Rozdział 5

Rozdział 5
Koniec dobra wspólnego
Oburzamy się na feudalnego barona, który zabronił chłopu pracować, jeśli nie odda czwartej części zbiorów. Nazywamy takie czasy epoką barbarzyństwa. Dziś mamy inne czasy, ale sedno stosunków społecznych pozostaje takie samo. Pod płaszczykiem dobrowolnej umowy pracownik bierze na siebie dawne zobowiązania feudalne – nigdzie bowiem nie znajdzie lepszych warunków. Kiedy wszystko stało się własnością prywatną, musi on je zaakceptować albo umrze z głodu.
Piotr Kropotkin
U podstaw każdej wielkiej fortuny leży wielka zbrodnia.
Honoré de Balzac
Choć ziemia wydaje się niezależna od ludzkiego działania, jej posiadanie nie różni się znacząco od innych form własności. Weźmy pod uwagę własność materialną – przedmioty wykonane z metalu, drewna czy plastiku, a także uprawy, zwierzęta hodowlane i minerały. Czy nie są one w istocie przekształconymi przez człowieka fragmentami ziemi? Dlatego rozróżnienie między naszą planetą a wprowadzonymi na niej zmianami – między tym, co zastane, a tym, co stworzone ludzką ręką – jest również uzasadnione w przypadku innych dóbr materialnych. Wszystko, czego używamy i co posiadamy, powstało z przekształconych elementów ziemi. Składają się one na tzw. kapitał naturalny – bogactwo ofiarowane nam przez naturę. Początkowo żaden z tych elementów nie był niczyją własnością. Stały się nią dopiero wtedy, gdy rozwój technologii zwiększył nasze możliwości, a mentalność epoki przemysłowej wzmocniła ludzkie pragnienie posiadania. Obecnie własnością stały się nawet te formy kapitału naturalnego, których istnienia ledwo jesteśmy świadomi – spektrum fal elektromagnetycznych, sekwencje DNA, a pośrednio także różnorodność biologiczna i zdolność ziemi do absorbowania odpadów przemysłowych.
Niezależnie od tego, czy dane zasoby zostały już przekształcone w przedmiot własności (jak ziemia, ropa naftowa czy lasy), czy też wciąż pozostają dobrem wspólnym, z którego korzystamy, by tworzyć inne dobra (np. otwarte morza), pierwotne Wielkie Dobro Wspólne zostało rozprzedane – najpierw zamienione w towary, a następnie w pieniądze. Ten ostatni etap potwierdza, że dane dobro przeszło już przemianę we własność prywatną. Jeśli coś można kupić lub sprzedać, oznacza to, że zostało oderwane od swojego naturalnego pochodzenia – stało się zbywalne. To właśnie dlatego pieniądz przekształcił się obecnie w synonim ziemi i wszelkiej innej własności. Z tego samego powodu pobieranie odsetek za korzystanie z kapitału wywołuje podobne skutki i jest częścią tej samej pierwotnej niesprawiedliwości, co nakładanie opłat za użytkowanie ziemi.
Kapitał kulturowy i duchowy
Kapitał kulturowy i duchowy to dwie z czterech kategorii wspólnego bogactwa, obok kapitału naturalnego i społecznego. Każda z tych kategorii obejmuje elementy, które kiedyś były bezpłatne, funkcjonujące w ekonomii daru, a za które teraz musimy płacić.
Najbardziej rozpoznawalną spośród tych innych form kapitału jest kapitał kulturowy, znany również jako własność intelektualna. Dawniej ogromne zasoby opowieści, idei, pieśni, motywów artystycznych, obrazów i rozwiązań technicznych stanowiły własność wspólną, z której każdy mógł czerpać dla przyjemności, zwiększenia wydajności czy rozwijania kolejnych innowacji. W średniowieczu wędrowni śpiewacy słuchali nawzajem swoich utworów, zapożyczali melodie, które im się spodobały. Współcześni artyści i ich komercyjni patroni walczą o prawa autorskie, chroniąc każdy nowy utwór i bezwzględnie ścigając tych, którzy próbują włączyć go do swojego repertuaru. Podobne zjawisko występuje w każdej innej dziedzinie twórczej.
Moralnym uzasadnieniem własności intelektualnej jest znane twierdzenie: „Jeśli należę do siebie, a moja praca należy do mnie, to wszystko, co stworzę, będzie moje”. Gdy nawet przyjmiemy założenie o samostanowieniu, absurdem jest jednak sądzić, że dzieła artystyczne czy intelektualne powstają samodzielnie w umyśle twórcy. Każdy wytwór intelektu (włączając tę książkę) czerpie z elementów otaczającego nas oceanu kultury, z niezliczonych obrazów, melodii i idei głęboko zakorzenionych w ludzkiej psychice, a być może nawet wrodzonych.
Jak trafnie zauważył Lewis Mumford: „patent to mechanizm pozwalający jednemu człowiekowi żądać finansowej nagrody tylko dlatego, że stał się ostatnim ogniwem złożonego procesu społecznego, którego efektem jest dany wynalazek”. Ta sama zasada dotyczy utworów muzycznych, opowiadań i wszystkich innych wytworów kultury. Czyniąc z nich własność prywatną, zawłaszczamy coś, co do nas nie należy. Ponieważ, podobnie jak ziemia, dobra te są częścią wspólnego dziedzictwa ludzkiej cywilizacji, takie zawłaszczenie pogłębia podział na bogatych i biednych, na właścicieli i najemców, na wierzycieli i dłużników. Rosyjski anarchista Piotr Kropotkin ujął to niezwykle trafnie:
Każda maszyna ma podobną historię: to ciąg nieprzespanych nocy, zmagań z biedą, okresów zwątpienia i radości, seria stopniowych udoskonaleń dokonanych przez pokolenia anonimowych pracowników, którzy do pierwotnego wynalazku dodawali drobne elementy, bez których nawet najgenialniejszy pomysł pozostałby tylko niespełnioną ideą. Innymi słowy, każdy nowy wynalazek jest swoistą syntezą, wypadkową setek innych wynalazków z szerokiej dziedziny mechaniki i przemysłu, które go poprzedziły. Nauka i przemysł, teoria i praktyka, bystrość umysłu i sprawność rąk, wysiłek intelektualny i fizyczny – wszystko to jest ze sobą nierozerwalnie związane. Każde odkrycie, każdy postęp, każdy wzrost ludzkiego bogactwa ma swoje źródło w fizycznym i umysłowym wysiłku pokoleń. Jakim więc prawem ktokolwiek może przywłaszczyć sobie choćby najmniejszą część tej ogromnej całości i powiedzieć: „To należy do mnie, a nie do was”.
