Rozdział 6

14 sierpnia 2026
Zgodnie z ideą autora, książka „Uświęcona ekonomia” zostaje udostępniona na naszym blogu, w specjalnej kategorii, za darmo jako wyraz kultury daru – z przekonaniem, że wartościowe idee warto udostępniać szeroko, pozostawiając miejsce na dobrowolną wzajemność i wsparcie. Rozdziały będą pojawiać się co piątek.

Rozdział 6

Ekonomia lichwy

Pomimo najświętszych przyrzeczeń o wiecznym wyrzeczeniu się wojny, pomimo krzyków milionów „nigdy więcej konfliktów”, pomimo nadziei na lepszą przyszłość muszę stwierdzić jedno: jeśli obecny system finansowy, oparty na odsetkach i procencie składanym, pozostanie w użyciu, to w ciągu najbliższych 25 lat wybuchnie kolejna, jeszcze straszliwsza wojna. Potrafię przewidzieć nadchodzące wydarzenia. Obecny rozwój technologiczny wkrótce zaowocuje rekordową wydajnością przemysłu. Mimo ogromnych strat wojennych, gromadzenie kapitału będzie przebiegać szybko, a przez nadmiar pieniądza stopy procentowe spadną (do poziomu, przy którym spekulanci zanegują ich dalsze obniżanie). Wtedy nastąpi przesilenie. Ludzie zaczną gromadzić pieniądze, zamiast je wydawać, co wywoła przewidywalną deflację. Aktywność gospodarcza osłabnie, a coraz więcej bezrobotnych wyjdzie na ulice. W tych niezadowolonych masach zrodzą się radykalne, rewolucyjne idee, a wraz z nimi zacznie rozkwitać trująca roślina zwana „supernacjonalizmem”. Żaden kraj nie będzie rozumiał drugiego, co może doprowadzić tylko do kolejnej wojny.

Silvio Gesell (1918)

Stoimy przed osobliwym paradoksem. Z jednej strony pieniądz jest symbolem wdzięczności i zaufania, czynnikiem łączącym dary z potrzebami oraz narzędziem ułatwiającym zawieranie transakcji. Powinien
więc sprawiać, że stajemy się bogatsi. A jednak tak się nie dzieje. Stało się wręcz przeciwnie – pieniądz przyniósł niepewność, ubóstwo i zniszczenie kulturowych i naturalnych dóbr wspólnych. Dlaczego?
Przyczyna tkwi w samym sercu dzisiejszego systemu finansowego i wiąże się ze sposobem tworzenia pieniądza. Kluczowym pojęciem jest tu „lichwa”, obecnie znana jako „oprocentowanie”. Stanowi ona całkowite przeciwieństwo daru. Zamiast dzielić się nadwyżkami z innymi, lichwa dąży do wykorzystania prawa własności dla pomnożenia majątku. Co więcej, jak zaraz zobaczymy, jest ona przeciwieństwem daru nie tylko w skutkach, lecz także w motywacji. Aby to zrozumieć, przyjrzyjmy się mechanizmowi powstawania współczesnego pieniądza.
Za jego kreację odpowiadają banki centralne, takie jak Rezerwa Federalna (Fed) czy Europejski Bank Centralny (EBC). Instytucje te nabywają oprocentowane papiery wartościowe – obligacje skarbowe, papiery zabezpieczone hipoteką lub inne instrumenty finansowe – płacąc za nie pieniędzmi stworzonymi z niczego. To nie przesada! Fed czy inny bank centralny jednym ruchem pióra (lub kliknięciem komputerowej myszki) tworzy wirtualny zapis, którym rozlicza daną transakcję. Przykładowo: gdy w 2008 roku Fed kupił od Deutsche Banku papiery hipoteczne warte 290 miliardów dolarów, nie użył do tego istniejących środków. Po prostu stworzył na swoim koncie nowy zapis księgowy i przesłał go Niemcom. Tak wygląda pierwszy etap tworzenia współczesnych pieniędzy. Co istotne, wszystko, co kupuje Fed lub inna podobna instytucja, zawsze ma określone oprocentowanie. Innymi słowy – pieniądzom tworzonym z niczego towarzyszy odpowiadający im dług, którego suma przewyższa kwotę początkową.
Ten rodzaj pieniądza znany jest jako baza monetarna lub w skrócie M0. Istnieje on w formie cyfrowych zapisów na kontach banków oraz – w mniejszym stopniu – jako fizyczna gotówka. Drugi etap kreacji pieniądza następuje, gdy bank udziela pożyczki przedsiębiorstwu lub osobie prywatnej. Również wtedy wypłacane środki tworzone są z niczego i przelewane na rachunek kredytobiorcy. Kiedy bank przyznaje jakiejś instytucji kredyt na 1 milion dolarów, nie pobiera tej kwoty z innego konta – po prostu powołuje ją do istnienia w formie cyfrowego zapisu komputerowego. W ten magiczny sposób powstaje milion nowych dolarów i jednocześnie dług przekraczający tę kwotę. Tak utworzony pieniądz nazywamy M1 lub M2 (zależnie od rodzaju konta, na którym zostaje zaksięgowany). Środki te są następnie wydawane na konkretne towary, usługi, dobra kapitałowe, wynagrodzenia itd.
Powyższy opis, choć powszechnie przyjęty, nie jest w pełni dokładny. Pewne niuanse omawiam w dodatku na końcu książki, ale na razie poprzestanę na tym wyjaśnieniu, gdyż wystarczająco precyzyjnie przedstawia ono mechanizm i skutki stosowania lichwy.

Ekonomiczna przypowieść

Lichwa nie tylko generuje dzisiejszy strukturalny niedobór, lecz także napędza gospodarczą machinę, popychając świat ku nieustannemu wzrostowi. Aby wyjaśnić ten proces, przytoczę przypowieść The Eleventh Round (Jedenasty krążek), stworzoną przez wybitnego wizjonera ekonomii Bernarda Lietaera (pochodzącą z jego książki The Future of Money):

Dawno temu, w małej wiosce na Odludziu mieszkańcy prowadzili wymianę barterową. W dni targowe krążyli z kurczakami, jajkami, szynkami i chlebem, prowadząc długie negocjacje, by wymienić swoje dobra na potrzebne produkty. W kluczowych momentach roku, jak żniwa czy naprawa budynków po burzy, mieszkańcy Odludzia przypominali sobie o tradycji wzajemnej pomocy, którą przywieźli ze swojej dawnej ojczyzny. Wiedzieli, że jeśli kiedyś sami znajdą się w potrzebie, inni odwdzięczą się pomocą.
Pewnego dnia na targu pojawił się nieznajomy. Miał błyszczące czarne buty i elegancki biały kapelusz. Przyglądał się ich transakcjom z ironicznym uśmiechem. Gdy zobaczył rolnika zaganiającego sześć kurczaków, by wymienić je na dużą szynkę, nie powstrzymał śmiechu. „Biedni ludzie – powiedział – tacy prymitywni”. Żona rolnika usłyszała te słowa i rzuciła nieznajomemu wyzwanie: „Myślisz, że lepiej poradziłbyś sobie z kurczakami?”. „Z kurczakami nie – odpowiedział przybysz – ale jest sposób, by uniknąć tej całej bieganiny”. „Naprawdę? Jaki to sposób?” – spytała kobieta. „Widzisz tamto drzewo?” – odparł nieznajomy. „Poczekam tam, a niech ktoś przyniesie mi dużą bydlęcą skórę. Potem niech każda rodzina z Odludzia przyjdzie do mnie. Wszystko wyjaśnię”.
I tak się stało. Nieznajomy wziął dostarczoną skórę, wyciął z niej równe krążki i na każdym umieścił elegancki stempel. Następnie wręczył każdej rodzinie po dziesięć sztuk, tłumacząc, że każdy krążek odpowiada wartości jednego kurczaka. „Teraz, zamiast żywymi kurczakami, możecie handlować, używając tych krążków” – wyjaśnił.
Pomysł wydawał się rozsądny. Wszyscy byli pod wrażeniem człowieka w błyszczących butach i stylowym kapeluszu.
„Przy okazji – dodał jegomość, gdy każda rodzina otrzymała już swoją część – za rok wrócę i usiądę pod tym samym drzewem. Chcę, żeby każdy z was przyniósł mi wtedy jedenaście krążków. Ten jedenasty będzie wyrazem wdzięczności za postęp technologiczny, który właśnie wprowadziłem do waszego życia”. „Ale skąd weźmiemy ten dodatkowy krążek?” – zapytał rolnik, który wcześniej miał sześć kurczaków. „Przekonasz się” – odparł nieznajomy z uspokajającym uśmiechem.
Zakładając, że zarówno liczba mieszkańców, jak i roczna produkcja Odludzia pozostaną bez zmian, co musiałoby się wydarzyć, aby ludzie zdobyli ten dodatkowy krążek? Przecież każda rodzina otrzymała dokładnie dziesięć krążków i ani jednego więcej. Cóż, jedyne możliwe rozwiązanie to takie, że jedna na jedenaście rodzin straci wszystkie swoje krążki. Tylko w ten sposób pozostali będą mogli zdobyć ten dodatkowy.
Mimo że wymiana krążków okazała się znacznie wygodniejsza niż przeganianie kurczaków po targu, przyniosła nieoczekiwane skutki. W wiosce Odludzie, gdzie dotąd panował duch wzajemnej pomocy i współpracy, pojawiła się niezdrowa rywalizacja między mieszkańcami. Gdy jedna z rodzin potrzebowała pomocy przy zabezpieczeniu zbiorów przed nadchodzącą burzą, nikt nie kwapił się, by przyjść ze wsparciem.

