Rozdział 7

Rozdział 7
Kryzys cywilizacji
Mamy większe domy, ale mniejsze rodziny,
więcej udogodnień, ale mniej czasu.
Dysponujemy większą liczbą stopni naukowych, ale mniejszą ilością rozsądku. Zyskujemy większą wiedzę, ale tracimy umiejętność osądu.
Mamy więcej ekspertów, ale i więcej problemów,
więcej leków, ale i mniej zdrowia.
Przebyliśmy całą drogę na Księżyc i z powrotem,
ale mamy problem z przejściem przez ulicę, aby poznać sąsiada. Zbudowaliśmy więcej komputerów, aby przechowywać więcej informacji, ale tracimy prawdziwą komunikację.
Staliśmy się bogaci w ilość, ale ubodzy w jakość.
To czasy szybkiego jedzenia, ale powolnego trawienia,
wielkich ludzi, ale małych charakterów,
dużych zysków, ale płytkich relacji.
To czasy, gdy w oknie jest wiele, ale w pokoju nie ma nic.
Autor nieznany
Kryzys, z którym obecnie się mierzymy, ma swoje źródło w niemal całkowitym wyczerpaniu kapitału społecznego, kulturowego, naturalnego i duchowego, który można by jeszcze zamienić na pieniądze. Wieki nieustannej komercjalizacji doprowadziły nas do punktu, w którym praktycznie nie mamy już nic na sprzedaż. Lasy i gleby zostały nieodwracalnie zniszczone, łowiska wyeksploatowane, a zdolność Ziemi do przetwarzania odpadów wyczerpana. Nasze dziedzictwo kulturowe – pieśni, opowieści, obrazy i symbole – zostało rozgrabione i oznaczone prawami autorskimi. Każde mądre powiedzenie stało się zastrzeżonym sloganem reklamowym.
Relacje międzyludzkie i umiejętności społeczne zostały nam odebrane, a następnie odsprzedane. W rezultacie jesteśmy uzależnieni od pieniędzy potrzebnych na rzeczy, które jeszcze niedawno były dostępne za darmo, jak: żywność, dach nad głową, ubranie, rozrywka, opieka nad dziećmi czy przygotowywanie posiłków. Samo życie stało się towarem.
Dziś wyprzedajemy ostatnie dary otrzymane od natury: zdrowie, biosferę, materiał genetyczny, a nawet nasze umysły. Twierdzenie Pitagorasa, że „wszystko jest liczbą”, niemal się ziściło – świat został przeliczony na pieniądze. Proces ten osiągnął szczyt w XXI wieku, szczególnie w Ameryce i innych rozwiniętych krajach. Tymczasem w krajach rozwijających się (zauważmy, jak te pojęcia zakładają nasz własny system gospodarczy jako punkt docelowy dla innych społeczeństw) wciąż żyją jeszcze ludzie funkcjonujący w systemach wymiany darów, w których bogactwo naturalne i społeczne nie zostało jeszcze skomercjalizowane. Globalizacja prowadzi jednak do zawłaszczania i tych zasobów, gdyż jest to jedyny sposób na podtrzymanie nienasyconej machiny pieniądza. Ale i tu eksploatacja napotyka granice, zarówno z powodu wyczerpywania się zasobów, jak i rosnącego oporu społecznego.
W efekcie podaż pieniądza – a wraz z nią wielkość zadłużenia – od kilkudziesięciu lat stale przewyższa produkcję dóbr i usług. Zjawisko to jest ściśle powiązane z problemem nadwyżki mocy produkcyjnych w klasycznej ekonomii. Aby zapobiec kryzysowi przejawiającemu się spadkiem zysków, obniżką płac, zmniejszoną konsumpcją przy jednoczesnej nadprodukcji w rozwiniętych gospodarkach, musimy nieustannie tworzyć nowe rynki i kolejne, wysokodochodowe gałęzie przemysłu. Przyszłość znanego nam kapitalizmu zależy od wytwarzania coraz bardziej wyszukanych dóbr, co jednak musi odbywać się poprzez przekształcanie kolejnych sfer ludzkiego życia w towar. Problem polega na tym, że zasoby te są ograniczone, a im bliżej do wyczerpania, tym ich pozyskiwanie staje się coraz kosztowniejsze. Dlatego równolegle z kryzysem finansowym doświadczamy kryzysu ekologicznego i zdrowotnego. Wydarzenia te są ze sobą nierozerwalnie związane. W pewnym momencie po prostu nie będzie już można zamienić więcej ziemi ani zdrowia w pieniądze, gdyż zagrozi to podstawom naszej egzystencji. Obecną sytuację dobrze obrazuje pewien starożytny chiński mit. Opowiada on o potworze o nienasyconym apetycie zwanym Tāotiè. Pożerał on wszystkie istoty wokół, a nawet samą ziemię, jednak wciąż pozostawał głodny. W końcu zwrócił się przeciwko własnemu ciału, zjadając swoje kończyny i tułów i pozostawiając jedynie głowę. Głowa nie może jednak żyć bez ciała.
