#055. Psychologia spekulacji – mechanizmy, które niszczą inwestorów

10 kwietnia 2026

Listen to „055. Psychologia spekulacji – mechanizmy, które niszczą inwestorów” on Spreaker.

  • Dlaczego inwestorzy kupują najwięcej, wtedy, gdy ryzyko jest największe?
  • Jak działa mechanizm “piramidowania pozycji” i dlaczego kończy się katastrofą?
  • W jaki sposób chciwość i nadmierna pewność siebie niszczą nawet duże zyski?
  • Dlaczego większość spekulantów, mimo strat, nie potrafi odejść z rynku?

Posłuchaj fragmentu książki „Psychologia spekulacji” Henry’ego Howarda Harpera, klasycznego studium rynku, które mimo upływu lat pozostaje zaskakująco aktualne i bezlitośnie obnaża mechanizmy rządzące decyzjami inwestorów. Poznaj historie inwestorów, którzy zarabiali fortuny, by następnie w krótkim czasie je stracić. Historie pokazujące, jak łatwo zamienić rozsądne decyzje w niebezpieczną grę emocji.

Ten fragment to brutalnie szczere spojrzenie na psychologię spekulacji, gdzie największe błędy nie wynikają z braku wiedzy, ale z ludzkiej natury.

Książka dostępna na maklerska.pl „Psychologia spekulacji. Emocje i złudzenia na Wall Street w 1926 roku”

Transkrypcja

Gorączkowa spekulacja to najczystsza forma hazardu

Ogromny odsetek giełdowych spekulantów staje się ofiarami nadmiernej pewności siebie po serii udanych transakcji. Ich entuzjazm rośnie z każdym nowym sukcesem, aż w końcu wyrzucają ostrożność za burtę, zwiększają swoje ryzyko daleko poza granice bezpieczeństwa i przy nieuchronnym zwrocie rynku znajdują się w tarapatach – jak głupie ryby, które podczas przypływu wypływają na plażę i zostają tam uwięzione. To dziwne, ale prawdziwe: ludzie, którzy wcześniej śmialiby się z pomysłu kupienia akcji za 50 dolarów, potrafią później pożyczyć pieniądze na wysoki procent i kupować tę samą akcję, kiedy kosztuje już 100–150 dolarów, wnosząc przy tym jedynie minimalny wymagany depozyt zabezpieczający.
Są też liczni tacy, którzy po sprzedaży swoich akcji z pokaźnym zyskiem odkupią je z powrotem 20, 50, 80, a nawet 100 punktów wyżej – i to z dużo mniejszą obawą niż odczuwali przy pierwszym zakupie po niskiej cenie. Dobrobyt na giełdzie zdaje się pobudzać optymizm, brawurę i niecierpliwość w takim samym stopniu, w jakim niepowodzenia tłumią przedsiębiorczość i ambicje.

Jednakże w nadmiernym optymizmie kryje się znacznie większe niebezpieczeństwo niż w nadmiernym pesymizmie, ponieważ optymiści mają skłonność do popierania swoich pełnych nadziei poglądów poprzez bezkrytyczne zakupy akcji po wysokich cenach, podczas gdy pesymiści rzadko decydują się w ogóle działać zgodnie ze swoimi opiniami. Ryzyko podejmowane przy kupowaniu akcji na „cienkim” depozycie zabezpieczającym jest tak oczywiste, że wspominanie o nim wydaje się niemal tak banalne, jak stwierdzenie, że dzieci narażają życie, bawiąc się na cienkim lodzie.

Niebezpieczeństwa odwróconych piramid

Starodawnym, mądrym zwyczajem było wznoszenie piramid szeroką podstawą na ziemi. Współcześni „budowniczowie” piramid giełdowych odwrócili jednak tę odwieczną praktykę i większość z nich buduje swoje „piramidy” akcji szerszym końcem do góry. Z tego powodu nieuchronnie przewracają się one po osiągnięciu pewnej wysokości.
Na przykład, kiedy walory Lake Copper były notowane po 5 dolarów za sztukę, pewien gracz kupił 500 akcji, spodziewając się, że podwoi na nich pieniądze. Podpowiedziano mu bowiem, że papier ten dojdzie do 10 dolarów. Jednak kiedy Lake Copper rzeczywiście osiągnął ten poziom, zamiast sprzedać, inwestor dokupił kolejne 100 akcji i złożył zlecenie sprzedaży całości po 15 dolarów. Zanim kurs doszedł do jego ceny sprzedaży, zdążył on jednak anulować zlecenie i podnieść je do 25 dolarów. Tam znów je usunął, zamiast tego dokupując dodatkowych kilkaset akcji.