Mając to wszystko na uwadze, pragnę, aby moje publikacje były ogólnodostępne w wersji elektronicznej. Skłania mnie to również do zrzeczenia się części praw autorskich. Jestem bowiem świadomy, że nie byłbym w stanie napisać tej książki w oderwaniu od ogromnego dorobku ludzkiej myśli, od wspólnego dziedzictwa kulturowego, którego nie mam prawa w żaden sposób ograniczać.
Drugą, znacznie bardziej subtelną kategorią wspólnego bogactwa jest kapitał duchowy. Obejmuje on nie tylko nasze zmysły, lecz także umiejętności, takie jak zdolność koncentracji, kreowania wyobrażonych światów czy czerpania radości z życia. W czasach mojej młodości, zanim telewizja i gry komputerowe zawładnęły amerykańskim dzieciństwem, tworzyliśmy własne fikcyjne światy wraz z ich złożonymi historiami. W ten sposób ćwiczyliśmy różnorodne techniki psychologiczne, które jako dorośli mogliśmy wykorzystywać do kształtowania swojego życia. Obecnie tego typu światy nie pochodzą już z głębi naszych umysłów, lecz ze studiów telewizyjnych i firm produkujących oprogramowanie. Współczesne dzieci przemierzają tanie, krzykliwe, często przepełnione przemocą uniwersa, stworzone przez nieznanych im, odległych twórców. W rezultacie zdolność kreowania własnych obrazów – nazwijmy ją wyobraźnią – zanika. Dzieci, nie potrafiąc wyobrazić sobie alternatywnej rzeczywistości, dorastają, akceptując świat prezentowany im przez innych. Czy nie jest to jedna z przyczyn politycznej bierności amerykańskiego społeczeństwa?
Kolejnym źródłem zubożenia kapitału duchowego jest intensywna stymulacja sensoryczna, którą zapewniają media elektroniczne. Weźmy za przykład współczesne filmy akcji – są tak dynamiczne, głośne i pobudzające, że starsze produkcje wydają się przy nich zwyczajnie nudne, nie wspominając już o książkach czy świecie przyrody. Mimo moich usilnych starań, by ograniczyć kontakt moich dzieci z różnorodnymi bodźcami, zauważam, że z trudem są w stanie oglądać jakikolwiek film nakręcony przed 1975 rokiem. Gdy raz przyzwyczaimy się do intensywnej stymulacji, jej brak wywołuje objawy odstawienia, mówiąc wprost – nudzimy się. Uzależniliśmy się od bodźców do tego stopnia, że musimy płacić za coś, co kiedyś było nam dostępne po prostu dlatego, że żyjemy. Małe dziecko czy łowca-zbieracz potrafili być zafascynowani powolnymi procesami natury: gałązką unoszącą się na wodzie, pszczołą odwiedzającą kwiat oraz wieloma innymi zjawiskami, które wykraczają poza ograniczoną zdolność skupienia uwagi współczesnych dorosłych. Podobnie jak rzymscy kolonowie musieli płacić za użytkowanie ziemi niezbędnej do przeżycia, tak dziś większość ludzi musi płacić właścicielom mediów za tworzenie intensywnej stymulacji zmysłów, której potrzebują, by poczuć, że naprawdę żyją.
Zdolności ludzkiego umysłu, które określamy mianem kapitału duchowego, nie istnieją w próżni. Kształtują je zarówno wychowanie, jak i otaczająca kultura. Umiejętność wyobrażania sobie rzeczy czy odczuwania życiowego spełnienia to w znacznej mierze zdolności zbiorowe. To właśnie te, których z powodu zachodzących przemian nie potrafimy już rozwijać, korzystając z darmowych zasobów umysłu i natury. Zamiast tego musimy za nie płacić, tak samo jak za każde inne dobro.
Zbiorowa uwaga ludzkości stanowi dobro wspólne, podobnie jak ziemia czy powietrze. Jest surowcem dla ludzkiej kreatywności. Stworzenie narzędzia, wykonanie jakiejkolwiek pracy lub czegokolwiek wymaga skupienia uwagi na danym zadaniu. W tym czasie nasze myśli nie mogą błądzić gdzie indziej. Idąc tym tokiem rozumowania, wszechobecność reklam i mediów stanowi formę zawłaszczenia zbiorowej uwagi, uszczuplenia naszego przyrodzonego dziedzictwa. Gdziekolwiek spojrzymy przy drodze, wszędzie widnieją billboardy. W metrze, w internecie, na ulicy – w każdym z tych miejsc komunikaty komercyjne próbują przechwycić naszą uwagę. Przenikają do naszych myśli, zakłócają prowadzone w głowie dialogi i opowieści, wpływają na emocje, pragnienia i przekonania, kierując wszystko w stronę produktu i zysku. Nasza uwaga praktycznie przestała należeć do nas – tak łatwo sterują nią siły polityki i handlu.
Po długotrwałym manipulowaniu, przyzwyczajaniu do intensywnych bodźców i ciągłym przerzucaniu między krzykliwymi obiektami nasza uwaga jest tak nadwyrężona, że nie potrafimy jej utrzymać wystarczająco długo, by stworzyć cokolwiek niezależnego od otaczających nas mediów. Tracimy zdolność śledzenia wątków, rozumienia niuansów i wczuwania się w sytuację innych. Podatni na każdą narrację odwołującą się do emocji stajemy się łatwym łupem nie tylko dla reklam, lecz także dla propagandy, demagogii czy faszyzmu. Wszystko to, na różne sposoby, służy jedynie umacnianiu potęgi pieniądza.