Wobec wyczerpania majątku trwałego kapitał finansowy zaczął pożerać własne ciało, czyli przemysł, któremu miał służyć. Gdy dochody z produkcji dóbr i usług nie wystarczają na obsługę zadłużenia, wierzyciele przejmują aktywa stanowiące zabezpieczenia kredytów. Dokładnie to dzieje się zarówno w gospodarce amerykańskiej, jak i światowej. Przykładowo: kredyty hipoteczne pierwotnie służyły zakupowi własnego domu przy 20proc. wkładzie własnym, ale dziś coraz więcej kredytobiorców nie marzy nawet o spłaceniu hipoteki, a większość pragnie jedynie bez końca refinansować dług, co w praktyce oznacza wynajmowanie domu od banku. Kraje rozwijające się znajdują się w podobnym położeniu, będąc zmuszonymi do wyprzedaży majątku narodowego i ograniczania świadczeń socjalnych w ramach programów oszczędnościowych narzuconych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Ludzie coraz częściej mają wrażenie, że cała ich codzienna praca służy spłacie kredytów, podobnie jak całe gospodarki krajów rozwijających się są ukierunkowane na regulowanie zagranicznych zobowiązań.
Programy MFW działają podobnie jak sądowo narzucone harmonogramy oddłużeniowe, mówiąc dłużnikowi: „Musisz nauczyć się funkcjonować z mniejszymi dochodami, pracować ciężej i przeznaczać większą część środków na spłatę kredytów. Oddaj wszystko, co posiadasz, a także większość przyszłych zarobków!”. Pensje pracowników, wynagrodzenia nauczycieli, surowce mineralne, ropa naftowa – wszystko to zostaje podporządkowane obsłudze długu. Formy niewolnictwa zmieniają się z upływem czasu, ale ich istota pozostaje ta sama. Paradoksalnie w dłuższej perspektywie realizacja takiej polityki oszczędnościowej nie przynosi korzyści nawet wierzycielom. Hamuje wzrost gospodarczy, prowadząc do spadku konsumpcji i ograniczenia inwestycji. Miejsca pracy znikają, ceny towarów spadają, a zadłużeni mają coraz mniejsze szanse na spłatę zobowiązań.
Instytucje finansowe, niezdolne do długoterminowego myślenia, są zwolennikami planów oszczędnościowych, ponieważ realizujący je dłużnik tak naprawdę deklaruje: „Poświęcę więcej pracy i zasobów, aby móc spłacić kredyt”. Dzięki temu, przynajmniej przez pewien czas, jest możliwa obsługa długów, które w normalnych warunkach uznano by za niespłacalne. Takie sytuacje obserwujemy obecnie (w 2010 roku) w Europie, gdzie rządy redukują emerytury i zgadzają się na prywatyzację usług społecznych, aby zaspokoić oczekiwania posiadaczy obligacji. Wezwania do zwiększenia oszczędności słychać także w Ameryce. Z perspektywy rynków obligacji i deficytów budżetowych argumenty za większą dyscypliną fiskalną wydają się niepodważalne. Z zewnątrz wszystko to jednak wygląda absurdalnie: dlaczego mamy być zmuszani przez świat liczb do obniżania poziomu życia większości obywateli w imię ochrony majątku nielicznych?