W tamtym momencie był już przekonany, że kurs dojdzie do 50 dolarów. Kupił zatem dalszych 500 akcji po 40, po czym kurs spadł, a on, obawiając się, że straci cały zarobek, sprzedał większość po 30. Kurs wrócił następnie do 50 dolarów, a inwestor zachęcony „ulicznymi” pogłoskami o odkryciu bogatych złóż rudy wraz z towarzyszącymi im raportami, że akcje będą tanie nawet po 75 dolarów, odkupił swój pakiet. Kiedy rynek doszedł do 60, sprzedał wszystko, co miał, ale jakiś czas potem otworzył pozycję, płacąc po 75 dolarów za walor.

W tym czasie spekulanci doszli do wniosku, że kopalnia jest jednym z najbogatszych złóż w całym regionie Wielkich Jezior. Krążyły pogłoski, że akcje spółki są skupowane dla przejęcia kontroli przez wielką firmę górniczą, której teren graniczył z jej własnością, a papier „typowano” na 150 dolarów. Wielu uważało, że to drugi Calumet & Hecla, który kiedyś sprzedawano po 12 dolarów, a później po 1000.

Od tego momentu nasz gracz zaczął „piramidować” swoją pozycję, kupując 100 akcji na każdy kolejny wzrost o punkt i „rozsądnie” chroniąc swoje zyski zleceniami stop loss, ustawionymi kilka punktów poniżej bieżącej ceny. Jednak wystarczyło, że rynek pewnego razu nieznacznie się cofnął i 500 jego akcji zostało sprzedanych na zleceniach „stop” (po czym oczywiście rynek szybko się podniósł). Nasz inwestor upewniony, że kurs został zbity wyłącznie po to, by go „wytrząsnąć”, odkupił te 500 akcji pięć punktów wyżej, niż je sprzedał.

Aby zapobiec podobnej sytuacji po raz drugi, skasował on wszystkie zlecenia stop loss i postanowił zdać się na łaskę rynku, pewien, że dopóki gra za „aksamit” – czyli za wcześniej zarobione pieniądze – nie może przegrać.
Kiedy kurs doszedł do 85 dolarów, ktoś przekonał gracza, że pora realizować zyski. Złożył więc on zlecenie sprzedaży całego pakietu po 90 dolarów. Kiedy jednak cena zbliżyła się do tego poziomu, raz jeszcze podniósł poprzeczkę – tym razem do 100 dolarów. Później kurs doszedł do 95, a on mając 3,2 tysiąca akcji, mógł zarobić fortunę.

Po co jednak realizować zysk teraz, skoro był na najlepszej drodze do zarobienia pół miliona, a może i więcej? Wkrótce jednak ujawniła się cała kruchość jego piramidy, gdyż po ustanowieniu poziomu 95, kurs zaczął spadać. Nasz inwestor z każdym punktem spadku tracił 3,2 tysiąca dolarów. Gdy cena zeszła do 75 dolarów, makler zażądał, by albo gracz zwiększył depozyt, albo „odchudził” pozycję, sprzedając połowę akcji, lub coś koło tego. Wkrótce, po wyłożeniu przez inwestora wszystkich posiadanych pieniędzy i wszystkiego, co zdołał pożyczyć, makler zmuszony był spieniężyć jego walory, by chronić samego siebie. Koniec końców kurs spadł do… 90 centów.

Urok hossy na miedzi – i fałszywych papierów

Spekulant kupujący akcje nowej kopalni miedzi podejmuje de facto hazardową próbę, licząc, że zostaną znalezione złoża rudy na tyle duże, że zapewnią opłacalność całego przedsięwzięcia. Większości tych, którzy ulegli tej pokusie w ciągu ostatnich 30 lat, nie trzeba przypominać o ryzykach związanych z takimi zakładami.

Pamiętam, że około 25 lat temu, gdy „gorączka miedziowa” szalała po całym kraju – a w Bostonie była wyjątkowo zaraźliwa – w jednym z czołowych tamtejszych dzienników ukazało się półstronicowe ogłoszenie, barwnie opisujące odkrycie najbardziej niezwykłej żyły miedzi, na jaką kiedykolwiek natrafiono.

Główny inżynier jednej z największych i najbardziej znanych kopalni miedzi w Stanach Zjednoczonych – człowiek o ogromnym doświadczeniu i wielkiej wiedzy górniczej – podczas poszukiwań gdzieś na Zachodzie natrafił, jak twierdził, na najbogatsze złoża rudy miedzi, jakie kiedykolwiek widział.

Złoża te miały znajdować się wewnątrz dużej góry, dogodnie położonej w pobliżu linii kolejowej. Dzięki wydrążeniu tunelu w zboczu można było wywozić rudę wózkami, zrzucać ją wprost na wagony i przewozić do huty położonej kilka mil dalej. Inżynier górniczy (podano jego pełne nazwisko) natychmiast zrezygnował z posady, założył spółkę akcyjną pod nazwą Occidental Copper Mining Company – do której przyjął kilku bliskich przyjaciół – kupił teren i rozpoczął drążenie tunelu za swoje własne środki oraz za pieniądze zebrane z emisji walorów nowej korporacji.