Rozbiór społeczności
Najistotniejszym rodzajem ludzkiego bogactwa jest w tej dyskusji kapitał społeczny. Kategoria ta odnosi się głównie do relacji i umiejętności, a ściślej rzecz ujmując – do usług, które niegdyś ludzie świadczyli sobie nawzajem w ramach ekonomii daru: gotowania, opieki nad dziećmi, opieki zdrowotnej, udzielania gościny, rozrywki, doradztwa, produkcji żywności, szycia odzieży czy budowy domów. Jeszcze jedno–dwa pokolenia temu wiele z tych czynności było znacznie mniej skomercjalizowanych niż obecnie. W czasach mojego dzieciństwa większość znanych mi osób rzadko jadała w restauracjach, a sąsiedzi wzajemnie opiekowali się swoimi dziećmi po szkole. Rozwój technologiczny sprawił jednak, że relacje międzyludzkie zostały wchłonięte w obszar usług. Proces ten przebiegał podobnie jak włączanie coraz to trudniej dostępnych fragmentów naszej planety w sferę towarów. Przykładowo: wynalezienie gramofonu i radia przyczyniło się do przekształcenia muzyki z czegoś, co ludzie tworzyli samodzielnie, w towar, za który trzeba płacić. Sposoby przechowywania i transportu dokonały tego samego w przypadku przetwórstwa żywności. Ogólnie rzecz biorąc, za sprawą rozwoju technologii staliśmy się zależni od pracy zupełnie obcych nam ludzi w przypadku większości rzeczy, których potrzebujemy. Jednocześnie nasze najbliższe otoczenie prawdopodobnie nie potrzebuje niczego, co sami wytwarzamy. W ten sposób więzi ekonomiczne zostały oderwane od relacji społecznych.
Przekształcanie kapitału społecznego w pieniądze przypomina rabunkową eksploatację naszej wspólnoty. Nie powinno nas zatem dziwić, że pieniądz tak skutecznie niszczy więzi międzyludzkie. Jest przecież ucieleśnieniem wszystkiego, co bezosobowe. Weźmy dwa różne lasy – gdy zamienimy je w pieniądze, staną się identyczne. Ta sama zasada, zastosowana do kultury, prowadzi do powstania globalnej monokultury, w której każda relacja zostaje wyceniona. Gdy pieniądz staje się pośrednikiem wszystkich naszych kontaktów, tracimy swoją niepowtarzalność – stajemy się zwyczajnymi konsumentami standardowych produktów i usług (a jednocześnie typowymi pracownikami, którzy je wytwarzają). W takim układzie osobiste relacje gospodarcze stają się zbędne, bo zawsze możemy „zapłacić komuś innemu”. Nic więc dziwnego, że mimo naszych starań tak trudno jest nam zbudować prawdziwą wspólnotę. Nic dziwnego, że czujemy się tak niepewni swojej pozycji, tak łatwo zastępowalni. W mojej książce The Ascent of Humanity napisałem:
Prawda jest taka, że nie potrzebujemy się nawzajem. Nie musimy znać osoby, która uprawia dla nas żywność, szyje ubrania, buduje nam dom, tworzy muzykę czy naprawia samochód. Nie musimy nawet znać opiekunki naszych dzieci, gdy sami jesteśmy w pracy. Jesteśmy uzależnieni od określonej funkcji społecznej, a nie od człowieka, który ją pełni. Cokolwiek by to było, możemy po prostu komuś za to zapłacić. Jak zdobywamy pieniądze? Wykonując jakąś wyspecjalizowaną pracę, która najczęściej sprowadza się do tego, że ktoś nam płaci za wykonywane dla niego zadania […].
Wszystkie nasze podstawowe potrzeby życiowe zostały oddane w ręce specjalistów, a nam – poza własnym zawodem – nie pozostaje nic innego poza rozrywką. Jednocześnie wszelkie codzienne czynności, jak: prowadzenie samochodu, robienie zakupów, opłacanie rachunków, odgrzewanie gotowych posiłków czy sprzątanie, wykonujemy w samotności. Żadna z tych czynności nie wymaga pomocy sąsiadów, rodziny czy przyjaciół. Może i chcielibyśmy nawiązać bliższe relacje z sąsiadami, bo w głębi duszy uważamy się za przyjaznych i pomocnych ludzi. Problem w tym, że niewiele jest sytuacji, w których moglibyśmy tę pomoc zaoferować. W naszych domach pudełkach jesteśmy samowystarczalni (a właściwie samowystarczalni wobec ludzi, których znamy, ale całkowicie zależni od nieznajomych mieszkających tysiące kilometrów od nas).
Utowarowienie relacji społecznych sprawia, że jedyną rzeczą, którą możemy robić wspólnie, jest konsumpcja. Problem polega na tym, że taka aktywność w żaden sposób nie przyczynia się do budowania wspólnoty, ponieważ nie wymaga dawania czegokolwiek od siebie. Według mnie powszechne narzekanie na pustkę większości spotkań towarzyskich wynika właśnie z braku autentycznej potrzeby nawiązania głębszych relacji. Nie potrzebuję waszej pomocy przy jedzeniu. Nie jest mi też potrzebna przy piciu, zażywaniu używek czy rozrywce. Konsumpcja nie wymaga niczyjego zaangażowania, nie wymaga rzeczywistej obecności drugiego człowieka. Prawdziwa wspólnota i bliskość nie mogą z niej wynikać – mogą powstać wyłącznie poprzez dawanie i współtworzenie.
Gdy zwolennicy libertarianizmu bronią świętości własności prywatnej, mimowolnie tworzą potrzebę istnienia tego samego potężnego rządu, którym tak bardzo pogardzają. Wobec braku więzi społecznych odizolowane jednostki stają się zależne od prawnie umocowanego państwa, które przejmuje funkcje dawniej pełnione przez wspólnotę: zapewnianie bezpieczeństwa, rozwiązywanie sporów czy redystrybucję zasobów. Prywatyzacja i regulacja sfery gospodarczej czynią nas, można powiedzieć, bezradnie samodzielnymi – niezależnymi od ludzi z naszego otoczenia, ale jednocześnie całkowicie uzależnionymi od bezosobowych, opresyjnych instytucji działających poza zasięgiem naszego wpływu.
Gdy pytam ludzi, czego brakuje im w życiu, najczęściej słyszę odpowiedź: „Poczucia wspólnoty”. Jak jednak możemy je budować, skoro jego najistotniejsze elementy – wszystko to, co robimy dla siebie nawzajem – zostały zamienione w pieniądze? Wspólnota zbudowana jest z darów. W przeciwieństwie do transakcji pieniężnych czy wymian barterowych, po których nie zostają żadne zobowiązania, dary zawsze rodzą kolejne dary. Gdy coś otrzymujemy, rodzi się w nas wdzięczność, a wraz z nią chęć odwzajemnienia się. Ale co w dzisiejszym świecie możemy ofiarować? Na pewno nie są to rzeczy niezbędne do życia, takie jak żywność, mieszkanie czy ubranie. Nie jest to również rozrywka, przekazywane ustnie opowieści ani opieka zdrowotna. Wszystko kupuje się za pieniądze i nie ma potrzeby przekazywania tego w formie darów. Dlatego właśnie ludzie czują potrzebę ucieczki, tęsknią za powrotem do bardziej samowystarczalnego życia, w którym w ramach wspólnoty sami budujemy domy, uprawiamy żywność i szyjemy ubrania. Choć w tej tęsknocie kryje się głęboka wartość, wątpię, by wiele osób zdecydowało się na powrót do tak wymagającego stylu życia. Na szczęście, poza całkowitym odrzuceniem cywilizacji opartej na specjalizacji i wysokowydajnych maszynach, istnieje inne rozwiązanie. Wynika ono z faktu, że pieniądze, ze względu na swój bezosobowy charakter, nie są w stanie zaspokoić wszystkich naszych potrzeb. Społeczeństwo przyszłości powstanie właśnie w tych obszarach, do których pieniądz, ze względu na swoją naturę, nie może dotrzeć.