Prędzej czy później dłużnicy wyczerpią zarówno dochody, które mogliby przeznaczyć na obsługę kredytów, jak i aktywa mogące zostać przejęte. Obecny krach powinien był nastąpić już wiele lat temu, ale stworzono różne fikcyjne instrumenty finansowe, aby go odwlec, pozwalając tym samym finansowemu tāotiè żywić się coraz większym długiem. Wysiłki mające na celu utrzymanie obecnego systemu nie mogą się powieść, ponieważ musi on nieustannie rosnąć – wszystkie długi są oprocentowane. Mimo to władze wciąż próbują realizować ten cel. Gdy słyszycie określenie „ratowanie systemu finansowego”, przełóżcie je w myślach na „utrzymywanie w księgach długów jako możliwych do ściągnięcia”. Władze próbują znaleźć sposób, abyście wy (a także kraje dłużnicy) byli w stanie regulować swoje zobowiązania, mimo rosnącej całkowitej wartości zadłużenia. Ta kredytowa piramida nie może jednak trwać w nieskończoność. Gdy wszystkie aktywa dłużników zostaną wyczerpane, a ich dochody będą w całości przeznaczone na spłatę zadłużenia, konieczne stanie się zaciąganie kredytów na samą spłatę odsetek. Będzie to ostatni, zazwyczaj krótki, etap prowadzący do załamania (dzięki „sztuczkom” z Wall Street obecnie udaje się tę fazę znacząco wydłużyć). Kredyty oraz wszelkie instrumenty pochodne stworzone na ich podstawie zaczną tracić wartość, co doprowadzi do deflacji zadłużenia.
Kryzys finansowy z lat 2008-2009 oraz fundamentalne problemy całej naszej cywilizacji są ze sobą ściśle powiązane na dwa sposoby. System pieniężny oparty na oprocentowanym długu wymusza nieustanne dążenie do zwiększania PKB, zaś problemy ze spłatą zobowiązań pojawiają się, gdy tempo wzrostu gospodarczego zwalnia.
Dzisiejsza sytuacja stanowi zwieńczenie procesu, który rozpoczął się w latach 30. ubiegłego wieku. Możliwości nadążenia realnej gospodarki za sferą pieniądza zostały już wyczerpane. W latach 40. XX wieku problemem tym zajęła się wojna. Na szczęście jednak broń jądrowa oraz zmiany w ludzkiej świadomości położyły kres niekończącej się eskalacji militarnej. Obecnie konflikt między wielkimi mocarstwami wydaje się niemożliwy. Inne rozwiązania, takie jak: globalizacja, wspierany przez technologię rozwój nowych dóbr i usług mających zastąpić funkcje społeczne, które nigdy wcześniej nie były utowarowione, wspierana technologicznie grabież zasobów naturalnych dotąd niedostępnych, a wreszcie finansowy autokanibalizm — również wyczerpały swój potencjał. Zakładając, że nie pominąłem żadnych nieodkrytych jeszcze źródeł bogactwa oraz że nie da się już bardziej pogłębić ubóstwa, nędzy i wyobcowania społecznego, odroczenie nieuniknionego stało się niemożliwe.
Bańka kredytowa, którą powszechnie oskarża się o wywołanie obecnych problemów gospodarczych, w rzeczywistości nie była ich przyczyną, lecz symptomem. Gdy na początku lat 70. stopy zwrotu z inwestycji zaczęły spadać, zdesperowany kapitał rozpoczął poszukiwania innych dróg ekspansji. Najpierw doprowadziło to do powstania bańki na rynku towarowym. Po jej pęknięciu inwestorzy przenieśli się na rynek nieruchomości. Następnie przyszła kolej na spółki internetowe, a wreszcie na instrumenty pochodne oparte na kredytach hipotecznych. Za każdym razem kapitał znajdował sposób na podtrzymanie złudzenia gospodarczego wzrostu. Tymczasem realna gospodarka pozostawała w stagnacji. Nie istniał wystarczający popyt, by zagospodarować nadwyżkę mocy produkcyjnych i jednocześnie zabrakło kapitału społecznego i naturalnego, który można by było zamienić w pieniądz.
By utrzymać wykładniczy wzrost pieniądza, wolumen towarów i usług musi rosnąć w tym samym tempie albo musi dojść do eskalacji imperializmu i wojen. Wszystko jednak już osiągnęło swoje granice. Nie ma dokąd się zwrócić.
Impas w możliwościach przekształcania natury, wspólnot i relacji międzyludzkich w usługi nie jest problemem przejściowym. Niewiele więcej jesteśmy w stanie zamienić w towar. Postęp technologiczny i udoskonalenie metod przemysłowych nie pozwolą nam już łowić więcej ryb, ponieważ większość z nich wyginęła. Rozwój techniki nie pomoże w pozyskiwaniu drewna, gdyż lasy są już nadmiernie eksploatowane. Nie możemy wydobywać więcej ropy naftowej, bo jej złoża się wyczerpują. Nie da się dalej rozszerzać sektora usług, gdyż praktycznie nie ma już czynności, które wykonujemy dla siebie nawzajem bez pobierania opłat. Nie ma już miejsca na wzrost gospodarczy w znanej nam formie, czyli na przekształcanie życia i świata w pieniądze.