Ta przypowieść doskonale ilustruje, jak poprzez system odsetek w gospodarce zakorzeniają się takie zjawiska, jak konkurencja, niepewność i chciwość. Dopóki wartość wszystkich potrzebnych nam dóbr będzie wyrażana w oprocentowanym pieniądzu, nie zdołamy się uwolnić od tych niepokojów. Kontynuując opowieść Lietaera, przyjrzyjmy się, w jaki sposób odsetki wywierają nieustanną presję na wzrost gospodarczy.
Historia jedenastego krążka może zakończyć się na trzy sposoby: bankructwem którejś z rodzin, zwiększeniem ilości pieniądza w obiegu lub redystrybucją bogactwa. Przykładowo: jedna na jedenaście rodzin mogłaby stracić gospodarstwo na rzecz człowieka w kapeluszu (bankiera); lub bankier mógłby pozyskać kolejną skórę bydlęcą do wytworzenia nowych krążków (pieniędzy); lub mieszkańcy mogliby zbuntować się przeciwko bankierowi, odmawiając spłaty długów. Z podobnymi dylematami mierzy się każdego dnia gospodarka oparta na lichwie.
Wyobraźmy sobie scenę, w której mieszkańcy gromadzą się wokół człowieka w kapeluszu z prośbą: „Czy mógłby pan stworzyć dodatkowe krążki, żeby uchronić nas przed bankructwem?”. Ten odpowiada: „Mogę to zrobić, ale tylko dla tych, którzy zagwarantują spłatę. Ponieważ każdy krążek odpowiada wartości jednego kurczaka, pożyczę tylko tym, którzy mają więcej drobiu, niż wynosi ich zadłużenie. W razie braku spłaty przejmę ich kurczaki. Oczywiście jako człowiek wielkoduszny mogę również pożyczyć tym, którzy obecnie nie mają wystarczającej liczby zwierząt. Muszą jednak przedstawić przekonujący plan rozwoju hodowli. Pokażcie mi swoje biznesplany! Udowodnijcie swoją wiarygodność: ktoś z was może nawet stworzyć system oceny zdolności kredytowej. Oprocentowanie wynosi zaledwie dziesięć procent, więc zdolni hodowcy bez trudu zwiększą stado o dwadzieścia procent, dzięki czemu nie tylko spłacą dług, ale także się wzbogacą”. „To brzmi nieźle” – przyznają mieszkańcy, szybko jednak dostrzegają lukę w tej propozycji. „Skoro nowe krążki będą oprocentowane na dziesięć procent to nie starczy ich, żeby wszyscy mogli spłacić swoje długi”. „To nie problem” – odpowiada człowiek w kapeluszu. „Gdy nadejdzie termin spłaty, stworzę kolejną pulę, a później następną. Zawsze chętnie będę tworzył i pożyczał nowe krążki. Waszym jedynym zadaniem będzie hodowla kurczaków. Jeśli ich liczba będzie rosnąć, spłata długów nigdy nie będzie problemem”. Podchodzi do niego dziecko i pyta: „Przepraszam, moja rodzina choruje i nie mamy dość krążków na jedzenie. Czy mógłby pan dać nam choć kilka?”. „Przykro mi, ale nie mogę” – odpowiada. „Widzisz, tworzę krążki tylko dla tych, którzy je zwrócą. Jeśli macie kurczaki, możecie je zastawić. Możecie też udowodnić, że potraficie ciężko pracować, i powiększyć hodowlę. Wtedy z przyjemnością udzielę wam pożyczki”.
Przez pewien czas, pomijając kilka nieszczęśliwych przypadków, system działał sprawnie. Mieszkańcy Odludzia powiększali stada wystarczająco szybko, by móc pożyczać krążki na spłatę zobowiązań. Niektórzy, czy to przez pecha, czy nieudolność, bankrutowali, a ich gospodarstwa przejmowali sąsiedzi, zatrudniając byłych właścicieli jako pracowników. Ogólnie jednak populacja kurczaków rosła w tempie 10% rocznie, podobnie jak liczba krążków. Z czasem wioska i stada tak się rozrosły, że do człowieka w kapeluszu dołączyli podobni mu ludzie. Wszyscy ochoczo wycinali ze skóry nowe krążki, rozdając je każdemu, kto przedstawił dobry plan rozwoju hodowli.
Zaczęły się jednak pojawiać problemy. Po pierwsze, okazało się, że nikt nie potrzebuje takiej ilości kurczaków. „Nie możemy już patrzeć na jajka” – narzekały dzieci. „Każde pomieszczenie ma już pierzyny” – skarżyły się gospodynie. By podtrzymać konsumpcję produktów drobiowych, mieszkańcy wymyślali coraz to nowe rozwiązania. Modne stało się kupowanie nowego materaca z pierza co miesiąc, a w konsekwencji potrzebne były większe domy, bo w starych brakowało miejsca na legowiska. Mieszkańcy powiększali też podwórka dla rosnących stad. Nawet spory z sąsiednimi wioskami rozstrzygano za pomocą jajek. „Musimy zwiększyć popyt na kurczaki!” – grzmiał burmistrz, który okazał się szwagrem człowieka w kapeluszu. „Dzięki temu wszyscy będziemy bogatsi”.
Pewnego dnia jedna z najstarszych mieszkanek wioski zauważyła kolejny problem. Niegdyś zielone i żyzne pola wokół Odludzia były szare i zniszczone. Całą roślinność zastąpiły bezkresne uprawy zbóż na paszę dla drobiu. Stawy i strumienie, kiedyś pełne ryb, zamieniły się w cuchnące zbiorniki kurzego pomiotu. „Tak dalej być nie może!” – powiedziała staruszka. „Jeśli nadal będziemy powiększać stada, utoniemy we własnych odpadach!”
Człowiek w kapeluszu odprowadził ją na bok i uspokajającym tonem wyjaśnił: „Niech się pani nie martwi, w dolinie jest inna wioska z żyznymi polami. Nasi ludzie planują przenieść tam hodowlę. A jeśli mieszkańcy tej wsi się nie zgodzą… cóż, mamy przewagę liczebną. Poza tym chyba nie myśli pani poważnie o zatrzymaniu wzrostu? Jak inaczej pani sąsiedzi mieliby spłacić długi? Jak ja miałbym tworzyć nowe krążki? Sam bym zbankrutował”.
I tak, jedna po drugiej, wszystkie okoliczne wioski zamieniły się w cuchnące wysypiska, otoczone przez stada niepotrzebnych nikomu kurczaków. Ludzie zaczęli walczyć o nieliczne tereny nadające się jeszcze do hodowli, które pozwalały utrzymać wzrost choć przez kilka lat. Mimo najszczerszych wysiłków wzrost zaczął słabnąć. Wraz ze spowolnieniem rosło zadłużenie w stosunku do przychodów. W końcu wielu mieszkańców wydawało wszystkie krążki wyłącznie na spłatę zobowiązań wobec człowieka w kapeluszu. Coraz więcej osób bankrutowało i musiało podejmować się nisko płatnej pracy u innych (którzy sami ledwo wiązali koniec z końcem). Coraz mniej ludzi mogło pozwolić sobie na produkty drobiowe, co tylko pogarszało sytuację. Wśród niszczącego środowisko nadmiaru kurczaków paradoksalnie coraz więcej ludzi cierpiało niedostatek – powstał klasyczny paradoks biedy pośród obfitości.
I tak właśnie wygląda sytuacja obecnie.