Po wyczerpaniu funduszy, a chcąc kontynuować prace (które wyglądały coraz bardziej obiecująco), dyrektorzy wyemitowali dodatkowy pakiet akcji o wartości nominalnej jednego dolara za udział. Najnowsze raporty wskazywały, że prace postępują pomyślnie pod osobistym kierownictwem inżyniera, który odkrył złoże, a akcjonariusze w ciągu roku czy dwóch mogą spodziewać się wysokich dywidend.

Ogłoszenie zostało zamieszczone nie przez żadne profesjonalne biuro maklerskie, lecz przez… znaną w Bostonie firmę handlującą artykułami spożywczymi. Firma ta twierdziła, że po dokładnym zbadaniu sprawy kupiła duży pakiet akcji, z którego 20 tysięcy udziałów zamierza rozprowadzić wśród swoich klientów po wartości nominalnej wspomnianego dolara za sztukę.

Zgłosiłem się do prezesa tej firmy, który oświadczył, że współpracujące z nim biuro maklerskie tak dobrze oceniło perspektywy przedsięwzięcia, iż kupiło 20 tysięcy akcji na własny rachunek oraz drugie tyle z przeznaczeniem do dystrybucji wśród swoich klientów. Twierdził, że choć akcje są warte co najmniej 5 dolarów za sztukę, uznaje za dobrą reklamę dla firmy sprzedaż ich po dolarze. A ponieważ chce rozdzielić ten „przywilej” jak najszerzej, woli sprzedawać je w małych pakietach.

Chętnie podał mi nazwiska i adresy dyrektorów nowej spółki górniczej oraz zasugerował, że jeśli jestem zainteresowany, mogę do nich napisać. Jeden z nich był szanowanym lekarzem, inny głównym rewidentem Chicago, Milwaukee & St. Paul Railway, jeszcze inny – znanym na Zachodzie adwokatem i tak dalej.

Napisałem do trzech z nich, informując o swoim zainteresowaniu i prosząc o szczerą opinię na temat tej inwestycji. Każdy z nich przysłał mi odręcznie napisany list, w zasadzie potwierdzający informacje, które już posiadałem, i stwierdzający, że użyczyli spółce zarówno swoich nazwisk, jak i wsparcia finansowego wyłącznie na podstawie rekomendacji inżyniera górniczego, którego znali osobiście i któremu bezgranicznie ufali. Poza tym nie posiadali dodatkowej wiedzy, lecz byli gotowi „zagrać” na jego osąd.
Po otrzymaniu drugiego z tych trzech listów pospieszyłem do siedziby firmy spożywczej i ku swojemu wielkiemu rozczarowaniu dowiedziałem się, że zostało im tylko kilka setek udziałów. Gdy powiedziałem prezesowi, że wezmę cały ten pozostały pakiet po jego cenie – jeden dolar za sztukę – pokręcił głową.

Stwierdził, że akcje schodzą szybko w pakietach po 5, 10 i 20 udziałów i że w poczuciu sprawiedliwości wobec innych klientów oraz przyjaciół nie uważa za słuszne sprzedawać mi więcej niż 100 sztuk. Ostatecznie jednak ustąpił wobec mojego przekonującego argumentu, że skoro zostało zaledwie kilka setek walorów, równie dobrze może sprzedać je wszystkie mnie i w ten sposób zamknąć całą transakcję od razu, oszczędzając sobie kłopotu rozprzedawania ich po trochu.
Nic się dalej nie działo, aż kilka miesięcy później dostałem okólnik od spółki górniczej, informujący o dobrych postępach prac poszukiwawczych. Znalazła się w nim również wzmianka, że wobec dalszej potrzeby kapitału na kontynuację tych prac dyrektorzy postanowili przeprowadzić kolejną emisję akcji skarbowych po tej samej obniżonej cenie, po jakiej sprzedano poprzedni pakiet, mianowicie po 5 centów za sztukę!

W sumie reklamowy aspekt tej operacji okazał się zapewne korzystniejszy dla klientów niż dla samej firmy reklamującej (która wkrótce potem zbankrutowała). Co prawda wszyscy nabywcy, włącznie ze mną, stracili całe zainwestowane kwoty, było to jednak bardzo pouczające doświadczenie, które bez wątpienia uchroniło ich przed większymi stratami w innych, podobnie sprytnych oszustwach.