Dlatego nawet jeśli zdecydujemy się na umorzenie długów i redystrybucję majątku (do czego nawołuje radykalna lewica), możemy jedynie doprowadzić do całkowitego wyczerpania tego, co jeszcze pozostało z naszego dziedzictwa naturalnego, kulturowego i społecznego. W najlepszym razie taki bodziec pozwoli na skromną, krótkotrwałą ekspansję, gdy funkcje, które zostały zdemonetyzowane w trakcie recesji, zostaną ponownie zmonetyzowane po jej zakończeniu. Przykładowo: z powodu pogorszenia sytuacji ekonomicznej niektórzy z moich znajomych i ja wzajemnie opiekujemy się swoimi dziećmi (podczas gdy w czasach prosperity moglibyśmy posłać je do przedszkola). Takie działania stanowią potencjał do wzrostu gospodarczego – to, co robimy bezpłatnie, może łatwo zostać przekształcone w usługi płatne. W szerszej perspektywie rozciągniętej na społeczeństwo jest to jednak wyłącznie możliwość powrotu do punktu wyjścia, z którego w przyszłości znów rozpocznie się droga do kolejnego kryzysu. Strategia „skurczyć się, aby wzrosnąć”, podobnie jak prowadzenie wojen czy wywoływanie deflacji, stanowi rozwiązanie, i to w coraz mniejszym stopniu, dopóki istnieją możliwości zawłaszczenia kolejnych obszarów kapitału naturalnego i społecznego.
O ile ekologiczne uwarunkowania granic wzrostu zyskały już całkiem sporą uwagę wśród ekonomistów, o tyle zaledwie garstka z nich dostrzega granice o charakterze czysto społecznym. Chlubnym wyjątkiem jest tu Robert Gordon, autor książki The Rise and Fall of American Growth (Wzlot i upadek amerykańskiego wzrostu gospodarczego). Gordon argumentuje, że przełomowe odkrycia technologiczne z przełomu XIX i XX wieku umożliwiły gigantyczny skok produktywności. Sukces ten najprawdopodobniej nigdy już się nie powtórzy. Jak zauważa, dokładnie to samo dotyczy również niedawnej rewolucji cyfrowej.
Urządzenia AGD, samochody, centralne ogrzewanie, bieżąca woda, windy, klimatyzacja, lotnictwo pasażerskie czy telekomunikacja – to wszystko pozwoliło zaoszczędzić nam ogromne ilości ludzkiej pracy, ale spowodowało również drastyczny wzrost konsumpcji, który z czasem – podobnie jak wzrost produkcji – siłą rzeczy wyhamował. W 1900 roku praktycznie nikt w Ameryce nie miał samochodu, ale do końca lat 70. XX wieku większość gospodarstw domowych posiadała już dwa. Dziś tempo tego wzrostu wypłaszczyło się, ponieważ ludzie z czysto logicznych względów nie potrzebują więcej niż jednego samochodu na głowę.
Od czasów rzymskich aż do 1800 roku maksymalna prędkość, z jaką człowiek mógł podróżować, nie uległa praktycznie żadnej zmianie. Później – dzięki pociągom i samochodom – w większości miejsc wzrosła nawet pięciokrotnie, a po wynalezieniu samolotów zwiększyła się o kolejne pięć razy. Co istotne, od 1950 roku dalszy wzrost nie jest już tak znaczny. Całkowita liczba przejechanych przez nas kilometrów również musi przestać rosnąć. Wynika to nie tylko z wymogów ekologii, lecz także z naturalnie malejącej użyteczności krańcowej samego podróżowania. Z dokładnie tego samego powodu zakup pierwszej pralki czy telewizora oznacza ogromny skok jakościowy w życiu, jednak posiadanie trzech pralek czy pięciu telewizorów przynosi nam już znikomą, wręcz marginalną korzyść. Jak słusznie puentuje to Gordon: podstawowe problemy wymagają rozwiązania tylko raz. Chłonny kapitał społeczny napędzający te procesy po prostu nie jest już dostępny.