Teraz rozumiecie, dlaczego określam pieniądz „końcem dobra wspólnego”? Przekształcenie kapitału naturalnego, kulturowego, społecznego i duchowego w pieniądz jest ostatecznym przejawem jego zdolności do ujednolicania wszystkiego, czego dotknie. Richard Seaford pisze: „Sprowadzając indywidualność do jednolitej bezosobowości, potęga pieniądza przypomina potęgę śmierci”. Rzeczywiście – gdy każdy las zostanie przerobiony na stos desek, gdy wszystkie naturalne ekosystemy zostaną pokryte asfaltem, a ludzkie relacje zastąpione usługami, życie społeczne na naszej planecie zaniknie. Pozostanie tylko zimny, martwy pieniądz, przed czym już wieki temu przestrzegała historia króla Midasa. Będziemy martwi, ale bardzo, bardzo bogaci.
Kreowanie potrzeb
Według ekonomistów wynalazki takie jak gramofony, buldożery i inne technologie wzbogaciły nasze życie, tworząc dobra i usługi, których wcześniej nie było. Patrząc jednak głębiej, potrzeby, które są przez nie zaspokajane, nie są niczym nowym. Zmieniła się jedynie forma ich zaspokajania – to, co kiedyś było darmowe, teraz wymaga opłaty.
Weźmy pod uwagę telekomunikację. Ludzie nie mają abstrakcyjnej potrzeby komunikowania się na odległość, a raczej pragną być w kontakcie z osobami, z którymi łączą ich więzi emocjonalne lub ekonomiczne. W przeszłości bliskie sobie osoby znajdowały się zwykle w pobliżu. Łowca-zbieracz czy XIV-wieczny rosyjski chłop nie potrzebowaliby telefonu. Urządzenia te stały się niezbędne dopiero wtedy, gdy na skutek zmian technologicznych i kulturowych ludzie zaczęli żyć w większym oddaleniu od siebie, a wielopokoleniowe rodziny i lokalne społeczności zaczęły się rozpadać. Innymi słowy, podstawowa potrzeba, którą dziś zaspokajają telefony, istniała od zawsze.
Przyjrzyjmy się innej usłudze, bez której moje dzieci – ku mojemu wielkiemu zdziwieniu – najprawdopodobniej nie potrafią funkcjonować. Chodzi o gry komputerowe, a dokładniej o wieloosobowe gry fantasy RPG. One również nie zaspokajają żadnych nowych potrzeb. Zarówno dzieci, jak i nastolatki mają naturalną potrzebę odkrywania świata, przeżywania przygód i kształtowania swojej tożsamości poprzez kontakty z rówieśnikami. Dawniej realizowali te potrzeby na świeżym powietrzu. Kiedy sam byłem dzieckiem, nie mieliśmy takiej swobody jak poprzednie pokolenia (choćby tej opisanej w Przygodach Tomka Sawyera). Mimo to wraz z przyjaciółmi wędrowaliśmy kilometrami nad strumienie, do opuszczonych kamieniołomów, na nieogrodzone wzgórza czy wzdłuż torów kolejowych.
Dzisiaj, gdy każdy skrawek ziemi jest ogrodzony i oznaczony zakazami, gdy społeczeństwo jest obsesyjnie skupione na bezpieczeństwie, a dzieci od rana do wieczora są obciążone różnorodnymi obowiązkami, rzadko można spotkać młodzież swobodnie włóczącą się po okolicy. Technologia i kultura najpierw odebrały najmłodszemu pokoleniu coś niezbędnego, by następnie oddać im to w formie gier wideo.
Pamiętam moment, w którym uświadomiłem sobie powagę tej sytuacji. Oglądałem przypadkiem odcinek Pokémonów – historię trojga dzieci wędrujących przez świat i przeżywających magiczne przygody. Te fikcyjne postaci, chronione prawami autorskimi, doświadczały tego, co kiedyś było udziałem prawdziwych dzieci. Teraz jednak za przywilej oglądania ich przygód trzeba płacić (bezpośrednio lub pośrednio poprzez reklamy). W rezultacie wzrósł produkt krajowy brutto (PKB) oraz powstały nowe towary i usługi, które zastąpiły to, co kiedyś było dostępne za darmo.
Wystarczy chwila zastanowienia, by zauważyć, że prawie każdy współczesny produkt czy usługa zaspokajają potrzeby, które dawniej realizowano bezpłatnie. Weźmy medycynę. Gdy porównamy nasz obecny stan zdrowia ze świetną kondycją dawnych łowców-zbieraczy czy pierwotnych rolników, staje się jasne, jak wielką cenę płacimy dziś za możliwość normalnego funkcjonowania. A co z opieką nad dziećmi? Przetwarzaniem żywności? Transportem? Przemysłem odzieżowym? Ramy tej książki nie pozwalają na szczegółową analizę tego, jak każda z tych dziedzin została nam odebrana, a następnie odsprzedana. Posłużę się jednak jeszcze jednym argumentem: gdyby rozwój pieniądza rzeczywiście sprzyjał zaspokajaniu nowych potrzeb, czy nie powinniśmy być bardziej spełnieni niż jakiekolwiek poprzednie pokolenie?
Czy jesteśmy szczęśliwsi, mogąc oglądać filmy, zamiast wsłuchiwania się w opowieści miejscowych gawędziarzy, lub słuchając muzyki ze streamingu, zamiast wspólnego muzykowania przy pianinie? Czy jesteśmy szczęśliwsi, jedząc masowo produkowaną żywność zamiast plonów od sąsiada lub z własnego ogródka? Czy ludzie są bardziej zadowoleni mieszkając w domach z prefabrykatów lub w „McRezydencjach” zamiast w wigwamach czy chatach z drewna i kamienia? Czy dzięki tym wynalazkom została zaspokojona jakakolwiek nowa potrzeba? Czy naprawdę staliśmy się przez to bardziej usatysfakcjonowani?