Przygotowanie prospektów tysięcy fikcyjnych projektów kopalń miedzi i „schematów” naftowych, które w ciągu ostatnich 25 lat wpychano opinii publicznej i które czyniono szczególnie kuszącymi poprzez cenę od 5 centów do 1 dolara za akcję, rozwinęło jedne z najbardziej zdumiewających talentów wynalazczych współczesnych czasów.

Ich ogłoszenia i wywody były tak przekonujące, że przeciwstawne argumenty bankierów oraz maklerów okazywały się zupełnie bezskuteczne wobec przyjaciół i klientów, którzy zlecali kupno tych akcji. A jak wiadomo, przeciwko tym pokusom nie ma innego lekarstwa niż doświadczenie.

Kuszące przynęty wszelkiego rodzaju, oferowane przez promotorów i sprzedawców tych fałszywych papierów wartościowych, posłużyły do wyłudzenia setek milionów ciężko zarobionych pieniędzy od łatwowiernych ludzi. Dali się oni zwieść przekonaniu, że wchodzą do współczesnej jaskini Aladyna, zanim zostanie otwarta dla szerokiej publiczności. Ale tak było zawsze i zapewne tak będzie dalej.

Ostrzeganie przed tego typu ponętnymi okazjami byłoby równie bezcelowe, jak przekonywanie stada gąsiąt, by trzymały się z daleka od błotnistej kałuży. To tak jak napominać chłopca przed setką możliwych wybryków. Na pewno znajdzie jakiś nowy rodzaj psoty, którego nie było na liście, a jego obrona będzie brzmiała: „Nie mówiłeś, żebym tego nie robił”. A argument ten jest tym trudniejszy do zbicia, że doskonale pamiętasz, jak sam używałeś dokładnie tego samego wykrętu.

Niebezpieczeństwa nadmiernej żądzy zysku – ludzki czynnik w spekulacji

Wracając do charakterystycznego usposobienia spekulantów grających po „wzrostowej” stronie rynku, przed laty pewien znany mi człowiek kupił 100 akcji Union Pacific po 120 dolarów za sztukę. Jak to ujął, robi to jedynie na „szybki skok o kilka punktów”. W ciągu kilku dni rzeczywiście sprzedał je po 125, osiągając zysk netto 500 dolarów, pomniejszony o prowizję – równowartość ponad pięciu lat odsetek z obligacji, które mógłby uzyskać od zainwestowanej kwoty.

Ktoś później przekonał go, że niemądrze zrobił, sprzedając po 125, bo akcje na pewno pójdą do 150. Odkupił je więc po 130, a po 135 dołożył kolejne 100 walorów. Kurs spadł do 125 i gdy od kogoś innego usłyszał, że papier może spaść do „parytetu” (100), zamknął pozycję, tracąc 1,5 tysiąca dolarów plus prowizje.

Mniej więcej w tym czasie ktoś odkrył, że spółka prawdopodobnie rozdzieli w formie dywidendy swój duży kapitał zapasowy. Na wieść o tym kurs podskoczył do 135 i po tej cenie mój znajomy odkupił 200 akcji. Po 139 dorzucił kolejne 200, które – w napadzie paniki – sprzedał, gdy cena nagle spadła do 133. Później, gdy kurs doszedł do 140 dolarów, odzyskał nerwy, a wraz z nimi nabył dodatkowe 200 akcji.

Przy 160 dolarach akcje wyglądały na tańsze niż wtedy, gdy kosztowały 120. Mając więc bezpieczny „poduszkowy” zysk, mój znajomy dokupił jeszcze 500 sztuk. Przy 170 dolarach rozeszła się wieść, że Edward Harriman (który kontrolował spółkę) skupuje papiery. Zachęcony tym faktem, mój przyjaciel rzucił się do gry i kupił jeszcze tysiąc akcji. Gdy kurs doszedł do około 190, rozgłoszono, że wielki kolejowy magnat zakończył już swoje zakupy. Cena spadła więc o kilka punktów, ponownie strasząc naszego gracza i skłaniając go do zamknięcia części pozycji.

Jednocześnie jednak jakiś bystry „tipster” odkrył, że kurs został specjalnie zbity po to, by inne „wewnętrzne interesy” mogły skupić duży pakiet, i w krótkim czasie cena podskoczyła do 200 dolarów. Po tym czasie mój zamożny przyjaciel zaczął odczuwać pewne zdenerwowanie i zamęt, ale skuszony perspektywą jeszcze większych zysków zdołał odzyskać spokój i dokupił kolejne 500 akcji, rozumując, że dopóki gra na wypracowanych zyskach, ma wszystko do wygrania, a nic do stracenia.

Od tego miejsca kurs w miarę równomiernie szedł w górę, a nasz inwestor, nie chcąc dać się wyprzedzić chciwym „insiderom”, kupował po 300 akcji na każdy punkt wzrostu, aż cena osiągnęła 212 dolarów, a on zgromadził 5,1 tysiąca akcji.