Imperatyw wzrostu

Przedstawiona historia w czytelny sposób odnosi się do rzeczywistej gospodarki. W systemie opartym na oprocentowaniu całkowita suma zadłużenia zawsze przewyższa ilość dostępnego pieniądza. Aby stworzyć nową pulę waluty, niezbędną do podtrzymania obecnego systemu, musimy – mówiąc obrazowo – wyhodować więcej kurczaków. Innymi słowy – musimy wytworzyć więcej dóbr i usług. Najłatwiejszym na to sposobem jest skomercjalizowanie tego, co dotychczas było bezpłatne. W praktyce oznacza to przekształcanie lasów w surowiec drzewny, muzyki – w produkt komercyjny, pomysłów – we własność intelektualną, a wzajemnej pomocy społecznej – w płatne usługi.
Postęp technologiczny w ostatnich stuleciach znacząco przyspieszył ten proces. Obecnie bardzo niewiele dziedzin życia pozostaje poza zasięgiem systemu finansowego. Dobra, takie jak ziemia czy kultura, zostały „ogrodzone” i wprowadzone na rynek – wszystko po to, by nadążyć za wykładniczym wzrostem podaży pieniądza. To właśnie dlatego zamieniamy lasy w drewno, a utwory muzyczne w produkty chronione prawem autorskim. Z tego samego powodu dwie trzecie Amerykanów jada posiłki poza domem. Dlatego też naturalne ziołowe leki zostały wyparte przez masowo produkowane farmaceutyki, opieka nad dziećmi stała się usługą komercyjną, a woda butelkowana zajęła pierwsze miejsce w rankingu sprzedaży napojów.
Nakaz ciągłego wzrostu gospodarczego, wynikający z systemu pieniądza opartego na odsetkach, napędza nieustanną przemianę życia, świata przyrody i ludzkiej duchowości w wartości pieniężne. Ten złowieszczy cykl jest dodatkowo wzmacniany faktem, że im więcej aspektów życia przekształcamy w towar, tym więcej pieniędzy potrzebujemy do codziennego funkcjonowania. W tym wszystkim to właśnie lichwa stanowi korzeń wszelkiego zła.
Przyjrzyjmy się temu zjawisku dokładniej. Podobnie jak człowiek w kapeluszu z naszej przypowieści bank lub inny kredytodawca godzi się pożyczać pieniądze tylko wtedy, gdy ma uzasadnione podstawy, by oczekiwać ich zwrotu. Takie przekonanie może wynikać m.in. z przewidywanych przychodów, jakie osiągnie się dzięki pożyczonym środkom, przedstawionym zabezpieczeniu lub wysokiej zdolności kredytowej. Sama spłata zadłużenia zależy jednak nie tylko od możliwości finansowych kredytobiorcy, lecz także od różnorodnych form nacisku społecznego, ekonomicznego i prawnego. Sądy mogą np. zarządzić zajęcie części lub całości majątku dłużnika. Choć nie istnieją już więzienia dla dłużników, osoby zalegające ze spłatami są nieustannie nękane przez firmy windykacyjne, często odmawia się im także prawa do mieszkania, pracy czy ubezpieczenia. Ponadto większość ludzi odczuwa moralny obowiązek regulowania swoich zobowiązań. Jest to akurat całkiem naturalne – również w gospodarkach opartych na darze ci, którzy coś otrzymali, podlegają moralnej i społecznej presji, by się odwzajemnić. Środki na spłatę długu (wraz z odsetkami) pochodzą ze sprzedaży towarów lub usług, ale ich źródłem mogą być też kolejne pożyczki. Za każdym razem, gdy za coś płacisz, w istocie oświadczasz: „Wcześniej wykonałem usługę lub dostarczyłem towar o wartości równej temu, co teraz nabywam”. Teoretycznie powinno to być korzystne dla wszystkich uczestników systemu, ponieważ pozwala połączyć dary z potrzebami, występującymi nie tylko w różnych miejscach i branżach, lecz także w różnym czasie. Pieniądz oparty na kredycie umożliwia wymianę obecnie posiadanych dóbr na dobra dostępne w przyszłości. Co istotne, taki mechanizm nie kłóci się z zasadami
ekonomii daru: otrzymuję teraz, oddam później.
Problemy pojawiają się jednak wraz z odsetkami. Ponieważ każdej nowej
jednostce pieniądza towarzyszy oprocentowany dług, w dowolnym momencie całkowita wartość kredytów przewyższa dostępną ilość środków. Ten strukturalny niedobór zmusza do wzajemnej rywalizacji, skazując na permanentny stan deficytu. Przypomina to popularną zabawę w krzesła – ich liczba zawsze jest mniejsza od liczby uczestników, więc ktoś nieuchronnie zostaje bez miejsca. Presja wywierana przez zadłużenie stanowi nieod- łączny element systemu. Choć większość osób jest w stanie spłacić swoje zobowiązania, utrzymanie całości wymaga stale rosnącego poziomu długu.
Nieustająca presja spłaty sprawia, że zawsze znajdą się ludzie gotowi wyciąć ostatni las, złowić ostatnią rybę, sprzedać ostatnią parę butów czy spieniężyć resztki naszego społecznego, naturalnego lub kulturowego dobra wspólnego. Nigdynie nastąpi moment, w którym ludzkość powie: „Dosyć!”, ponieważ w systemie opartym na oprocentowaniu dług nie oznacza jedynie „dobro teraz za dobro w przyszłości”, ale „dobro teraz za więcej dóbr w przyszłości”. Aby obsłużyć zadłużenie albo po prostu mieć środki do życia, należy odebrać istniejące bogactwo komuś innemu (stąd konkurencja) lub stworzyć nowe bogactwo, czerpiąc z puli dóbr wspólnych.
Oto konkretny przykład ilustrujący ten mechanizm. Wyobraźmy sobie, że przychodzisz do banku i mówisz: „Panie bankierze, proszę o pożyczkę miliona dolarów na zakup lasu, który chcę chronić przed wycinką. Co prawda las nie przyniesie żadnego dochodu, więc nie będę w stanie płacić odsetek, ale jeśli będzie pan potrzebował zwrotu pieniędzy, to wystawię las na sprzedaż i w ten sposób oddam pożyczony milion”. Niestety, bankier będzie zmuszony odrzucić twoją propozycję, nawet jeśli jego sumienie podpowiada mu, że to uczciwa oferta. Natomiast gdy przyjdziesz do banku i powiesz: „Potrzebuję miliona dolarów na zakup tego lasu, wynajęcie sprzętu i wycinkę drzew, dzięki czemu uzyskam dwa miliony dolarów przychodu i w ten sposób nie tylko zapłacę dwanaście procent odsetek, ale sam nieźle zarobię”, bankier chętnie przystanie na twoją prośbę. W pierwszym przypadku nie powstają żadne nowe towary i usługi, więc nie ma co liczyć na finansowanie. Pieniądze trafiają wyłącznie do tych, którzy tworzą coś „nowego”. Właśnie dlatego istnieje wiele miejsc pracy wymagających przekształcania kapitału naturalnego i społecznego w pieniądz, natomiast bardzo niewiele jest zajęć, w których płaci się za odtwarzanie dóbr wspólnych czy ochronę naturalnych i kulturowych zasobów.
Ogólnie rzecz ujmując, presja ciążąca na dłużnikach zmusza ich do nieustannego dostarczania nowych dóbr, a to z kolei wywołuje permanentny nacisk na wzrost gospodarczy, definiowany jako całkowitą ilość towarów i usług wymienialnych na pieniądze. Można spojrzeć na to jeszcze inaczej: ponieważ zadłużenie zawsze przewyższa podaż pieniądza, jedyną możliwością spłaty długów jest kreowanie pieniądza, a z racji, że nowe pieniądze trafiają do tych, którzy tworzą usługi i towary, to wolumen usług i towarów również musi nieustannie rosnąć.
Nie chodzi więc tylko o to, że pozorna nieograniczoność pieniądza (dostrzegana już przez starożytnych Greków) pozwala wierzyć w możliwość nieskończonego wzrostu. W rzeczywistości to system wymusza ten wzrost. Większość ekonomistów postrzega tę permanentną presję jako zjawisko pozytywne. Twierdzą, że stanowi ona bodziec do innowacji, postępu i zaspokajania rosnących potrzeb poprzez zwiększanie produktywności. Gospodarka oparta na oprocentowaniu jest z natury gospodarką wzrostu, co – poza nielicznymi wyjątkami – ekonomiści i decydenci polityczni uznają za korzystne.
System bazujący na odsetkach działa sprawnie dopóty, dopóki liczba dóbr wymienialnych na pieniądze nadąża za ich podażą. Co jednak się stanie, gdy tak nie będzie? Co jeśli tempo wzrostu gospodarczego okaże się niższe niż stopa procentowa? Podobnie jak bohaterowie przypowieści o kurczakach i krążkach musimy rozważyć tę kwestię w kontekście naszego świata – świata, który wydaje się właśnie osiągać granice swojego wzrostu.