Ostatnim, równie istotnym czynnikiem hamującym rozwój gospodarczy jest widoczne spowolnienie trendu wzrostu światowej populacji. Za jakieś 30 lat ulegnie on nieuchronnemu odwróceniu, co poprzedzi jeszcze szybsze zjawisko demograficznego starzenia się społeczeństw. Zagadnienie to poruszę szerzej w dalszej części książki. Najważniejszy wniosek płynący z tych rozważań jest jasny. Obecny kryzys jest bezpośrednim wynikiem spowolnienia wzrostu gospodarczego. Wypływa on z immanentnych, systemowych czynników ekologicznych i społecznych. Obecny problem sięga zatem znacznie głębiej, niż sugeruje to konwencjonalna myśl ekonomiczna. Rozważmy typowy przykład z czasopisma finansowego:
[Paul] Volcker ma rację – obligacje zabezpieczone długiem (CDO), papiery wartościowe oparte na kredytach hipotecznych oraz inne finansowe innowacje nie były odpowiedzią na podstawowe potrzeby gospodarki, lecz wyrazem niepohamowanej zachłanności Wall Street. Bez nich banki nie miałyby wyboru i inwestowałyby kapitał oraz energię w zaspokajanie rzeczywistych potrzeb przedsiębiorstw i konsumentów, co znacząco ochroniłoby przed kryzysem gospodarczym, krachem czy recesją.
To rozumowanie dotyka tylko powierzchni znacznie głębszego problemu, a CDO i podobne instrumenty są jedynie jego objawami. Fundamentalny problem polega na tym, że brakowało rzeczywistych potrzeb, w które banki mogłyby zainwestować kapitał. Chodzi o potrzeby mogące przynieść zysk przewyższający stopę procentową – bo tylko takie stanowią realną podstawę do udzielenia kredytu. W gospodarce cierpiącej na nadprodukcję takie potrzeby są jednak rzadkością, przez co sektor finansowy zaczął bawić się w gry liczbowe. Stworzone przez niego produkty pojawiły się z powodu trudności w utrzymaniu wzrostu gospodarczego na poziomie przewyższającym poziom oprocentowania.
Wielu ekspertów zauważyło, że działania Bernarda Madoffa (oparte na schemacie Ponziego) niewiele różniły się od piramidy finansowej, jaką były instrumenty pochodne oparte na kredytach hipotecznych. One również stworzyły bańkę, która mogła istnieć tylko dzięki ciągłemu, wręcz wykładniczemu napływowi nowych środków. Nie tylko jednak ekonomia hazardu królująca na Wall Street zasługuje na miano piramidy finansowej – niezrównoważony jest cały system gospodarczy, oparty na nieustannym przekształcaniu ograniczonego dobra wspólnego w pieniądze. Przypomina to ognisko, które musi płonąć coraz mocniej, aż do wyczerpania całego dostępnego paliwa. Tylko naiwny człowiek mógłby sądzić, że ogień będzie płonął wiecznie, gdy ilość drewna jest ograniczona. Tę metaforę można rozwinąć do postępującej deindustrializacji i finansjeryzacji gospodarki, które chcą wykorzystać ciepło z paleniska do produkcji większej ilości paliwa. Zgodnie z drugą zasadą termodynamiki ilość wyprodukowanego materiału palnego zawsze będzie mniejsza niż ilość zużyta do jego wytworzenia. Praktyka polegająca na zaciąganiu nowych długów w celu spłaty starych nie może trwać w nieskończoność, a tym zajmuje się gospodarka przez ostatnie 10 lat.
Nawet jeśli porzucimy to szaleństwo, wciąż musimy zmierzyć się z problemem wyczerpywania się paliwa (nie mam na myśli dosłownych źródeł energii, ale wszelkie elementy natury i kultury, które można przekształcić w towar). Większość propozycji rozwiązania obecnego kryzysu sprowadza się do poszukiwania kolejnych zasobów do spalenia. Niezależnie od tego, czy chodzi o wiercenie nowych szybów naftowych, zabudowywanie kolejnych terenów zielonych, czy stymulowanie konsumpcji, celem jest ponowne napędzenie wzrostu gospodarczego – czyli poszerzenie oferty towarów i usług. Oznacza to szukanie nowych rzeczy, które możemy zamienić w pieniądze. Dziś, co dla naszych przodków byłoby nie do pomyślenia, płacimy nawet za wodę i muzykę. Co jeszcze zostało do skomercjalizowania?