Papierowy zysk, wynoszący dobrze ponad 100 tysięcy dolarów, wyglądał niezwykle kusząco. Dlatego kierując się własnym rozsądkiem, wzmocnionym dobrą radą maklera, nasz gracz roztropnie zamknął całą pozycję, zainwestował czysty zysk w obligacje skarbowe, pożegnał się z giełdą i zaplanował trzymiesięczną wycieczkę do Europy.

Do tego miejsca wszystko wyglądało znakomicie, ale…

Union Pacific (razem z innymi walorami) kontynuował marsz w górę, w atmosferze wielkich emocji i uniesienia wśród „długich” pozycji, z równie wielką dawką niepokoju i przygnębienia wśród mocno wyciśniętych „krótkich”.

Kiedy nasz gracz szykował się do wyjazdu, trafił na komentarz jakiegoś giełdowego maga, który donosił, że według „świeżych informacji z wewnątrz” na Union Pacific zostanie ogłoszona dywidenda w wysokości 100 dolarów na akcję, wobec czego ówczesne 250 dolarów za walor wydało się bardzo niską ceną.

W tym momencie mój przyjaciel, zajmujący niewygodną pozycję „byka, który wyszedł z rynku”, dotkliwie uświadomił sobie, że wycofał się z gonitwy na długo przed końcem biegu i że robiąc to, zmarnował fantastyczną okazję zarobienia kolejnych niemal 200 tysięcy dolarów.

Warto tu wyjaśnić, że nastawienie psychiczne „sprzedanego byka” wobec rosnącego rynku jest niemal takie samo, jak nastawienie buldoga, przykutego łańcuchem w budzie, gdy na podwórku toczy się bójka psów. Spekulant może spokojnie przyglądać się olbrzymim zyskom innych w papierach, których nigdy nie posiadał, ale jeśli jedno z jego ulubionych aktywów nadal rośnie po tym, jak je sprzedał, odczuwa to nie tylko jako dowód błędu we własnej ocenie, lecz także jako bolesny wyrzut sumienia na myśl o dodatkowych sumach, które mógł zarobić – co przyćmiewa wszelką satysfakcję z tego, co faktycznie zarobił.

Niechętny do przyznania się do tak kosztownej pomyłki w ocenie, zdeterminowany, by nie dać się wyprzedzić kolegom graczom i wciąż upojony sukcesem ostatniej operacji, gdy Union Pacific sprzedawano po około 215 dolarów, ten „sprzedany byk” złożył zlecenie kupna 5 tysięcy akcji.

Gdy jego makler zaczął licytować się o taką ilość papierów, tłum natychmiast domyślił się (błędnie), że jakiś duży inwestor jest „wyciskany” po krótkiej stronie. Z tego powodu, zanim transakcja została sfinalizowana, kurs podskoczył do 219 dolarów – najwyższego poziomu w historii. Po chwili stabilizacji w tych okolicach nastąpił gwałtowny spadek. Kilka tygodni później nasz gracz, który wcześniej zszedł z rynku z ponad 100 tysiącami dolarów zysku, sprzedał ostatnie walory Union Pacific, ratując tym samym ostatni, symboliczny tysiąc dolarów zysku. Ucieczkę przed całkowitą ruiną finansową zawdzięczał w dużej mierze uporczywym namowom maklera, by stopniowo „odchudzał” swoją pozycję, zamiast usiłować bronić całości.

Człowiek, który zrobił ten „numer”, był absolwentem college’u oraz weteranem rynku, z dwudziestoletnim bagażem biznesowych doświadczeń i dobrym nazwiskiem rodzinnym. Można by sądzić, że jego praktyka, razem z radami maklera, powinna była ochronić go przed dotkliwą stratą – i faktycznie go ocaliła. Jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że wpadł on w typową pułapkę żądzy nadmiernego zysku, w którą zwykle wpadają nowicjusze.

Morał z tej historii jest taki, że w giełdowej spekulacji, podobnie jak w innych dziedzinach, mądrość i zdolność panowania nad własnymi impulsami nieraz osiągają swoją dojrzałość w bardzo późnym wieku.

Istotnie, pewien makler, który przez ponad 30 lat zajmował wybitną pozycję na parkiecie nowojorskiej giełdy – człowiek, który nierzadko obraca w ciągu dnia setką tysięcy akcji lub więcej – wyznał mi kiedyś, że o ile zazwyczaj zarabia pieniądze dla klientów powierzających mu zlecenia z prawem wyboru, o tyle sam regularnie traci ponad połowę swoich ogromnych prowizji, spekulując na własny rachunek.

Przypomina to trafne stwierdzenie greckiego filozofa Heraklita, sprzed dwóch i pół tysiąca lat: „Wielu ludzi nie ma mądrości w sprawach, z którymi ma do czynienia, ani nie uczy się przez doświadczenie”.