Koncentracja bogactwa

Gdy wzrost gospodarczy jest niższy od stopy procentowej, konsekwencje są łatwe do przewidzenia. Dłużnicy, którzy nie są w stanie spłacać odsetek z wytwarzanego przez siebie majątku, zmuszeni są przekazywać wierzycielom coraz większą część swojego obecnego stanu posiadania lub przyszłych dochodów. Kiedy koszty obsługi zadłużenia przekraczają wartość ich majątku i przychodów, stają się niewypłacalni. Jest to nieuniknione w sytuacji, gdy zwrot z inwestycji jest niższy od stopy procentowej płaconej za pożyczony kapitał. W obecnym systemie finansowym niewypłacalność części kredytobiorców jest nieuchronna.
Bankructwo, patrząc teoretycznie, nie jest zjawiskiem negatywnym. Stanowi po prostu naturalną konsekwencję działań, które nie przyczyniły się do zwiększenia ogólnego dobrobytu, innymi słowy – nie doprowadziły do wytworzenia dóbr, za które pozostali byliby gotowi zapłacić. Możliwość ogłoszenia upadłości sprawia, że banki i inni pożyczkodawcy podchodzą ostrożniej do udzielania kredytów i raczej nie przekazują środków komuś, kto prawdopodobnie nie przyczyni się do rozwoju gospodarki. Nawet w gospodarce ze stopą procentową równą zeru można zbankrutować wskutek nierozważnych decyzji – proces ten jedynie trwa nieco dłużej.
Oprócz ekonomistów nikt nie lubi niewypłacalności, w szczególności wierzyciele. Jednym ze sposobów zapobiegania takim sytuacjom, przynajmniej w krótkiej perspektywie, jest udzielenie dłużnikowi kolejnej pożyczki, czyli refinansowanie długu. W niektórych przypadkach takie działanie może być uzasadnione, np. gdy dłużnik zmaga się z przejściowymi trudnościami lub gdy istnieją mocne przesłanki, że jego sytuacja finansowa poprawi się na tyle, by w przyszłości mógł uregulować zobowiązania. Często jednak dodatkowe finansowanie wynika z niechęci pożyczkodawców do księgowania strat wynikających z upadłości. W końcu dopóki dłużnik spłaca odsetki, wierzyciel może udawać, że wszystko jest w porządku.
Taka właśnie sytuacja charakteryzuje światową gospodarkę od pewnego czasu (końcówka pierwszej dekady XXI wieku). Po latach, a nawet dziesięcioleciach, gdy stopy procentowe przewyższały tempo wzrostu gospodarczego, mamy do czynienia z ogromnym ciężarem zadłużenia. Rząd, ulegając naciskom sektora finansowego (czyli wierzycieli i posiadaczy kapitału), robił wszystko, co możliwe, aby zapobiec niewypłacalnościom i sprawić, by przynajmniej na papierze sytuacja wyglądała poprawnie. U podstaw tych działań leżała wiara w to, że wzrost gospodarczy przyspieszy w przyszłości, umożliwiając dalszą obsługę zobowiązań. „Wyrośniemy z długu” – tak łudzili się decydenci.
Na poziomie politycznym występuje zatem taka sama presja na generowanie wzrostu gospodarczego, jak w przypadku pojedynczych osób czy firm. Dłużnik znajduje się pod nieustanną presją, aby coś sprzedać (choćby swoją pracę), ponieważ jest to jedyny sposób na spłatę zobowiązań. Do tego właśnie sprowadzają się działania prowzrostowe podejmowane przez rząd. Ich celem jest ułatwienie „sprzedaży czegokolwiek”, czyli przekształcenia naturalnych lub społecznych dóbr wspólnych w pieniądz. Gdy liberalizujemy przepisy dotyczące kontroli zanieczyszczeń, ułatwiamy zamianę naszej życiodajnej atmosfery na walutę. Gdy dotujemy budowę dróg w lasach, przyczyniamy się do zamiany ekosystemów na pieniądze. A gdy Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) wywiera nacisk na rządy, aby prywatyzowały opiekę społeczną i ograniczały wydatki, w istocie dąży do przekształcenia w pieniądz naszego kapitału społecznego.
Z tego właśnie powodu w Ameryce zarówno republikanie, jak i demokraci tak chętnie dążą do otwierania nowych rynków, egzekwowania praw autorskich i tym podobnych działań. Dlatego też każdy element dóbr wspólnych, których nie można eksploatować – od chronionych terenów Alaski po rezerwaty przyrody w Afryce – znajduje się pod nieustannym naciskiem ze strony polityków, korporacji i kłusowników. Jeśli sfera pieniądza przestanie się rozrastać, równowaga między niewypłacalnością a koncentracją bogactwa zniknie, prowadząc do niepokojów społecznych i ostatecznie – do rewolucji. W świecie, w którym zadłużenie rośnie wykładniczo, podtrzymanie wzrostu pozostaje jedynym rozwiązaniem.
Wzrost polegający na przekształcaniu dobra wspólnego w pieniądz przynosi korzyści tylko wtedy, gdy przewyższa przyrost odsetek. Choć z perspektywy finansowej taka sytuacja wygląda obiecująco, aspekty ludzkie i ekologiczne nie przedstawiają się równie korzystnie. Przykładowo: jeśli popyt na drób utrzymuje się na wystarczająco wysokim poziomie, a zasoby naturalne umożliwiają jego hodowlę, rolnicy mogą rozważyć zasięgnięcie kredytu oprocentowanego na 10%, aby powiększyć produkcję o 20%. Z konwencjonalnego punktu widzenia kapitał przynosi wtedy wyższy zwrot, niż wynosi jego koszt, co po spłacie kredytów pozwala pożyczkobiorcom osiągnąć zysk. Takie sytuacje występowały w czasach np. Dzikiego Zachodu oraz w społeczeństwach, w których relacje społeczne nie zostały jeszcze w pełni skomercjalizowane. Ekonomiści określają je mianem „rynków nierozwiniętych”. W okresach wzrostu gospodarczego „fala unosi wszystkie łodzie” – bogacą się zarówno wierzyciele, jak i dłużnicy.
Jednakże nawet w czasach prosperity wzrost rzadko bywa na tyle szybki, by nadążyć za narastającymi odsetkami. Wyobraźmy sobie, że rolnicy mogą powiększać swoje hodowle tylko o 5% rocznie. Wówczas zamiast oddawać bankom tylko część przyrostu, muszą przekazać go w całości plus część swojego dotychczasowego majątku lub przyszłych dochodów. Gdy zadłużenie rośnie szybciej niż produkcja dóbr i usług, koncentracja bogactwa – zarówno w dochodach, jak i w majątku trwałym – jest nieunikniona.
Już starożytni filozofowie dostrzegali ten problem. Arystoteles zauważył, że pieniądz jest „bezpłodny” – nie mnoży się jak bydło czy zboże – co sprawia, że pożyczanie na procent jest niesprawiedliwe. Koncentrację bogactwa będącą skutkiem lichwy obserwowano wielokrotnie już przed 350 rokiem p.n.e. W czasach rzymskich, gdy imperium rozwijało się dynamicznie, nie doszło do skrajnej koncentracji bogactwa. Zjawisko to pojawiło się dopiero, gdy rozwój zwolnił, a klasa drobnych rolników, fundament legionów, popadła w długi i zależność ekonomiczną. Wkrótce potem imperium stało się gospodarką opartą na niewolnictwie.
Podobieństwa między starożytnym Rzymem a współczesnym światem są uderzające. Gdy wzrost gospodarczy zwalnia, zarówno pojedyncze osoby, jak i całe narody znajdują się w sytuacji przypominającej starożytne niewolnictwo za długi. Coraz większa część dochodów jest przeznaczana na spłatę zobowiązań, a w przypadku braku środków dotychczasowy majątek staje się zabezpieczeniem dla wierzycieli. W ostatnim półwieczu poziom kapitału własnego w Ameryce systematycznie spada. O ile w 1950 roku jego udział w finansowaniu wydatków wynosił 85%, obecnie jest to zaledwie 40% (wliczając w to około jedną trzecią obywateli posiadających niezadłużone domy, w przypadku pozostałych osób udział kapitału własnego jest jeszcze niższy). Oznacza to, że większość ludzi nie jest właścicielami tego, co posiada. Większość moich znajomych nie ma własnych samochodów – w rzeczywistości wynajmują je od banków poprzez kredyty. Również przedsiębiorstwa borykają się z rekordowym zadłużeniem, przez co znaczna część ich przychodów trafia do banków i posiadaczy obligacji. Zjawisko to dotyka także całych państw, w których stosunek długu do PKB rośnie w zastraszającym tempie. Na każdym szczeblu stajemy się coraz bardziej niewolnikami długu, a owoce naszej pracy trafiają do kredytodawców.
Nawet jeśli nie macie długów, koszty odsetek wpływają na ceny większości towarów i usług. Przykładowo: około 10% wydatków rządu Stanów Zjednoczonych przeznaczanych jest na obsługę długu publicznego.
Podobnie jeśli wynajmujecie mieszkanie, znaczna część waszego czynszu idzie na spłatę kredytu hipotecznego właściciela. Gdy jecie w restauracji, ceny odzwierciedlają nie tylko koszty restauratora, lecz także odsetki, które dostawcy produktów muszą płacić, prowadząc własne przedsiębiorstwa. We współczesnym świecie mamy do czynienia ze swoistym podatkiem od wszystkiego, który trafia do kieszeni posiadaczy kapitału.
Odsetki składają się z sześciu elementów: premii za ryzyko, kosztu udzielenia pożyczki, premii inflacyjnej, premii za płynność, premii za zapadalność oraz komponentu wolnego od ryzyka. Dokładniejsza analiza pokazuje, że lichwiarskie konotacje mają trzy ostatnie składniki. Bez nich koncentracja bogactwa nie byłaby tak pewna, ponieważ to właśnie one sprawiają, że kapitał pozostaje w rękach kredytodawców. Niemniej w obecnym systemie wszystkie sześć elementów przyczynia się do pogłębiania nierówności. Dzięki nim osoby z kapitałem mogą pomnażać swój majątek wyłącznie dlatego, że go posiadają („Mam pieniądze, których ty potrzebujesz, więc zapłać mi za dostęp do nich”). Dopóki kredytobiorcy nie będą w stanie gromadzić kapitału w tym samym tempie, bogactwo będzie nieustannie przepływać do kredytodawców.
By zapobiec polaryzacji majątku, oprocentowanie wynikające z samego faktu posiadania kapitału powinno być niższe od tempa wzrostu gospodarczego. Praktyka pokazuje jednak, że zazwyczaj tak nie jest. Wysoki wzrost gospodarczy prawie zawsze prowadzi do podwyżki stóp procentowych, co uzasadnia się potrzebą kontrolowania inflacji. Skutkiem ubocznym jest jednak nasilenie koncentracji majątku i wzmocnienie pozycji posiadaczy kapitału. Bez działań redystrybucyjnych proces ten zachodzi w okresach zarówno prosperity, jak i kryzysu.
Od czasów starożytnej Grecji znana jest prawidłowość: im więcej pieniędzy posiadasz, tym mniejszą masz potrzebę ich wydawania. Ludzie zawsze przejawiali tzw. preferencję płynności – woleli mieć pieniądze niż konkretne dobra, chyba że były im one niezbędne. Oprocentowanie wzmacnia tę skłonność, zachęcając posiadaczy środków do ich zatrzymywania. W rezultacie osoby potrzebujące kapitału muszą płacić tym, którzy go nie potrzebują. Jednocześnie, ponieważ nie mają oszczędności, jedynym źródłem pieniędzy na obsługę odsetek stają się ich przyszłe dochody, co stanowi kolejny przykład sytuacji, jak pieniądze są przepompowywane od biednych do bogatych.
Pobieranie odsetek można by uzasadnić w przypadku długoterminowych, niepłynnych i ryzykownych inwestycji, gdyż oprocentowanie stanowi wtedy formę rekompensaty za utratę dostępu do kapitału. Zresztą wpisuje się to w regułę wzajemności darów: oferując coś komuś, stajemy się beneficjentami większego daru w przyszłości (choć nigdy nie ma co do tego pewności, stąd ryzyko). Jednak w obecnym systemie oprocentowane są nawet gwarantowane przez państwo krótkoterminowe papiery wartościowe, a bywa że i rachunki bieżące w bankach, dzięki czemu „inwestorzy” czerpią zyski bez podejmowania jakiegokolwiek ryzyka. W praktyce mamy więc tu do czynienia z ukrytą premią, zwiększającą koszt wszystkich innych pożyczek, co potęguje możliwości bogacenia się przez posiadaczy kapitału.
Wzrost sfery pieniądza i polaryzacja bogactwa są dwoma przejawami tej samej siły. Kapitał może rosnąć albo poprzez przejmowanie zasobów, które nie zostały jeszcze spieniężone, albo poprzez zjadanie samego siebie. Gdy pierwsza opcja staje się ograniczona, nasila się presja na drugą możliwość, a wówczas rośnie koncentracja bogactwa. W takich momentach pojawia się nacisk na ratowanie systemu, czyli na redystrybucję majątku. Ostatecznie narastająca polaryzacja nie może trwać w nieskończoność.