Nie zamierzam odrzucać technologicznych osiągnięć ludzkości (mimo zniszczeń, jakie powodują w przyrodzie i społeczeństwie). Prawdę mówiąc, wspierają zaspokajanie wielu istotnych potrzeb, które są kluczowymi elementami napędzającymi uświęconą ekonomię. Należą do nich: potrzeba odkrywania nowego, zabawy, zdobywania wiedzy i tworzenia tego, co w ramach Nowej Ekonomii nazywamy „odlotowymi rzeczami”. W uświęconej ekonomii technologia i związana z nimi specjalizacja pracy nadal będą istnieć jako czynniki służące zaspokajaniu tych potrzeb. Zresztą już teraz możemy dostrzec w nich wyższy cel. Tkwi on w sercu każdego prawdziwego badacza i wynalazcy – to duch zachwytu, ekscytacji i dreszcz emocji, jakie budzi stworzenie lub wymyślenie czegoś nowego. Każda instytucja współczesnego świata znajdzie swój odpowiednik w nowym świecie – będzie to jak ta sama melodia, tylko w wyższej oktawie. Nie nawołuję do rewolucji, która zniszczy stare i stworzy wszystko od nowa. Takie zmiany próbowano wprowadzać już wielokrotnie, zawsze z tym samym skutkiem. Uświęcona ekonomia jest częścią zupełnie innej rewolucji, która polega na transformacji, a nie na zniszczeniu. To zmiana, w której przegrani nie poczują swojej porażki.
Do dziś bardzo niewiele wytworów gospodarki spełnia wymienione przed chwilą potrzeby. Pragnienie zabawy, chęć doświadczania nowości, przeżywanie zachwytu – żadna z nich nie jest całkowicie zaspokojona. Jednocześnie zaspokajanie wielu innych (związanych głównie z biologicznym przetrwaniem) wiąże się z ogromnym niepokojem i ciągłą walką. Przeczy to całkowicie twierdzeniom ekonomistów, według których nawet jeśli nie uda się zaspokoić nowych potrzeb, to dzięki rozwojowi techniki i lepszemu podziałowi pracy będziemy przynajmniej wydajniej zaspokajać te podstawowe. Mówi się, że maszyna może wykonać pracę tysiąca ludzi, a komputer koordynować pracę tysiąca maszyn. Dlatego już XVIII-wieczni futuryści przewidywali rychłe nadejście ery wolnego czasu. Taka era jednak nigdy nie nastała, a w ostatnich kilku dekadach realizacja tej wizji coraz bardziej się oddala. Coś ewidentnie jest tu nie tak.
Jedno z dwóch podstawowych założeń ekonomii głosi, że w normalnych warunkach ludzie działają zgodnie z racjonalnie pojmowanym interesem własnym. Dwie osoby dokonają wymiany (czyli jedna coś sprzedaje, druga płaci pieniędzmi) wyłącznie wtedy, gdy obie dostrzegą w tym korzyść. W konsekwencji im więcej zawartych transakcji, tym większe obopólne korzyści (ekonomiści wiążą więc pieniądz z zasadą użyteczności Jeremy’ego Benthama). Takie rozumowanie jest jednym z powodów, dla których wzrost gospodarczy jest obecnie uznawany za Święty Graal polityki ekonomicznej. Gdy gospodarka rośnie, z założenia zwiększa się poziom globalnego dobrobytu. Który polityk nie chciałby przypisać sobie zasługi doprowadzenia do wysokiego wzrostu gospodarczego?
Zgodnie z ekonomiczną logiką pojawienie się popytu na nowy towar lub usługę oznacza, że dane dobro przynosi komuś korzyść. W pewnym wąskim rozumieniu jest to prawda. Jeśli ukradnę wam kluczyki samochodu, może być dla was opłacalne odkupienie ich ode mnie. Podobnie gdy zabiorę wam ziemię, możecie skorzystać na tym, że ją ode mnie wydzierżawicie (bo alternatywą jest śmierć głodowa). Twierdzenie jednak, że transakcje finansowe świadczą o ogólnym wzroście dobrobytu, jest absurdalne. Kiedy płacimy za coś, co wcześniej było dostępne dzięki samowystarczalności lub ekonomii daru, logika wzrostu gospodarczego zawodzi. W powszechnym rozumowaniu kryje się ideologiczne założenie, że dawne życie było, używając słów Thomasa Hobbesa, „samotne, biedne, paskudne, brutalne i krótkie”. Taka wizja przeszłości miałaby usprawiedliwiać teraźniejszość, która, prawdę mówiąc, pod wieloma względami wcale nie różni się od tego opisu. Czymże bowiem jest życie na ciągnących się po horyzont przedmieściach, jeśli nie samotnością? Jakie jest życie w środkowej Afryce, jeśli nie zbyt krótkie? Czy jakakolwiek epoka może dorównać XX wiekowi pod względem brutalności? Być może Hobbesowskie twierdzenie o przeszłości jako okrutnej walce o przetrwanie jest jedynie ideologicznym rzutowaniem naszej obecnej rzeczywistości?
Aby gospodarka mogła się rozwijać, musi rosnąć sektor dóbr i usług. Pieniądze muszą zaspokajać coraz więcej naszych potrzeb. PKB definiuje się przecież jako sumę dóbr i usług wytwarzanych przez dane państwo, przy czym w tej kalkulacji uwzględnia się wyłącznie to, co można wymienić na pieniądze.
Jeśli zaopiekuję się waszym dzieckiem bezpłatnie, ekonomiści nie uznają tego za usługę i nie uwzględnią w PKB. Takiej czynności nie można wykorzystać do spłaty kredytu bankowego ani pójść do supermarketu, mówiąc: „Dziś rano pilnowałem dzieci sąsiadów, proszę dać mi za to coś do jedzenia”. Jeśli jednak otworzę placówkę opiekuńczą i pobiorę opłatę za tę samą czynność, wówczas stworzę usługę. PKB wzrośnie, a według ekonomistów społeczeństwo stanie się bogatsze. Innymi słowy – moim działaniem przyczynię się do wzrostu gospodarczego i poprawy globalnego dobrobytu. Towary to rzeczy, za które płaci się pieniędzmi. Towary = pieniądz – oto równanie naszych czasów.