Nim przejdę dalej, przytoczę jeszcze historię pewnego człowieka, który zaryzykował w głośnej spekulacji na Lake Copper. Był odważnym młodym przybyszem z Zachodu, który mimo że nie posiadał dużo pieniędzy, miał mnóstwo ambicji. Choć pracował w poważnym zawodzie, czasem próbował szczęścia w ryzykownych inwestycjach, które nazywał „flajerami”. Tym razem jednak mu nie wyszło. Przez kilka lat musiał porządkować skutki swoich błędów i wygląda na to, że była to jego ostatnia taka próba.

Zauważyłem, że „doświadczenie” mogło słusznie uchodzić za czynnik, który powinien był uchronić człowieka z Union Pacific przed błędem nadmiernej żądzy zysku. Skoro więc tak się nie stało, zdawałoby się, że właśnie brak doświadczenia naszego drugiego gracza powinien uczynić go ostrożniejszym.

Możemy więc dojść do wniosku, że w handlu giełdowym wszyscy spekulanci, zarówno doświadczeni, jak i niedoświadczeni, podlegają tym niezgłębionym prawom psychologii, które sama Natura zaprojektowała ku utrapieniu tych, którzy igrają przy Kole Fortuny.

Wszyscy się zarzekają – i wszyscy wracają

Często słyszy się smutne westchnienie giełdowego gracza: „Jeśli tylko wyjdę na swoje, wycofam się i zostanę poza rynkiem!”.
Nigdy jednak nie poznałem nikogo, kto faktycznie wyszedłby „na zero” i rzeczywiście pozostałby poza rynkiem. Jeśli wychodzą, zostawiając choćby dolara na stole, wracają po niego. Jeśli wychodzą z kilkoma dolarami na plus, wracają po więcej. W każdym razie – wszyscy prędzej czy później wracają.

Nie byliby w stanie pogodzić się z pozostaniem poza rynkiem bardziej, niż mała ostrzyżona owieczka potrafiłaby bez skargi przetrwać marcową wichurę na dworze, stojąc tuż za otwartą bramą owczarni, w której jej współbracia leżą sobie wygodnie i sucho.

Błędny rycerz spekulacji

Przypomina mi się jeszcze jedno zdarzenie, tak typowe dla tych, którzy zarażają się giełdowym „mikrobem”. Kilka lat temu młody znajomy zwrócił się do mnie po radę, jak najlepiej ulokować około 10 tysięcy dolarów nadwyżki, którą wyciągnął z interesu w poprzednim roku, z myślą o ulokowaniu jej na procent. Poleciłem mu kilka uprzywilejowanych akcji przemysłowych i kolejowych, które wydawały się rozsądną oraz bezpieczną lokatą dla człowieka interesu, i zasugerowałem, by włożył po mniej więcej 20 procent tej sumy w pięć różnych walorów.

Człowiek ten nie wiedział nic o kupowaniu papierów wartościowych, więc przedstawiłem go rzetelnej firmie bankowo-maklerskiej i – poza ostrzeżeniem, by nie kupował więcej, niż może w całości opłacić – zastrzegłem szefowi firmy, żeby nie zachęcał go ani nawet nie dopuszczał do spekulacji na dźwigni finansowej. Mój znajomy kupił po 20 akcji pięciu „inwestycyjnych” spółek, a kilka tygodni później poinformował mnie, dość podekscytowany, że jego pakiet pokazuje już zysk ponad 600 dolarów. Dodał też, że skoro rynek „idzie wyżej”, to uważa, że powinien podwoić swoje zaangażowanie.

Błąd, jaki popełniłem, polecając mu akcje zamiast obligacji, był teraz aż nazbyt widoczny. Nie mogłem jednak zrobić nic ponadto, by napomnieć go, żeby trzymał się swojego fachu, a giełdę zostawił innym. On natomiast uparcie twierdził, że nie widzi nic złego w dokupieniu kilku akcji więcej pod zastaw już posiadanych walorów. Mówił, że nie odciągnie go to od pracy, ani nie narazi na żadne szczególne ryzyko czy niepokój.

Mój kontrargument – że akcje, które już wzniosły się do wysokiego poziomu, równie dobrze mogą spaść, jak i dalej rosnąć – okazał się całkowicie nieskuteczny. Młody przyjaciel złapał już bakcyla spekulacji, który podobnie jak dur brzuszny czy ospa, musi „przejść swoje”. Można go leczyć, czasem złagodzić, ale wyleczyć – nie. W niektórych przypadkach nie udaje się to nawet przez bankructwo.