Z tego, co wiem, Frederick Soddy był pierwszym ekonomistą, który dostrzegł fundamentalny problem gospodarki i jego powiązanie z systemem pieniężnym. Ten brytyjski laureat Nagrody Nobla i pionier chemii jądrowej zainteresował się ekonomią w latach 20. XX wieku. Jako jeden z pierwszych obalił mit nieskończonego, wykładniczego wzrostu gospodarczego. Jak trafnie podsumowuje Herman Daly:
Przekonanie, że ludzie mogą żyć z odsetek od wzajemnych długów… to nic innego jak kolejne perpetuum mobile – powszechne złudzenie na wielką skalę. Soddy podkreślał, że to, co niemożliwe dla całego społeczeństwa, powinno być również niedozwolone dla pojedynczych osób. Jeśli nie zostanie to zakazane lub przynajmniej ograniczone, prędzej czy później zadłużenie kredytobiorców w stosunku do ich dochodów stanie się niemożliwe do spłaty, co nieuchronnie doprowadzi do konfliktu. Konflikt ten przyjmie formę odmowy spłaty długów. O ile matematycznie zadłużenie wraz z odsetkami składanymi może rosnąć bez końca, o tyle w rzeczywistości materialnej musi napotkać swoje granice.
Związek między wzrostem gospodarczym a zużyciem zasobów jest obecnie szczególnie podkreślany przez teoretyków tzw. peak oil, którzy przewidują załamanie gospodarcze w następstwie spadku wydobycia ropy naftowej. Krytycy tej teorii argumentują jednak, że wzrost gospodarczy może następować niezależnie od zużycia energii dzięki rozwojowi technologii, miniaturyzacji i poprawie wydajności. Od 1960 roku tempo wzrostu PKB w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście przewyższało wzrost zużycia energii, a tendencja ta nasiliła się w latach 80. Niemcy osiągnęły jeszcze lepsze wyniki – od 1991 roku ich zużycie energii pozostało praktycznie niezmienne, podczas gdy gospodarka dynamicznie się rozwijała. Te przykłady pokazują, że można utrzymać wysoki wzrost poprzez przeniesienie jego źródeł z jednego rodzaju dóbr na inne, np. zastępując ropę gazem lub rozwijając usługi społeczne i własność intelektualną zamiast tradycyjnych gałęzi gospodarki jak np. rybołówstwo. Patrząc jednak całościowo na dobra społeczne, naturalne, kulturowe i duchowe, podstawowa teza teoretyków peak oil pozostaje aktualna, tyle że zamiast o szczycie wydobycia ropy mówimy o szczycie wszystkiego (peak everythning).

Gdy w 2008 roku wybuchł kryzys finansowy, pierwszą reakcją rządu (w postaci pomocy finansowej i programu stymulacyjnego) była próba podtrzymania piramidy długu, której rozmiary znacznie przekraczały jej ekonomiczne podstawy. Sukces tych działań okazał się jednak pozorny i tymczasowy, jedynie odraczając nieuniknione. Alternatywne rozwiązanie w postaci bodźców ekonomicznych również nie mogło przynieść trwałych rezultatów. Nasze środowisko naturalne znajduje się bowiem na granicy możliwości wchłaniania odpadów bez naruszania ekologicznych fundamentów cywilizacji. Jednocześnie wyczerpują się zasoby społeczne, odporność lasów na eksploatację i zdolność ludzkiego organizmu do życia w zubożonym, toksycznym otoczeniu.
To, że nasze możliwości kredytowe osiągnęły swoje maksimum, odzwierciedla jedynie fakt, że nie mamy już niczego, co moglibyśmy zamienić na pieniądze. Czy naprawdę potrzebujemy więcej dróg, mostów i związanej z nimi infrastruktury przemysłowej? Rządowe programy stymulacyjne mogą co najwyżej przedłużyć obecny stan o kilka lat, z krótkotrwałym okresem wzrostu na dopełnienie grabieży natury, ducha, zdrowia i kultury, ale gdy te ostatnie dobra wspólne znikną, nic nie powstrzyma wielkiego rozpadu systemu pieniężnego.
Chociaż trudno przewidzieć dokładny przebieg i harmonogram tego rozpadu, najprawdopodobniej najpierw doświadczymy długotrwałej deflacji, stagnacji gospodarczej i pogłębienia nierówności majątkowych, a następnie niepokojów społecznych, hiperinflacji lub załamania waluty. Wtedy pojawią się alternatywne rozwiązania, umożliwiające stworzenie zupełnie nowej gospodarki. Im głębszy będzie upadek starego systemu, tym atrakcyjniejsze staną się nowe opcje.