Redystrybucja bogactwa i wojna klasowa

System oparty na oprocentowanym długu bez odpowiedniej redystrybucji majątku nieuchronnie prowadzi do chaosu, szczególnie w okresach spowolnienia gospodarczego. Dążenie do bardziej sprawiedliwego podziału dóbr spotyka się jednak ze sprzeciwem zamożnych, których majątek miałby zostać rozdzielony. W związku z tym polityka gospodarcza próbuje znaleźć złoty środek między redystrybucją a koncentracją bogactwa, starając się przekazać uboższym wystarczająco dużo, by zachować spokój społeczny.
Rządy o orientacji liberalnej zwykle próbowały łagodzić koncentrację majątku poprzez różne narzędzia: progresywne opodatkowanie dochodów, podatki od nieruchomości, programy pomocy społecznej czy powszechną służbę zdrowia. Działania te mają charakter redystrybucyjny, ponieważ pobierają proporcjonalnie więcej od zamożnych, jednocześnie przynosząc największe korzyści najuboższym warstwom społeczeństwa. Takie rozwiązania przeciwdziałają również naturalnej w systemie odsetkowym tendencji do gromadzenia bogactwa w rękach nielicznych. W krótkiej perspektywie stoją w sprzeczności z interesami najbogatszych, dlatego w obecnym konserwatywnym klimacie politycznym często określa się je mianem narzędzi walki klasowej.
Konserwatyści postrzegają sprawę odmiennie: w ich oczach koncentracja bogactwa jawi się jako zjawisko pozytywne. Jeśli należycie do grona zamożnych, prawdopodobnie podzielacie ten punkt widzenia – w końcu im więcej zasobów pozostaje w waszych rękach, tym dla was lepiej. Dlatego rządy wspierające doraźne interesy najbogatszych przeciwstawiają się działaniom redystrybucyjnym – popierają podatek liniowy, zmniejszają obciążenia od nieruchomości, ograniczają programy socjalne i prywatyzują służbę zdrowia.
W latach 30. XX wieku Stany Zjednoczone, podobnie jak wiele innych krajów, stanęły przed wyborem: albo kontrolowane zmniejszenie majątku najbogatszych poprzez wydatki socjalne i odpowiednie opodatkowanie, albo przyzwolenie na dalszą koncentrację bogactwa, która najpewniej doprowadziłaby do rewolucji i gwałtownej redystrybucji. W latach 50. przyjęto kompromis wypracowany w ramach programu New Deal: najbogatsi mieli zachować swoją pozycję, ale w zamian – poprzez system podatkowy – oddawać część majątku, która równoważyłaby zyski płynące z posiadanego kapitału. Ten kompromis sprawdzał się do początku lat 70., czyli w okresie, gdy wzrost gospodarczy utrzymywał się na odpowiednio wysokim poziomie.
Dopóki gospodarczy tort stale się powiększa, bogaci mogą wykrawać dla siebie coraz to pokaźniejsze kawałki. Reszcie społeczeństwa zostawią skromniejsze porcje, ale za to pochodzące z coraz większego tortu. W ujęciu względnym owe 99% ludzi wprawdzie ubożeje, ale w ujęciu bezwzględnym utrzymuje swój dotychczasowy poziom życia, a nawet nieznacznie się bogaci.
To stosunkowo łagodne dla zamożnych rozwiązanie niesie jednak ze sobą wiele niepożądanych skutków. Wysokie podatki dochodowe uderzają bowiem w osoby dużo zarabiające, a nie w te, które po prostu dysponują znacznym majątkiem. Prowadzi to do nieustannych sporów między organami podatkowymi a obywatelami, którzy zatrudniają rzesze prawników i księgowych w poszukiwaniu sposobów na uniknięcie choćby części obciążeń. Można zadać sobie pytanie: czy to właściwy sposób wykorzystania zasobów ludzkich? Co więcej, obecny system tworzy paradoksalną sytuację, w której jednocześnie jedną ręką przekazujemy pieniądze posiadaczom kapitału, a drugą ręką próbujemy im to odebrać.
W systemie opartym na oprocentowaniu walka klasowa jest nieunikniona – czy to w formie ukrytej, czy jawnej. Doraźne interesy posiadaczy kapitału stoją w sprzeczności z interesami dłużników. Obecnie szala przechyla się na korzyść najbogatszych. Ich polityczni reprezentanci zlikwidowali w wielu krajach zachodnich programy redystrybucyjne wprowadzone w latach 30. XX wieku. Wysoki wzrost gospodarczy po II wojnie światowej maskował nieuchronność konfliktu między bogatymi a biednymi. Te czasy jednak minęły bezpowrotnie. W nadchodzących latach, o ile system pieniężny nie przejdzie gruntownej reformy, możemy spodziewać się nasilenia sporów klasowych. W niniejszej książce chcę pokazać, że można zmienić podstawowe zasady ekonomiczne i całkowicie wyeliminować potrzebę konfliktu między grupami majątkowymi.
Wraz z rozpadem umowy społecznej z lat 30. XX wieku i rosnącym do krytycznych poziomów zadłużeniem może zajść potrzeba sięgnięcia po bardziej radykalne środki. W starożytności niektóre społeczeństwa rozwiązywały problem polaryzacji majątkowej poprzez okresowe umarzanie długów. Przykładami mogą być: reforma Solona, zwana sejsachteja (gr., strząśnięcie ciężarów), która nie tylko anulowała zadłużenie, lecz także znosiła niewolnictwo za długi, oraz tzw. rok jubileuszowy praktykowany przez starożytnych Hebrajczyków. „Pod koniec siódmego roku przeprowadzisz darowanie długów” – głosi księga Powtórzonego Prawa (Pwt 15,1–2). Obie te starożytne praktyki były znacznie bardziej radykalne niż współczesne bankructwo, ponieważ dłużnik mógł zachować swój majątek. W czasach Solona przywracano nawet ziemie ich pierwotnym właścicielom.
Współczesnym przykładem podobnych działań jest częściowe umarzanie długów zagranicznych państwom pogrążonym w kryzysie. W 2008 roku MFW, Bank Światowy oraz Międzynarodowy Bank Rozwoju i Odbudowy umorzyły zagraniczny dług Haiti. Ponadto od lat działa szerszy ruch na rzecz ogólnego umorzenia długów krajów Trzeciego Świata, jednak jego skuteczność dotychczas pozostaje niewielka.
Inną formą redystrybucji jest bankructwo, w którym dłużnik zostaje zwolniony ze zobowiązań (często po wcześniejszej utracie znacznej części majątku na rzecz wierzycieli). Formalnie stanowi to transfer środków od wierzyciela do dłużnika, ponieważ zazwyczaj kwota długu przewyższa wartość zabezpieczających go aktywów. Jednak w ostatnich latach ogłoszenie bankructwa w Stanach Zjednoczonych stało się znacznie trudniejsze – prawo, zmienione pod naciskiem wydawców kart kredytowych, zmusza dłużników do przestrzegania harmonogramu spłat zadłużenia, który przypisuje część przyszłych dochodów dłużnika wierzycielowi na długo w przód. W rezultacie zobowiązania stają się nieodłącznym elementem życia dłużnika, czyniąc z niego odpowiednik starożytnego niewolnika. W przeciwieństwie do sejsachtei czy roku jubileuszowego bankructwo przekazuje aktywa dłużnika wierzycielowi, który zyskuje pełną kontrolę nad jego kapitałem fizycznym i finansowym, a w takiej sytuacji dłużnikowi nie pozostaje nic innego. jak ponowne zadłużenie się. Tym samym bankructwo stanowi jedynie chwilowe zakłócenie w postępującym procesie koncentracji bogactwa.
Najbardziej skrajnym przypadkiem jest całkowita odmowa spłaty zadłużenia (lub przekazania zabezpieczenia kredytu wierzycielowi). W normalnych warunkach kredytodawcy mogą dochodzić swoich praw w sądzie i wykorzystać aparat państwowy do przejęcia majątku dłużnika. Odrzucenie długu osobistego staje się możliwe tylko wtedy, gdy nie działa system prawny i instytucje państwowe. W takich sytuacjach okazuje się, że zarówno pieniądz, jak i prawo własności są jedynie formą umowy społecznej. Bez powszechnie akceptowanej symboliki nadającej pieniądzom wartość Warren Buffett nie będzie bogatszy ode mnie – może poza posiadaniem większego domu, stanowiącego namacalny dowód jego zamożności (o ile jest jego właścicielem na mocy aktu własności, który również jest kwestią umowną).
