, takie jak: ziemia, woda, muzyka czy opowieści, znalazły się w obrębie sfery własności. Brak granic pieniądza sugeruje, że królestwo własności może rozrastać się w nieskończoność, co prowadzi do wniosku, że przeznaczeniem naszego gatunku jest podbój wszechświata, wciągnięcie wszystkiego w domenę człowieka, zawłaszczenie całego uniwersum. To przeznaczenie stanowi element mitu wspinaczki, będącego częścią definiującej nas Opowieści Ludzkości. Dziś jednak ta opowieść staje się przestarzała, a my musimy stworzyć koncepcję pieniądza dostosowaną do nowej rzeczywistości.
Opisane przeze mnie cechy pieniądza nie muszą być jednoznacznie negatywne. Pomagając w ujednoliceniu wszystkiego, z czym się styka, pieniądz umożliwił ludziom dokonywanie rzeczy niezwykłych. Odegrał kluczową rolę w rozwoju cywilizacji opartej na technologii i wiedzy, choć być może dopiero teraz zaczynamy uczyć się właściwego wykorzystania tego potężnego narzędzia. Pieniądz sprzyjał powstaniu ustandaryzowanych dóbr, takich jak np. części zamienne do maszyn czy mikrochipy. Warto jednak się zastanowić, czy chcemy, aby podobna standaryzacja dotykała tego, co jemy. Bezosobowość pieniądza ułatwia współpracę na duże odległości i pomaga koordynować wysiłki milionów nieznających się ludzi. Czy jednak chcemy, aby nasze relacje z sąsiadami stały się równie bezosobowe? Pieniądz jako uniwersalny środek płatniczy pozwala robić praktycznie wszystko, na co mamy ochotę, ale czy chcemy, żeby stał się środkiem, bez którego nie możemy się obyć? Teraz, gdy ludzkość zaczyna odgrywać nową, bardziej świadomą rolę, nadszedł czas na właściwe opanowanie tego narzędzia.