Około czterech miesięcy później, po powrocie do domu z kilkutygodniowej nieobecności, odebrałem telefon od szefa wspomnianej firmy maklerskiej. Poinformował mnie, że młody człowiek sprzedał wszystkie swoje papiery inwestycyjne i jest w prawdziwej gorączce spekulacyjnej – że kupuje i sprzedaje najrozmaitsze, skrajnie spekulacyjne akcje w pakietach od 100 do 500 sztuk, oraz że spędza dwie–trzy godziny dziennie, gapiąc się w taśmę. Nie zważa na kolejne ostrzeżenia i grozi, że przeniesie rachunek do innego biura, jeśli jego zlecenia nie będą wykonywane dokładnie tak, jak je składa.

„Co mam robić? – zapytał z rozpaczą makler. – Ten młody zawadiaka prawdopodobnie będzie bankrutem w mniej niż sześć miesięcy”.

Po stronie przegrywających można w kręgach giełdowych niemal zawsze znaleźć co najmniej trzy wyraźne kategorie ludzi:

  • Pierwsza – to ci, którzy nie wiedzą o rynku nic, poza tym, co przeczytają lub usłyszą. Kierują się krążącymi plotkami, radami życzliwych znajomych oraz wskazówkami giełdowych „tipsterów”.
  • Druga – to ci, którzy z góry zakładają, że wiedzą już wszystko, co o rynku wiedzieć można. Dysponują pokaźnym zasobem cynizmu i sceptycyzmu, a ich giełdowe manewry kierowane są monumentalnym poczuciem własnej nieomylności.
  • Trzecia wreszcie – to ci, którzy faktycznie znają praktykę, teorie, precedensy i możliwości „gry”, lecz z temperamentu nie nadają się do wykorzystania tej wiedzy we własnych transakcjach.

Oczywiście każda firma bankowo-maklerska ma też kilku klientów, którzy wchodzą na rynek, kupują akcje i obligacje w okresach dekoniunktury, a potem nie zwracają najmniejszej uwagi na codzienne czy cotygodniowe wahania aż do chwili, gdy ceny osiągną poziom, przy którym warto sprzedać. Wtedy likwidują swoje pozycje i zostawiają rynek „traderom”, dopóki nie nadejdzie kolejna okazja do tanich zakupów.

Jednak poprzednie przykłady lepiej oddają nastawienie psychiczne i zwyczajową praktykę przytłaczającej większości „ulicy”. Skoro tak jest, można z nich wyciągnąć pewne wyobrażenie o tym, jak ważną rolę odgrywa psychologia w losach tych, którzy spekulują. Byłoby błędem uważać bohaterów tych opowieści za płytkich głupców tylko dlatego, że ich działania (sądzone po rezultatach) wydają się niedorzeczne dla umysłu spokojnego i rozsądnego. Przeciwnie, żywioł spekulacyjny składa się w przeważającej mierze z ludzi niezwykle bystrych oraz dalekowzrocznych. Ludzi o umysłach dociekliwych i analitycznych, którzy są lub byli panami każdej sytuacji w swoim zawodzie czy handlu – choć większość zachowuje się jak dzieci, kiedy tylko wpadną w sidła giełdowej spekulacji.

Nie należy też przypuszczać, że giełda jest przede wszystkim zgadywanką, grą losową czy nawet grą nie do wygrania – ani że jest prowadzona przez bandę oszustów i kuglarzy. Oszuści i hazardziści mogą w nią grać, lecz sama gra jest równie uczciwa i prawomyślna jak każda działalność gospodarcza. W istocie jest to jedna z najuczciwszych i najbardziej otwartych gier, jakie kiedykolwiek wymyślono. Jest to gra, w której każdy uczestnik – mężczyzna czy kobieta, bogaty czy biedny, stary czy młody – ma tę samą szansę.

To, że większość ludzi ucieka się w swoich transakcjach do zgadywania i hazardu, wcale nie zmusza nas do korygowania tego stwierdzenia. Podobnie prawdy tej nie obala fakt, że poszczególne osoby i zorganizowane kliki graczy manipulują kursami, w górę i w dół, z całkowitym lekceważeniem wartości fundamentalnych. W ten sposób zręcznie rozstawiają przynęty na innych graczy, którzy uważają się za dość przebiegłych, by wyrwać przynętę i nie wpaść w zastawioną pułapkę.

Inwestor lub gracz giełdowy nie musi uczestniczyć w tych machinacjach ani trochę bardziej, niż widz cyrkowy musi obstawiać „muszelki” i inne zręcznie ustawione gry hazardowe, które czasem towarzyszą objazdowym menażeriom, ale nie stanowią części głównego przedstawienia.

Kto kupuje nieruchomość za mniej niż połowę jej rzeczywistej wartości, ma całkiem uzasadnione przeświadczenie, że trafił na okazję. Jeśli jednak później sprzeda ją po uczciwej cenie, następnie odkupi za znacznie wyższą kwotę, to tym samym gra hazardowo na to, że z jakiegoś powodu będzie warta więcej.