W dzisiejszych czasach odrzucenie długu rzadko jest możliwe dla zwykłych obywateli. Sytuacja wygląda jednak inaczej w przypadku państw. Teoretycznie kraje posiadające odporną gospodarkę i zasoby umożliwiające prowadzenie barteru z sąsiadami mogłyby po prostu odmówić spłaty swoich zagranicznych zobowiązań, choć w praktyce bardzo rzadko rządy decydują się na taki krok. Przywódcy państw, niezależnie od tego, czy wybrani w sposób demokratyczny czy nie, zwykle współpracują z globalnym establishmentem finansowym, za co otrzymują sowite wynagrodzenie. Jeśli się temu sprzeciwią, muszą liczyć się z różnymi formami wrogości, m.in. ze strony mediów czy rynków finansowych. Takie rządy są wówczas piętnowane jako nieodpowiedzialne, niedemokratyczne, rozdawnicze, a ich polityczni przeciwnicy otrzymują wsparcie od światowych mocarstw. W skrajnych przypadkach przywódcy mogą paść ofiarą zamachów stanu lub zbrojnych interwencji.
Każdy rząd, który przeciwstawia się zamianie kapitału społecznego i zasobów naturalnych na pieniądz, musi liczyć się z surowymi konsekwencjami. Doskonałym przykładem jest Haiti, gdzie prezydent Jean-Bertrand Aristide, sprzeciwiający się polityce neoliberalnej, został obalony dwukrotnie – w 1991 roku, a następnie w 2004 roku, po ponownym objęciu władzy. Podobny scenariusz rozegrał się w Hondurasie w 2009 roku, a także w wielu innych miejscach na świecie (choć jak dotąd Kuba i Wenezuela zdołały uniknąć takiego losu). W październiku 2010 roku Ekwador ledwo uniknął zamachu stanu, który był następstwem częściowego odrzucenia długu wartego 3,9 miliarda dolarów i jego restrukturyzacji po 35 centów za dolara. Taki los spotyka państwa odważające się przeciwstawić reżimowi zadłużenia.
John Perkins, były ekonomista, w swojej książce Hitman. Wyznania ekonomisty od brudnej roboty przedstawia schemat działania: najpierw oferowane są łapówki dla polityków, potem następują groźby, później próba zamachu stanu, a w przypadku niepowodzenia – zbrojna interwencja. Wszystko to ma na celu zmuszenie kraju do zaakceptowania i dokonywania opłat na rzecz długów, innymi słowy – do wejścia na ścieżkę zadłużenia i pozostania na niej. W przypadku całych państw spirala zadłużenia często zaczyna się od jakiegoś „megaprojektu”, np. budowy lotniska, sieci autostrad czy wieżowca, podczas gdy dla zwykłych ludzi punktem wyjścia może być remont mieszkania czy studia. Tego typu przedsięwzięcia kuszą wizją wysokich zysków w przyszłości, choć w rzeczywistości wzbogacają innych, a kredytobiorcę zamykając w pułapce zadłużenia.
W przeszłości potęga militarna i wymuszony hołd były narzędziami imperiów, dziś korzysta się z długu. Ta praktyka zmusza zarówno narody, jak i jednostki do poświęcania swojej produktywności na rzecz spłaty zobowiązań finansowych. Ludzie rezygnują ze swoich marzeń, by spłacać długi. Narody przekształcają swoją lokalną, samowystarczalną produkcję w gospodarki nastawione na eksploatację taniej siły roboczej i eksport surowców. Haiti jest zadłużone od 1825 roku, kiedy zmuszono je do wypłacenia Francji odszkodowania za straty poniesione w wyniku powstania niewolników. Kiedy spłaciło to zadłużenie? Nigdy. Kiedy jakiekolwiek państwo Trzeciego Świata spłaci swoje długi i będzie mogło wykorzystać własną produktywność dla dobra obywateli? Nigdy. Kiedy większość z nas spłaci kredyty studenckie, ureguluje karty kredytowe oraz zobowiązania hipoteczne? Nigdy. Według organizacji Jubilee Debt Campaign biedne kraje globalnego Południa wydały w 2020 roku średnio 14,3% swoich dochodów budżetowych na spłatę zadłużenia zagranicznego. To ponad dwukrotnie więcej niż w roku 2010, a jednak, mimo wpłacania coraz większych kwot, ich całkowity poziom zadłużenia nadal rósł.
Tego typu zobowiązania nigdy nie zostaną uregulowane, co skazuje zadłużone narody na wieczne zaciskanie pasa, cięcia płac, wyprzedaż zasobów naturalnych i prywatyzację, a wszystko to wyłącznie w zamian za przywilej tkwienia w długach i formalnego pozostawania częścią globalnego systemu finansowego.
Niezależnie od tego, czy mówimy o poziomie państwowym, czy osobistym, moment masowego odrzucenia długu może być znacznie bliżej, niż nam się wydaje. Społeczna legitymizacja obecnego status quo systematycznie słabnie i gdy tylko kilku dłużników stanowczo odmówi spłaty, reszta błyskawicznie pójdzie w ich ślady. Podważanie długów nie może się opierać wyłącznie na odwoływaniu do litery prawa, bo to jest z gruntu stronnicze i faworyzuje wierzycieli. Istnieje jednak solidna podstawa do kwestionowania skądinąd „legalnych” zobowiązań. Jest to doktryna tzw. długu odrażającego (odious debt), która głosi wprost, że zobowiązania zaciągnięte w sposób oszukańczy są zwyczajnie nieważne. Pojęcie to pierwotnie oznaczało dług zaciągnięty w imieniu państwa przez jego przywódców, który jednak nie przyniósł narodowi absolutnie żadnych korzyści. Dziś mechanizm ten może zostać skutecznie przekształcony w potężne narzędzie zmiany systemowej.
Jakie jeszcze zadłużenia mają odrażający charakter? Niektóre przykłady nasuwają się same. Wystarczy wspomnieć o pożyczkach na budowę osławionej elektrowni jądrowej Bataan na Filipinach. Na tej inwestycji gigantycznie wzbogaciła się amerykańska firma Westinghouse oraz poplecznicy dyktatora Marcosa, a sama elektrownia ostatecznie nie wyprodukowała nawet ułamka wata prądu. Innym przykładem są obciążające budżet wydatki na zbrojenia wojskowych junt w Salwadorze i Grecji. A co z lwią częścią długu publicznego, przeznaczaną rzekomo na wielkoskalowe, scentralizowane projekty rozwojowe? Ideologia neoliberalna uparcie twierdzi, że przynoszą one państwom ogromne korzyści gospodarcze, choć obecnie staje się boleśnie jasne, że prawdziwymi beneficjentami takich działań są po prostu korporacje pochodzące z tych samych krajów, które udzielają owe kredyty. Dziś nawet klasyczna ścieżka rozwoju gospodarczego staje pod ogromnym znakiem zapytania. Czy nie moglibyśmy powiedzieć, że zdecydowana większość długów narzuconych tzw. światowi rozwijającemu się to długi odrażające, mające swoje źródło w asymetrycznych relacjach kolonialnych i imperialnych?
To samo można powiedzieć o zadłużeniu samorządów, gospodarstw domowych i narastających lawinowo długach osobistych obywateli. Niekorzystne przepisy podatkowe, deregulacja rynków finansowych i gospodarcza globalizacja wręcz wyssały kapitał z rynku, który znalazł się w rękach korporacji i najbogatszych, zmuszając całą rzeszę populacji do ciągłego zapożyczania się w celu zaspokojenia elementarnych potrzeb. Gminy i samorządy zmuszane są obecnie zaciągać kredyty, aby utrzymać usługi publiczne. Kiedyś, zanim wielki przemysł uciekł do miejsc o minimalnych regulacjach i najniższych płacach w ramach globalnego „race to the bottom”, finansowano je bez problemu z podatków. Podobnie współcześni studenci zadłużają się, by móc uczęszczać na uniwersytety, które niegdyś były hojnie dotowane przez państwo. Ostatecznie stagnacja płac wywiera również gigantyczną presję na rodziny, zmuszając je do pożyczania pieniędzy tylko po to, by mogły przetrwać.
Tej gwałtownie rosnącej fali zadłużenia w żaden sposób nie można wytłumaczyć mitem o powszechnym ludzkim lenistwie czy nieodpowiedzialności. Dzisiejszy dług ma charakter systemowy i stał się całkowicie nieunikniony. To po prostu niesprawiedliwe, a ludzie doskonale zdają sobie z tego sprawę. W miarę jak koncepcja długu odrażającego będzie zyskiwać na sile, moralny przymus spłacania lichwy zacznie słabnąć. Być może wkrótce nadejdzie czas, kiedy solidarnie zrzucimy z siebie ciężar zadłużenia.