W obliczu nadchodzącego kryzysu ludzie często pytają o sposoby zabezpieczenia się: „Czy kupować złoto? Gromadzić zapasy? Budować schronienie z dala od cywilizacji?”. Proponuję jednak zadać inne pytanie: „Jaką najpiękniejszą rzecz mogę w związku z tym zrobić?”. Nadchodzące załamanie stanowi bowiem ogromną szansę. Deflacja, upadek pieniądza jest złem tylko wtedy, gdy jego tworzenie uznamy za dobro. Liczne przykłady pokazują jednak, że system pieniężny na wiele sposobów nas zubożył. To oznacza, że jego załamanie paradoksalnie wzbogaci nas, dając szansę na odzyskanie utraconej wspólnoty dóbr.
Widać to wyraźnie podczas każdej recesji. Gdy ludzi nie stać już na płacenie za towary i usługi, zaczynają polegać na przyjaciołach i sąsiadach. Tam, gdzie brakuje pieniędzy do przeprowadzania transakcji, rozwija się gospodarka oparta na darach i powstają nowe sposoby rozliczeń. Niestety, zazwyczaj społeczeństwo i instytucje chcą się trzymać starych metod jak najdłużej. Typową pierwszą reakcją na kryzys jest produkcja i próba zgromadzenia większej ilości pieniędzy, co przyspiesza monetyzację wszelkich dostępnych zasobów. Na poziomie systemowym rosnące zadłużenie wywiera ogromną presję na przekształcanie dóbr wspólnych w towary, czego przykładem są naciski na wydobycie ropy na Alasce czy rozpoczęcie odwiertów głębinowych. Nadszedł jednak czas, aby rozpocząć proces odwrotny – wycofywanie rzeczy ze sfery towarów i usług i przywracanie ich do sfery wzajemności, samowystarczalności i wspólnotowego dzielenia się. Warto zauważyć, że w wyniku załamania waluty proces ten nastąpi tak czy inaczej, gdy ludzie stracą pracę lub staną się zbyt ubodzy, by cokolwiek kupować. Wtedy zaczną sobie nawzajem pomagać, a prawdziwa wspólnota społeczna odrodzi się na nowo.
Nawet jeśli waszym głównym celem jest zabezpieczenie swojej przyszłości, inwestowanie we wspólnotę pozostaje najpewniejszym wyborem. W obliczu załamania systemu finansowego większość tradycyjnych inwestycji zamienia się w bezwartościowe świstki papieru lub cyfrowe zapisy. W sytuacji poważnego kryzysu nawet fizyczne złoto nie gwarantuje bezpieczeństwa. Historia pokazuje, że w czasach skrajnych kryzysów rządy – tak jak zrobili to Hitler, Lenin czy Roosevelt – zazwyczaj konfiskują prywatne zasoby złota. W przypadku upadku władzy państwowej złoto czy inne dobra mogą łatwo stać się łupem uzbrojonych band.
Śledzę portal finansowy ZeroHedge ze względu na jego wnikliwe analizy działań elit finansowych. Portal ten twierdzi, że obecnie jedynie fizyczne złoto i inne surowce stanowią bezpieczną przystań dla kapitału. Zgadzam się z tym rozumowaniem, jednak uważam, że nie idzie ono wystarczająco daleko. Przy załamaniu systemu upadnie również sama koncepcja własności prywatnej – jest ona bowiem taką samą umową społeczną jak pieniądz. W czasach niepokojów społecznych nie wyobrażam sobie niczego bardziej ryzykownego niż posiadanie znacznych ilości złota. Prawdziwe bezpieczeństwo można znaleźć wyłącznie wśród innych ludzi: w ich wdzięczności, wzajemnych relacjach i wsparciu. Jeśli dysponujesz obecnie majątkiem, radzę zainwestować go w ludzi wokół siebie.
Każde działanie chroniące zasoby naturalne lub społeczne przed ich przekształceniem w pieniądze przyspieszy koniec obecnego systemu i złagodzi jego skutki. Każdy uratowany las, każda powstrzymana budowa zbędnej drogi, każda osoba nauczona budowania domów, gotowania czy szycia ma znaczenie. Wszelkie bogactwo, które stworzycie i przekażecie do sfery publicznej, wszystko, co uczynicie niedostępnym dla pochłaniającego świat systemu, przyczyni się do skrócenia jego żywota. Kiedy nastąpi załamanie waluty, nie odczujecie go tak dotkliwie, ponieważ nie będziecie już tak mocno od niej zależni. Ta sama zasada dotyczy całych społeczeństw. Każda forma naturalnego bogactwa – bioróżnorodność, żyzna gleba czy czysta woda – oraz każdy przejaw oporu przeciwko zamianie życia w pieniądze będą podtrzymywać i wzbogacać życie po upadku systemu.