Podobnie się dzieje, gdy wycinam las i sprzedaję drewno. Dopóki las rośnie, nie ma statusu produktu. Stanie się nim dopiero wtedy, gdy doprowadzę do niego drogę, zatrudnię pracowników do wycinki i transportu drewna do nabywcy. W ten magiczny sposób las staje się towarem, przyczyniając się do wzrostu PKB. Analogicznie będzie z nowo napisaną piosenką. Jeśli udostępnię ją za darmo, gospodarka nie wzrośnie, a społeczeństwo nie zostanie uznane za bogatsze. Stanie się tak dopiero, gdy objęta zostanie prawami autorskimi i sprzedana. Idąc tą logiką: Gdybym natrafił na tradycyjną społeczność, która leczy się ziołami i szamańskimi praktykami, a następnie zniszczył jej kulturę, zmuszając jej członków do kupowania leków w aptekach, oraz odebrał im ziemię, by musieli kupować żywność w sklepach – uczyniłbym świat „bogatszym”. Osiągnąłbym to włączając różnorodne funkcje, relacje i zasoby w sferę pieniądza.
Za każdym razem, gdy ktoś płaci za coś, co kiedyś otrzymywał w darze lub zrobił samodzielnie, światowy poziom „dobrobytu” rośnie. Każde ścięte i przerobione na papier drzewo, każda idea schwytana w sidła własności intelektualnej, każde dziecko, które zamiast świata wyobraźni używa gier wideo, każda relacja międzyludzka zamieniona w płatną usługę – wszystko to uszczupla naszą wspólną własność przyrodniczą, kulturową, duchową i społeczną, przekształcając ją w pieniądze.
Rzeczywiście, profesjonalna opiekunka potrafi zająć się tuzinem dzieci znacznie efektywniej (pod względem roboczogodzin) niż 12 rodziców siedzących osobno w domach. To prawda, że uprawa 400-hektarowego gospodarstwa przy użyciu traktorów i środków chemicznych jest wydajniejsza niż praca w 100 małych gospodarstwach z użyciem ręcznych narzędzi. Cała ta wydajność nie zapewnia nam jednak ani minuty dodatkowego czasu wolnego. Nie zaspokaja też żadnej nowej potrzeby. Wszystko kończy się masową produkcją tandetnych rzeczy, które szybko lądują na dnie szuflady lub na wysypisku.
Potrzeby, które pieniądz potrafi zaspokoić najlepiej, mają charakter czysto ilościowy. Jakościowych cech towaru lub usługi nie da się łatwo wtłoczyć w ramy relacji rynkowych. Aby móc w ogóle ustalić cenę, trzeba najpierw postawić pytanie: „Ile?”, ale absurdem byłoby targowanie się o dobra stricte jakościowe, takie jak: miłość, bliskość, piękno czy troska. Czy będziesz mnie kochać bardziej, jeśli podwoję stawkę? W najlepszym wypadku można wycenić pewną namiastkę miłości, czyli jedynie działania imitujące zachowanie kochającej osoby, ponieważ tylko je da się precyzyjnie zdefiniować i zmierzyć. Ekspansji pieniądza nieuchronnie towarzyszy rozrost wszystkiego, co można za jego pomocą wyrazić – a więc wzrost w sferze czystej ilości. I tak oto współczesne społeczeństwo wręcz dławi się nieprzyzwoitym (choć wciąż niewłaściwie dystrybuowanym) nadmiarem tego, co można wyliczyć, a jednocześnie cierpi na bolesny niedostatek tego, czego zmierzyć się nie da.
Ograniczony charakter ludzkich potrzeb stwarzał problemy już od początku ery przemysłowej, ujawniając się najpierw w przemyśle tekstylnym. Bo ile ubrań naprawdę potrzebuje jeden człowiek? Rozwiązaniem nieuchronnego kryzysu nadprodukcji okazało się nakłonienie ludzi do kupowania większej ilości odzieży, niż wynikałoby to z praktycznych potrzeb. Powstała więc branża modowa, która w wyjątkowo cyniczny sposób zachęcała aspirujących elegantów do podążania za najnowszymi trendami. Ludzie łatwo dali się na to złapać, ponieważ ubiór we wszystkich kulturach odgrywa istotną rolę, zaspokajając różnorodne potrzeby. Jest sposobem wyrażania siebie, podkreślenia statusu czy przynależności do grupy społecznej. Przyozdabianie naszych ciał jest czymś równie naturalnym jak doprawianie potraw. Problem w tym, że żadna nowa potrzeba nie zostaje w ten sposób zaspokojona. Coraz większa część produkcji służy zaspokajaniu tej samej, tylko nieustannie komplikowanej.
Co więcej, ta sama industrializacja, która przyniosła masową produkcję tekstyliów, doprowadziła również do rozpadu społecznego, rozbijając tradycyjne wspólnoty i czyniąc ludzi podatnymi na mody. Opisałem to szerzej we The Ascent of Humanity:
Aby wprowadzić konsumpcjonizm do izolowanej kultury, najpierw należy zniszczyć jej poczucie tożsamości. Oto przepis na osiągnięcie tego celu: trzeba zakłócić sieć wzajemnych powiązań poprzez wprowadzenie produktów z zewnątrz. Należy podkopać poczucie wartości danej grupy, pokazując jej efektowne obrazy świata zachodniego. Poprzez działalność misyjną i edukację trzeba zdeprecjonować lokalną mitologię. Ponadto należy zdemontować tradycyjne sposoby przekazywania wiedzy, wprowadzając szkolnictwo oparte na zewnętrznym programie nauczania. Konieczne jest również zniszczenie języka poprzez zmuszenie ludzi do nauki wyłącznie w języku angielskim lub innym języku narodowym. Dodatkowo należy osłabić związki społeczności z ziemią poprzez import taniej żywności (co sprawi, że lokalne rolnictwo stanie się nieopłacalne). W ten oto sposób stworzy się ludzi pragnących „jedynie słusznych” sneakersów.
Kryzys nadprodukcji pojawia się w momencie ostatecznego zaspokojenia danej potrzeby, a rozładowuje się go poprzez sztuczne przerzucenie uwagi na inną potrzebę, najczęściej o charakterze jakościowym. Zastanówmy się: ile par markowych butów sportowych musicie kupić, by realnie zaspokoić potrzebę tożsamości i przynależności? Ilu sportowych aut i jak ogromnej rezydencji potrzebujecie, aby ugasić pragnienie szacunku? Ile wyjazdów na egzotyczne wakacje jest wam niezbędnych, by w pełni zaspokoić wewnętrzną chęć poszerzania własnych granic? I ostatecznie ile masowo produkowanych towarów musicie zgromadzić, by zagłuszyć autentyczną potrzebę obcowania z prawdziwie pięknymi, kunsztownie wykonanymi przedmiotami? Odpowiedź brzmi: nieskończenie wiele. Z perspektywy biznesu jest to wręcz wspaniała wiadomość.