Inflacja

Inflacja stanowi ostatni sposób redystrybucji bogactwa. Na pierwszy rzut oka może wydawać się ukrytą formą unieważnienia długu, ponieważ pozwala spłacać zobowiązania w walucie, która straciła na wartości w porównaniu z momentem zaciągnięcia pożyczki. Jest to więc siła oddziałująca zarówno na dłużnika, jak i na wierzyciela. W praktyce sprawa nie jest jednak tak prosta. Po pierwsze, inflacji zazwyczaj towarzyszy wzrost stóp procentowych. Wynika to zarówno z działań władz monetarnych, które podnosząc je, próbują hamować wzrost cen, jak i z zachowania potencjalnych kredytodawców, którzy lokują pieniądze w aktywa niepodlegające inflacji monetarnej (np. w surowce i towary).
Ekonomia w swoim tradycyjnym ujęciu sugeruje, że inflacja pojawia się, gdy w obiegu jest zbyt dużo pieniędzy w stosunku do dostępnych dóbr i usług. Jak zatem powstaje ta nadwyżka? W latach 2008–2009 amerykańska Rezerwa Federalna obniżyła stopy procentowe prawie do zera i znacząco zwiększyła bazę monetarną, co jednak nie wywołało istotnej inflacji. Stało się tak, ponieważ instytucje finansowe nie zwiększyły akcji kredytowej skierowanej do osób fizycznych i firm. Zamiast tego nowe pieniądze zostały zatrzymane przez banki lub przeznaczone na zakup akcji, co doprowadziło do wzrostu ich cen między marcem a sierpniem 2009 roku.
Biorąc pod uwagę niewielką liczbę kredytobiorców ze zdolnością kredytową i słaby wzrost gospodarczy, nie dziwi fakt, że niskie stopy procentowe tylko w niewielkim stopniu przyczyniły się do zwiększenia akcji kredytowej. Nawet gdyby Fed wykupił wszystkie dostępne obligacje skarbowe, zwiększając dziesięciokrotnie bazę monetarną, inflacja mogłaby się nie pojawić. Pieniądze muszą bowiem trafić do ludzi, którzy je wydadzą. Czy gotówka, której nikt nie wydaje, nadal może być uznawana za środek płatniczy? Czy monety zakopane i zapomniane przez skąpca wciąż można nazwać pieniędzmi? Nasza newtonowskokartezjańska intuicja postrzega pieniądze jako coś materialnego, podczas gdy w rzeczywistości stanowią one relacje między ludźmi. Kiedy znaczna ich ilość skupiona jest w rękach niewielkiej grupy osób, tracimy więzi i połączenia z tym, co naprawdę podtrzymuje i wzbogaca nasze życie.
Programy pomocowe wprowadzone przez Fed trafiły głównie do banków. W okresie recesji, aby skutecznie dostarczyć gotówkę obywatelom, należy ominąć prywatny mechanizm udzielania kredytów, który opiera się na zasadzie „dostaniesz pieniądze tylko wtedy, gdy będziesz w stanie wygenerować ich więcej”. Jednym z głównych rozwiązań jest stymulacja finansowa realizowana poprzez wydatki rządowe. Takie działania faktycznie wprowadzają pieniądze do obiegu gospodarczego, co może wywołać inflację. Dlaczego jednak inflacja jest postrzegana jako zjawisko negatywne? Choć nikt nie lubi rosnących cen, to jeśli dochody wzrastają w tym samym tempie, kto rzeczywiście miałby traci? Straty dotykają wyłącznie osób posiadających oszczędności gotówkowe, podczas gdy dla kredytobiorców jest to zjawisko korzystne. Tak naprawdę przeciętni obywatele obawiają się sytuacji, w której inflacji nie towarzyszy odpowiedni wzrost wynagrodzeń. Gdy zarówno ceny, jak i płace rosną proporcjonalnie, inflacja staje się swoistym podatkiem od zgromadzonych oszczędności, czyli mechanizmem redystrybucji majątku, który odbiera bogatym i łagodzi negatywne skutki systemu opartego na odsetkach. Do tego pozytywnego aspektu inflacji powrócimy podczas omawiania systemów pieniężnych o ujemnym oprocentowaniu.
Zgodnie z teorią ekonomiczną rząd może finansować swoje wydatki na dwa sposoby: poprzez pobór podatków lub zwiększanie długu publicznego. Warto się jednak zastanowić: dlaczego wydatki finansowane z podatków miałyby powodować wzrost inflacji? Jest to przecież jedynie przesunięcie środków od jednej grupy do drugiej. Takie działania wywołują inflację tylko wtedy, gdy pieniądze są odbierane bogatym i przekazywane biednym, którzy następnie szybko wprowadzają je do obiegu poprzez zakupy. Podobnie zwiększanie deficytu prowadzi do inflacji wyłącznie wtedy, gdy środki trafiają do podmiotów, które faktycznie je wydadzą, a nie np. do dużych instytucji bankowych. W obu przypadkach inflacja funkcjonuje jako narzędzie do redystrybucji bogactwa.
Wzrost cen nie powinien być zatem rozpatrywany w oderwaniu od innych mechanizmów redystrybucji majątku między obywateli. Nie bez przyczyny konserwatyści polityczni, tradycyjnie broniący interesów najbogatszych, prezentują zwykle najbardziej jastrzębią postawę wobec deficytu. Sprzeciwiają się zwiększaniu zadłużenia, które skutkuje przekazaniem środków osobom ubogim zamiast zamożnym. Natomiast gdy takie działania zostają już podjęte, optują za podwyższeniem stóp procentowych i rygorystyczną spłatą zadłużenia, co w praktyce zwalcza proces redystrybucji bogactwa. Przywołując widmo inflacji, podtrzymują swoje argumenty nawet wtedy, gdy nie ma żadnych oznak zapowiadających jej nadejście.
W praktyce każdy rząd dysponujący suwerenną walutą może kreować nieograniczoną ilość pieniądza bez konieczności podnoszenia podatków poprzez emisję banknotów lub wymuszenie na banku centralnym skupowania zerokuponowych obligacji. Tak, działania te byłyby inflacjogenne – rosłyby płace i ceny, a realna wartość zgromadzonych oszczędności malałaby. Fakt, że zamiast tego rządy najczęściej wykorzystują mechanizm oprocentowanych obligacji do tworzenia pieniądza, stanowi kluczowy wskaźnik charakteru współczesnego systemu monetarnego. W samym centrum suwerennej władzy oddaje się hołd posiadaczom kapitału.
Dlaczego rząd miałby płacić odsetki najbogatszym za przywilej emisji waluty? Od czasów starożytnych prawo do bicia monety było jednym z fundamentalnych atrybutów władzy. Podobnie jest obecnie. Jak powiedział Mayer Rothschild: „Pozwólcie mi kontrolować i emitować pieniądze narodu, a nie będzie mnie obchodzić, kto ustanawia jego prawa”. Współczesny pieniądz służy prywatnemu bogactwu, co stanowi podstawową zasadę lichwy. Ten okres jednak powoli dobiega końca, wkrótce pieniądze zaczną służyć zupełnie innemu celowi.