Podobnie, zakup dobrych akcji po cenie wyraźnie niższej od ich wartości wewnętrznej nie wiąże się z realnym ryzykiem. Ryzyko pojawia się dopiero wtedy, gdy kurs rynkowy przewyższa wartość fundamentalną. W takiej sytuacji, jeśli inwestor nie sprzedaje akcji, lecz dokupuje kolejne (co spekulanci robią najczęściej), wchodzi w grę opartą na nadziei, że znajdzie się ktoś, kto zapłaci za nie więcej, niż faktycznie są warte.

Gdy ktoś kupuje akcje – niezależnie od tego, czy robi to jako inwestor, czy spekulant – inni uczestnicy rynku nie są w stanie trwale zaszkodzić wartości jego posiadania. Nikt, ani pojedynczy gracz, ani cała grupa, nie może „ograć” inwestora inaczej niż za jego własną, dobrowolną zgodą.

Osoba mająca 100 dolarów ma proporcjonalnie takie same szanse na zysk jak ktoś dysponujący milionem. Problem w tym, że ten pierwszy często chce zarobić tyle samo co ten drugi. Dlatego wybiera grę z maksymalną dźwignią finansową i zamiast akceptować zwyczajne ryzyko, liczy na jeden wielki traf. A gdy mu się uda, zamiast zabezpieczyć pierwotny kapitał i część zysku, ryzykuje całość przy każdej kolejnej okazji – aż w końcu wszystko traci.

Jeśli widzimy giełdę z pewnego dystansu, na chłodno, nie ma najmniejszej wątpliwości co do tego, czy kursy będą rosły i spadały – to jest pewne jak wschód i zachód słońca, choć, rzecz jasna, mniej regularne. Jedyne pytanie brzmi: jak daleko notowania pójdą w jedną albo w drugą stronę.

Zachowanie rynku przypomina wzburzone morze, które nigdy nie jest spokojne, lecz wciąż się kotłuje, jakby podgryzane jakąś siłą w głębi. Ceny akcji nieustannie falują w górę i w dół, a próbować stawiać czoło rynkowi, gdy rozbuja się w którymś kierunku, to tyle samo, co próbować powstrzymać oceaniczne przypływy, z tą, znów, różnicą, że rynek – w odróżnieniu od morza – nie ma naturalnych granic.

Są chwile – a de facto jest tak przez większość czasu – kiedy o wiele rozsądniej jest usiąść z boku w roli obserwatora niż rzucać się w wir wydarzeń i stać się szamoczącym się uczestnikiem. W tym drugim przypadku istnieje bowiem realne ryzyko, że giełdowy prąd wciągnie nas w miejsce, gdzie nie będziemy już czuli gruntu pod nogami.

W teorii można by oczekiwać, że giełda będzie poruszać się stabilnie, z wyjątkiem nagłych kryzysów. W praktyce jednak większość czasu spędza albo na nienaturalnych szczytach, albo na przesadnie niskich poziomach. Akcje – podobnie jak każdy inny towar – podlegają prawom podaży i popytu. Gdy inwestorzy zaczynają wierzyć, że nadszedł czas kupowania, pojawia się hossa.
Później, kiedy większość zgromadzi już tyle akcji, ile chciała (a niektórzy znacznie więcej), i zaczyna sprzedawać, ceny naturalnie spadają – często wracając w okolice wcześniejszych dołków. Ten cykl wspinania się i osuwania powtarza się rok po roku i epoka za epoką.

Nikt nigdy nie wyjaśnił w pełni, dlaczego kursy niemal wszystkich aktywów – dobrych, słabych, a nawet najwyższej jakości obligacji – poruszają się zwykle w tym samym rytmie. Faktem jest jednak, że tak się dzieje.

Tysiące osób, które ulokowały oszczędności w papierach równie solidnych jak lokaty bankowe, nieraz z przerażeniem patrzyły na gwałtowne spadki ich wartości rynkowej, zastanawiając się, czy grozi im obniżenie dywidend albo brak odsetek. Tymczasem inwestorzy posiadający dobre obligacje lub akcje dywidendowe nie powinni przejmować się kapryśnymi wahaniami kursów.
To ci o bardziej śmiałym, spekulacyjnym podejściu wciąż próbują odpowiedzieć sobie na pytanie: kiedy wejść, a kiedy wyjść z rynku. A w tej grze wygrywają ci, którzy… najlepiej zgadną.

 

Subskrybuj podcast:

  • rss-icon
  • ITunes_12.2_logo_1
  • Spreaker
  • google
  • static1.squarespace
  • unnamed
  • Spotify
  • tunein-icon
Zmień zgody

Napisz do nas