Spójrzmy na to tak: najpierw kolejne rodzaje dóbr wspólnych – naturalnych, społecznych, kulturowych i duchowych – jedne po drugich przekształcane są we własność oraz pieniądze. Kiedy społeczny kapitał produkcji odzieży (czyli umiejętności, tradycje i sposoby jej wytwarzania) zostanie zamieniony w towar i nikt już nie będzie szył ubrań poza pieniężnym obiegiem gospodarczym, przyjdzie czas na niszczenie kolejnych struktur społecznych podtrzymujących tożsamość. W pewnym momencie lokalna tożsamość stanie się towarem, a regionalne stroje i inne dobra konsumenckie – pomysłem na jej spieniężenie.
Społeczna ekonomia daru – nasze wspólne umiejętności, zwyczaje i struktury społeczne – jest źródłem bogactwa równie obfitym, jak środowisko naturalne i stanowiąca jego podstawę ziemia. Nasuwa się pytanie: co się stanie, gdy wyczerpiemy wszystkie formy dóbr wspólnych? Co nastąpi, gdy zabraknie ryb, gdy nie będzie już lasów niezbędnych do produkcji papieru, gdy ziemia przestanie rodzić zboże konieczne do produkcji mąki, gdy zniknie wszystko to, co ludzie robią dla siebie nawzajem bezinteresownie?
Dlaczego zakładamy, że gospodarka musi nieustannie się rozwijać? Skoro podwyższona wydajność zaspokaja wszystkie nasze potrzeby, to czy nie moglibyśmy po prostu mniej pracować? Dlaczego wciąż nie nadeszła ta obiecywana era odpoczynku? W obecnym systemie finansowym taki moment prawdopodobnie nigdy nie nastąpi. Nawet największy przełom technologiczny tego nie zmieni. System oparty na pieniądzu zawsze będzie nas zmuszał do tragicznego wyboru między wzrostem gospodarczym a odpoczynkiem.
Niektórzy mogliby argumentować, że pieniądze zaspokoiły jedną dotychczas niezaspokojoną potrzebę – właściwą gatunkowi ludzkiemu chęć nieustannego rozwoju i działania w coraz większej skali. Być może w kwestii jedzenia, muzyki czy kultury nasze potrzeby są zaspokojone tak samo jak w epoce kamienia łupanego, ale dzięki pieniądzom po raz pierwszy możemy tworzyć rzeczy wymagające skoordynowanych działań milionów specjalistów rozsianych po całym świecie. Wynalazek pieniądza umożliwił rozwój ludzkiego „metaorganizmu” składającego się z ponad 7 miliardów komórek. Działa on niczym molekuła sygnałowa, koordynująca wkład jednostek i organizacji w realizację celów nieosiągalnych dla żadnej mniejszej grupy. Wszystkie potrzeby, które pieniądz wytworzył (lub przeniósł ze sfery osobistej do sprzedawalnej), były elementem rozwoju tego organizmu. Nawet przemysł modowy wniósł tu swój wkład, tworząc poczucie tożsamości i przynależności pokonujące ogromne dystanse społeczne.
Podobnie jak organizm wielokomórkowy ludzkość jako byt zbiorowy potrzebuje organów, podsystemów i mechanizmów koordynujących ich działanie. Pieniądz, wraz z kulturą opartą na symbolach, technologią komunikacyjną i edukacją, odegrał kluczową rolę w rozwoju tej metaistoty. Był niczym hormon wzrostu stymulujący i ukierunkowujący jej rozwój. Wydaje się jednak, że dziś osiągnęliśmy już granice tego wzrostu – nastąpił koniec okresu dziecięcego ludzkości. Wszystkie nasze narządy są w pełni ukształtowane, a niektóre wręcz straciły swoją funkcję. Wkraczamy w okres dojrzałości. Być może jesteśmy już gotowi, by skierować niedawno nabytą siłę twórczą miliardów ludzi ku bardziej dojrzałym celom. Możliwe więc, że potrzebujemy nowego rodzaju pieniądza, który nadal będzie w stanie koordynować ten niezwykle złożony organizm, ale przestanie wymuszać jego ciągły wzrost.
Potęga pieniądza
Wszystkie niezliczone formy własności mają jedną cechę wspólną: można je kupić lub sprzedać. Każda z tych form stanowi ekwiwalent pieniędzy, ponieważ dzięki nim można wejść w posiadanie dowolnej innej formy kapitału czy mocy wytwórczych. Pamiętajmy przy tym, że każda z nich powstała z dóbr wspólnych, które kiedyś nam odebrano i przekształcono we własność prywatną. Ten sam proces, który dotknął ziemię, objął również wszystkie inne dobra, prowadząc do koncentracji bogactwa w rękach nielicznych. Już pierwsi ojcowie Kościoła, a później Proudhon, Marks i George rozumieli, że niemoralnym jest odebranie komuś własności, by następnie zmuszać go do płacenia za jej użytkowanie. Dokładnie to jednak się dzieje przy każdym poborze czynszu za grunt czy odsetek od kapitału. Nie jest więc przypadkiem, że niemal wszystkie religie świata potępiają lichwę. Nikt nie powinien czerpać zysków z czegoś, co niegdyś stanowiło dobro wspólne, a dzisiejsze pieniądze są właśnie ucieleśnieniem wszystkiego, co istniało przed własnością prywatną.
Systemy finansowe wolne od odsetek, które opiszę w tej książce, nie są motywowane wyłącznie względami moralnymi. Odsetki to coś więcej niż zwykły dochód z przestępstwa. To siła napędowa, która – nawet wbrew naszym najszlachetniejszym intencjom – zmusza nas do dobrowolnego (lub przymusowego) udziału w rabunku zasobów Ziemi.