Więcej dla ciebie to mniej dla mnie

Systemowe źródła chciwości, rywalizacji i niepokoju, czyli zjawisk tak powszechnych w dzisiejszych czasach, stoją w sprzeczności z niektórymi koncepcjami nurtu New Age. Często można tam usłyszeć, że „pieniądz to tylko forma energii” lub że „każdy może doświadczyć finansowej obfitości, jeśli odpowiednio nastawi się mentalnie”. Gdy przedstawiciele New Age doradzają, by „uwolnić się od ograniczających przekonań dotyczących pieniędzy”, „porzucić mentalność niedostatku” czy „otworzyć się na obfitość”, pomijają istotną kwestię. Otóż niedostatek nie jest wytworem naszych zbiorowych przekonań, lecz w znacznej mierze wynika z wadliwej konstrukcji współczesnego systemu pieniężnego. Przykładem takiego myślenia jest cytat z książki Pieniądze płyną z duszy. Odzyskaj swoje wewnętrzne bogactwo Lynne Twist: „Pieniądz sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły, nie ma mocy, ani nie jest jej pozbawiony. To ludzka interpretacja pieniędzy i nasze relacje z nimi stanowią największe zagrożenie, ale też stwarzają niezwykłe możliwości samopoznania i osobistej przemiany”.
Lynne Twist, znana filantropka, zainspirowała wielu do przekazywania środków na cele charytatywne. Warto jednak zastanowić się, jak motywująco takie słowa działają na osobę ledwo wiążącą koniec z końcem. Pamiętam, że kilka lat temu sam byłem w trudnej sytuacji finansowej i irytowałem się, gdy znajomi sugerowali, że mój problem wynika z „mentalności biedaka”. Ale gdy gospodarki całych państw, takich jak Łotwa czy Grecja, popadają w kryzys, czy możemy powiedzieć, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest ich złe nastawienie? A co z ubogimi, głodnymi dziećmi – czy one również cierpią na „mentalność ubóstwa”?
Twist w swojej książce opisuje toksyczny aspekt mentalności ubóstwa, porównując ją do „dziecięcej zabawy, w której zawsze jest o jedno krzesło mniej – koncentrujesz się na tym, by nie przegrać, by nie zostać tym, dla którego zabraknie miejsca”. Jak już wcześniej wskazałem, obecny system pieniężny rzeczywiście przypomina taką grę w krzesła, w której ktoś musi przegrać. Na głębszym poziomie autorka ma rację w takim sensie, że obecny system stanowi odzwierciedlenie naszej mentalności niedostatku, ideologii dominującej przez stulecia. Zmiana tego nastawienia może zapoczątkować również zmiany w sferze pieniądza. Nie wystarczy jednak samo przewartościowanie stosunku do pieniądza, musimy zmienić również jego naturę – w końcu to on jest materialnym wyrazem naszych postaw. Ostatecznie praca nad sobą jest nierozerwalnie związana z pracą nad światem. Gdy zmieniamy siebie, zmieniają się również nasze wartości i sposoby działania. Gdy pracujemy w świecie zewnętrznym, napotykamy wewnętrzne wyzwania, którym musimy stawić czoła. W przeciwnym razie nasze czyny będą nieskuteczne. Dlatego też dostrzegamy duchowy wymiar globalnego kryzysu, nawołując do tego, co Andrew Harvey nazywa „świętym aktywizmem”.
System pieniężny, który funkcjonuje obecnie, jest odzwierciedleniem mentalności niedostatku, dominującej w naszej cywilizacji przez wieki. Gdy to nastawienie ulegnie zmianie, przeobrazi się również sam system. Obecnie bowiem jest matematycznie niemożliwe, aby większość ludzi żyła w dostatku, za co odpowiedzialny jest współczesny mechanizm kreacji pieniądza. Dobrobyt jednego człowieka oznacza ubóstwo drugiego.
Jedną z zasad „programowania dobrobytu” jest odrzucenie przekonania, że bogactwo jednych musi oznaczać ubóstwo innych. Problem polega na tym, że w obecnym systemie jest to niestety prawdą, a więc musielibyśmy zaprzeczyć rzeczywistości. Dziś więcej dla jednych oznacza mniej dla drugich. Świat pieniądza rozrasta się kosztem natury, kultury, zdrowia i duchowości, więc poczucie winy związane z posiadaniem majątku jest uzasadnione. Oczywiście, pieniądze umożliwiają realizację wspaniałych przedsięwzięć i wspieranie szlachetnych inicjatyw, jednak w miarę ich gromadzenia przez pojedyncze jednostki coraz mniej zostaje dla pozostałych.
Nie chcę nikogo zniechęcać do otwierania się na przepływ obfitości. Wręcz przeciwnie – im więcej osób podejmie kroki w tym kierunku, tym bardziej system pieniężny się przekształci, dostosowując do nowych przekonań. Obecnie funkcjonuje on na zasadach podziału, co wynika z postrzegania nas jako odrębnych jednostek żyjących w obcym wszechświecie. Otwarcie się na dobrobyt może nastąpić jedynie poprzez odrzucenie takiego sposobu myślenia i zaakceptowanie bogactwa naszej prawdziwej, wspólnotowej natury. Taka tożsamość nie akceptuje lichwy w żadnej postaci.
Przedstawię radykalny przykład ilustrujący wady „programowania dobrobytu” i współczesnego systemu monetarnego. Kilka lat temu pewna kobieta zaproponowała mi przystąpienie do organizacji o nazwie „Obdarowywanie”. Warunkiem członkostwa było przekazanie zapraszającej osobie 10 tysięcy dolarów i następnie zyskiwało się prawo do znalezienia czterech kolejnych osób, które w zamian za możliwość dołączenia do programu również przekazałyby po 10 tysięcy dolarów (tym razem nam). W kolejnym etapie te nowe osoby otrzymywały prawo zaproszenia następnych czterech osób na identycznych zasadach i tak to się miało kręcić. W rezultacie każdy członek „Obdarowywanych”, który namówił wyznaczoną liczbę osób, zyskiwał na czysto 30 tysięcy dolarów. Organizacja, kusząc atrakcyjnym zyskiem, wymagała jedynie odpowiednio aktywnej postawy. Nie muszę dodawać, że ochoczo skorzystałem z tej okazji. Żartuję. Zamiast tego zapytałem tę kobietę: „Czy działając w ten sposób, w rzeczywistości nie zabierasz pieniędzy swoim znajomym?”. „Nie – odpowiedziała – ponieważ oni również zarobią trzydzieści tysięcy dolarów, jeśli tylko w pełni uwierzą w zasady obdarowywania”. „Ale oni dostaną te pieniądze od swoich znajomych i w końcu zabraknie wam ludzi, a ostatni, którzy dołączą, stracą po dziesięć tysięcy dolarów. W istocie odbierasz im te pieniądze, okradasz ich, nazywając to »obdarowywaniem«” – zripostowałem. Możecie być zaskoczeni, ale ta kobieta nigdy więcej się ze mną nie skontaktowała. Jej oburzenie i zaprzeczanie rzeczywistości odzwierciedlają postawy typowe dla beneficjentów obecnego systemu, który wykazuje strukturalne podobieństwo do klasycznej piramidy finansowej. Aby to pojąć, wystarczy wyobrazić sobie, że każda wpłata o wartości 10 tysięcy dolarów jest niczym oprocentowany dług (co faktycznie jest prawdą). Trzeba pozyskiwać kolejnych uczestników programu, w przeciwnym razie straci się własny majątek. Jedynym sposobem, dzięki któremu ci na „dole” mogą uniknąć ubóstwa, jest wciągnięcie do systemu innych. W światowej gospodarce proces ten zachodzi m.in. poprzez otwieranie nowych rynków na wolny handel oraz pogoń za wzrostem PKB, który monetyzuje kolejne obszary relacji międzyludzkich, kultury czy środowiska naturalnego, co prowadzi do pogłębiającej się polaryzacji bogactwa, jedynie odwlekając nieuniknione. Ludzie pozostający z długiem nie mają możliwości jego spłaty – brakuje im nowych „użytkowników”, od których mogliby pozyskać pieniądze, i nie posiadają już niczego, co mogłoby jeszcze zostać spieniężone. Właśnie to, jak się przekonamy, stanowi źródło kryzysu gospodarczego, społecznego i ekologicznego, z którym zmaga się nasza cywilizacja.

Zmień zgody

Napisz do nas