Mówię oczywiście o pieniądzu w jego obecnej formie. Wkrótce przedstawię system, który nie będzie sprzyjał zamianie wszystkiego, co dobre, prawdziwe i piękne w pieniądze. Wprowadzi on fundamentalnie nową tożsamość człowieka i nowe pojmowanie własnego „ja”. Przestanie obowiązywać zasada, że więcej dla mnie oznacza mniej dla ciebie. Na poziomie osobistym najważniejszą rewolucją, jaką możemy przeprowadzić, jest zmiana w postrzeganiu własnej tożsamości. Kartezjańska koncepcja odrębnego „ja”, którą rozwinął Adam Smith, odchodzi do lamusa. Zaczynamy dostrzegać nasze nierozerwalne połączenie zarówno ze sobą nawzajem, jak i z całym żywym światem. Lichwa przeczy tej jedności, dążąc do rozwoju odrębnego „ja” kosztem tego, co zewnętrzne i inne. Zapewne każdy czytelnik tej książki zgadza się z ideą wzajemnych powiązań, zarówno w wymiarze duchowym, jak i ekologicznym. Nadszedł czas, by wcielić te idee w życie i przyjąć ducha daru, który ucieleśnia zrozumienie braku podziałów. Staje się oczywiste, że mniej dla ciebie (we wszystkich aspektach) oznacza również mniej dla mnie. Ideologia nieustannego zysku doprowadziła nas do stanu, w którym trudno złapać oddech. Ta ideologia jednak i oparta na niej cywilizacja dobiegają końca.
Sprzeciw wobec tego upadku lub próby jego odroczenia jedynie pogarszają sytuację. Poszukiwanie nowych sposobów na rozwój gospodarki tylko przyspieszy konsumpcję resztek wspólnego bogactwa. Przestańmy więc opierać się rewolucji w ludzkim bycie. Jeśli chcemy przezwyciężyć obecne kryzysy, samo skupienie się na przetrwaniu nie wystarczy. Takie myślenie opiera się na założeniu podziału – jest wyrazem oporu i kurczowego trzymania się odchodzącej przeszłości. Zamiast tego podejmijmy działania zmierzające ku ponownemu zjednoczeniu i zastanówmy się, co możemy dać od siebie. Co każdy z nas może wnieść do świata? To jedyny właściwy kierunek i jedyna droga do prawdziwego bezpieczeństwa.
Możemy świadomie ograniczać władzę pieniądza, zamiast uczestniczyć w nieświadomym niszczeniu, które charakteryzuje upadającą gospodarkę. Jeśli posiadacie środki do zainwestowania, przeznaczcie je na przedsięwzięcia służące budowie wspólnot, ochronie przyrody i zachowaniu kultury. Spodziewajcie się zerowej lub ujemnej stopy zwrotu – będzie to znak, że nie przyczyniacie się nieświadomie do zamiany kolejnej części świata w pieniądz. Niezależnie od tego, czy zdecydujecie się na taką inwestycję, możecie także odzyskiwać to, co zostało już skomercjalizowane, podejmując działania poza gospodarką pieniężną. Każda umiejętność, której nauczycie siebie lub innych bez płacenia za nie, wszystko, co zrobicie samodzielnie zamiast kupowania, każdy wykorzystany materiał z recyklingu, każda nowa umiejętność, piosenka czy dzieło sztuki mają znaczenie. Wszystko to pomoże zmniejszyć dominację pieniądza i rozwinie gospodarkę darów, wspierając ludzkość w nadchodzącej transformacji. Świat Daru, będący echem pierwotnych społeczności darczyńców, sieci naturalnych powiązań i duchowych nauk, jest na wyciągnięcie ręki. Porusza nasze serca i budzi w nas hojność. Czy odpowiemy na jego wezwanie, zanim resztki ziemskiego piękna zostaną bezpowrotnie utracone?

W duchu kultury daru kolejne rozdziały „Uświęconej ekonomii” udostępniane będą co piątek bezpłatnie. Jeśli podoba Ci się ta inicjatywa i chcesz okazać swoje wsparcie, zapraszamy do zakupu pełnego, drukowanego wydania książki.