W trakcie moich podróży, najpierw w głąb siebie, a później po świecie jako mówca i pisarz, często stykałem się z głębokim cierpieniem i bezradnością. Wynikały one z wszechobecności tego mechanizmu pożerającego naszą planetę oraz niemożności wyrwania się z jego objęć. Jednym z milionów przykładów jest sytuacja, gdy ludzie mimo oburzenia na Walmart nadal robią tam zakupy (lub w podobnych sieciach handlowych). Zapytani o powód odpowiadają, że nie stać ich na płacenie dwa razy więcej za te same produkty gdzie indziej albo że nie są w stanie obyć się bez dostępnych tam towarów. A co z prądem w naszych domach? Co z wydobywanym z ziemi węglem? Co z benzyną, która pozwala nam się przemieszczać i stanowi zabezpieczenie na wypadek awarii sieci energetycznej? Możemy ograniczać swój udział w mechanizmie pochłaniania świata, ale nie jesteśmy w stanie całkowicie się od niego uwolnić. Kiedy ludzie uświadamiają sobie, że sama przynależność do społeczeństwa oznacza współudział we wszystkich jego występkach, często ogarnia ich pragnienie osiągnięcia pełnej samowystarczalności i odizolowania się od innych. Czy jednak ma to sens, skoro Rzym płonie? Co zmieni nasz mikroskopijny wysiłek w ograniczaniu zniszczeń przytłaczających świat? Niezależnie od tego, czy zamieszkamy w lesie, żywiąc się korzonkami i jagodami, czy będziemy mieszkać na przedmieściach wielkiego miasta, jedząc żywność przywożoną ciężarówkami z Kalifornii, pragnienie osobistego uwolnienia się od grzechów cywilizacji pozostaje swoistym fetyszem – niczym panele fotowoltaiczne na dachu 400-metrowej rezydencji.
Choć szlachetne są próby bojkotowania Walmartu, reformowania służby zdrowia, systemu edukacji czy jakiejkolwiek innej dziedziny życia publicznego, w starciu z potęgą pieniądza okazują się one zazwyczaj daremne. Każda próba wprowadzenia zmian przypomina wyczerpujące płynięcie pod prąd rzeki – wystarczy chwila odpoczynku od wiosłowania, a już kolejna fala nadużyć, zniewag czy rabunkowej eksploatacji przyrody, zdrowia, społeczeństwa lub ludzkiego ducha, wszystko w imię pieniędzy, spycha nas z powrotem do punktu wyjścia.
Czym jednak jest owa legendarna potęga pieniądza? Wbrew popularnym teoriom nie jest to żadna złowroga grupa zachłannych bankierów kontrolujących świat poprzez Grupę Bilderberg, Komisję Trójstronną czy Iluminatów. W czasie moich podróży spotykam ludzi zafascynowanych książkami Davida Icke’a i innych autorów, którzy przekonują o istnieniu pradawnego, światowego spisku dążącego do utworzenia „nowego porządku świata”. Symbolem tego spisku ma być wszechwidzące oko na szczycie piramidy, sprawujące kontrolę nad wszystkimi rządami i instytucjami świata. Według tych teorii za wszystkim stoi niewielka tajna grupa psychopatów żądnych władzy, dla których nawet potężne rody Rotschildów i Rockefellerów są jedynie marionetkami. Albo jestem wyjątkowo naiwny, albo czegoś tu nie pojmuję.
Przyznaję się do pewnej łatwowierności, ale nie uważam się za ignoranta. Przestudiowałem wiele publikacji poświęconych teoriom spiskowym, lecz wciąż nie znajduję w nich satysfakcjonujących odpowiedzi. Owszem, za wydarzeniami takimi jak zamach z 11 września czy zabójstwo Kennedy’ego kryje się znacznie więcej, niż podają oficjalne źródła, a świat finansów i polityki rzeczywiście ma ścisłe powiązania ze światem przestępczym. Uważam jednak, że teorie spiskowe przeceniają ludzką zdolność do kontrolowania złożonych systemów. Przyznaję, że wiele zjawisk pozostaje tajemniczych, a „zbiegi okoliczności” przytaczane przez Icke’a i jemu podobnych wymykają się standardowym wyjaśnieniom. Pozwalając sobie na pewną dozę metafizyki, sądzę, że to głęboko zakorzenione w nas ideologie i systemy przekonań (wraz z ich nieświadomymi aspektami) tworzą strukturę łudząco podobną do spisku. To jakby spisek bez spiskowców – wszyscy są marionetkami, ale nie ma lalkarza.
Co więcej, atrakcyjność teorii spiskowych wydaje się mieć podłoże zarówno psychologiczne, jak i empiryczne. Te opowieści mają w sobie szczególny urok, który najwyraźniej wypływa z naszego pierwotnego poczucia krzywdy, wskazując naszej wściekłości konkretny cel oraz winnych, których możemy nienawidzić. Niestety, jak przekonali się rewolucjoniści, którym udało się obalić oligarchów, ta nienawiść jest źle ukierunkowana. Prawdziwy winowajca tkwi znacznie głębiej i jest wszechobecny. Wykracza poza świadome działania ludzi – nawet bankierzy i oligarchowie znajdują się pod jego wpływem. Prawdziwym winowajcą są… przybysze z innej planety w swoich latających statkach. Żartuję! W rzeczywistości głównym źródłem problemów jest system finansowy – oparty na kredycie, napędzany odsetkami, wyrastający z pradawnej fali Rozłamu, generujący rywalizację, polaryzację i chciwość. To system wymuszający nieustanny, wykładniczy wzrost, który – co najistotniejsze – zbliża się do swojego kresu. Dzieje się tak, ponieważ w miarę jego rozwoju wyczerpują się zasoby kapitału społecznego, przyrodniczego, kulturowego i duchowego, stanowiące jego paliwo.
W kolejnych rozdziałach szczegółowo opiszę ten proces, omówię kwestię odsetek i przedstawię nowe spojrzenie na obecny kryzys ekonomiczny. Uzbrojeni w tę wiedzę będziemy mogli zrozumieć, jak stworzyć nowy rodzaj systemu finansowego, którego skutki będą przeciwieństwem obecnych. Już teraz mogę zdradzić, że jego fundamentami będą: wspólnota zamiast chciwości, równość zamiast polaryzacji, pomnażanie wspólnego dobra zamiast jego zawłaszczania oraz stabilność zamiast nieustannego wzrostu. Ten nowy system stanie się ucieleśnieniem głębokiej przemiany, której początki obserwujemy obecnie, a która przesunie ludzką tożsamość w kierunku wspólnej świadomości i połączy wszystkie istoty w kręgu wzajemnego obdarowywania się. Każdy pieniądz będący częścią tego zjednoczenia, tego wielkiego zwrotu z pewnością zasługuje na miano świętego.